Życie w czasach zarazy

Mam taki zwyczaj, który polega na stosowaniu sformułowania „ale przynajmniej” w odniesieniu do negatywnych aspektów życia. Jest to nic innego jak dostrzeganie szczęścia w nieszczęściu. Po dawce negatywnych faktów następuje wyliczanie pozytywów płynących z zaistniałej sytuacji. Przykład? Obecna kwarantanna związana z koronawirusem. Nie mogę wychodzić  z domu, ale przynajmniej mam czas na czytanie.

To, co się dzieje obecnie sprzyja refleksjom. Wychodzę na ogród. I jest inaczej. Uderza wszechogarniająca cisza. Tutaj na wsi jest cicho zazwyczaj. Dobiegają jedynie z oddali szumy samochodów, po niebie latają samoloty, codzienne życie się toczy. A dziś jest cisza. Jakbym w środku lasu stała. Falami wracają do mnie wspomnienia sprzed wielu lat, moje dzieciństwo PRLowe, puste ulice, granie w piłkę na drodze i ten ukochany SPOKÓJ. Paradoksalnie, w czasach zarazy, pandemii i zagrożenia wrócił do mnie spokój. To przyzwolenie, a wręcz nakaz odgórny, żeby zwolnić, nie latać z wywieszonym do pasa jęzorem. Żyć refleksyjne, nieśpieszne, uważne, niezachłanne i niechciwie. Pławię się w tym uczuciu. Wstaję szczęśliwa, że nie muszę.  Znaczenie ma dla mnie to, że tak ma być, że świat cały nareszcie zwolnił. Nieważne z jakiego powodu. Najważniejsze, że stało się coś, o czym nawet nie marzyłabym… Ktoś zakazał szaleństwa, tej przeklętej konsumpcji, zatrzasnął drzwi turystom roznoszącym na butach wszystko i wszystkich. I nagłe olśnienie: jak wiele naszej bieganiny, krzątaniny, zabiegów, zadyszki i pędu podyktowanych jest fanaberiami. Okazuje się, że bez tych zachcianek i kaprysików życie się toczy dalej. Wiosna idzie. Mimo wszystko puchną spokojnie pąki magnolii, wyziera spod zeszłorocznych listków młody szczypiorek, przebiśniegi już od tygodnia się bielą.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *