Spokój

Spokój swój cenię ponad wszystko. Nie chodzi nawet o to, że chowam komórkę do szafy, by powiadomienia nie mąciły mego błogostanu.  Chodzi raczej o to, że przez całe swoje życie dokonuję takich wyborów, by ochronić jedną nadrzędną wartość – spokój. Są to decyzje drobne, ale składające się na życie dobre i łagodne – twarz mam rozluźnioną, oddycham pełną piersią, słyszę dźwięki dookoła mnie, obrazy trafiają do mej głowy, a nie ślizgają się jedynie po źrenicach. Celowo omijam stresujące sytuacje, miejsca, ludzi. Metodycznie ładuję akumulatory pozytywną energią.

Bardzo wcześnie zrozumiałam, że jestem autorką swojego samopoczucia. To ja siedzę w swojej głowie, prowadzę pewien typ narracji, rozmowy z samą sobą, kieruję myślami i obserwuję uczucia, a potem staram się je zrozumieć. Wszystko to zamknęłam w jednym zdaniu, zupełnie tak, jakby było to proste i wymagało minimalnego wysiłku. Ale prawda jest inna: to są lata pracy. Grzebię w pamięci, by dojść do źródeł mej filozofii spokoju, ale chyba porzucę to – nie odnajdę daty, kiedy się to wszystko zaczęło, i czy było moim świadomym wyborem, czy może predyspozycją genetyczną. Absurdalnym byłoby założenie, że każdy chce żyć spokojnie. Ze swojego otoczenia znam przykłady ludzi, którzy nie chcą. I myślę: ok, ich sprawa. Ci natomiast, którzy szamoczą się z życiem, a w miarę upływających lat szarpanina z sobą i światem narasta, mogą dzięki ciężkiej pracy nad sobą osiągnąć harmonię.

Spokój duszy mógłby być tematem na moją kolejną książkę. I pisząc ją czułabym się ekspertką – tyle lat dążę do spokoju, że umiem go osiągnąć niemalże na zawołanie. Niektórzy mówią na taką cechę (a może ich zbiór?) „anielska cierpliwość”, inni określają ją mianem „żelaznych nerwów”.  Oba twierdzenia nie wykluczają się, a dopełniają.

Mam w zanadrzu kilka najprostszych technik, które w chwilach nerwowych, w okresach stresów i piętrzących się problemów oraz niepowodzeń życiowych sprawdzają się niezawodnie. Uważam, że najpierw należy się zdystansować. Od problemu, od siebie, od swojego życia. Robię to rozmyślając o śmierci. O śmierci swojej oraz różnych osób, często najbliższych. Nagle dociera do mnie perspektywa czasowa naszego życia, dociera świadomość bycia tutaj tylko na chwilę, dociera oczywistość kruchości naszego jestestwa. I wtedy jestem pewna: nie ma się o co szarpać, o co zabiegać, tracić nerwów i cennego czasu. Nic nie jest tego warte.

Innym sposobem na zbudowanie w sobie dystansu do problemów jest skonfrontowanie się z ogromem. Ogromem przyrody – patrzenie w bezkres morza, oglądanie rozległych wolnych przestrzeni, podziwianie gór lub (najskuteczniejsze!) spojrzenie w górę, wprost w rozgwieżdżone niebo. Uświadomienie sobie swej maluczkości daje poczucie bezpieczeństwa i wyzwolenia. Tego niesamowitego wyzwolenia z obowiązku bycia pępkiem świata. Nareszcie mogę być częścią czegoś, może nawet najmniej ważną, wreszcie znika odpowiedzialność kierowania tym wszystkim, łącznie z własnym życiem. I jest to jak prysznic w upalny dzień orzeźwiająca perspektywa. Być kimś małym, nieważnym, prochem bez znaczenia.

Czując dyskomfort w codzienności sięgam myślami dalej – pytam o sens życia, o nadrzędny jego cel, o to, co będzie się najbardziej dla mnie liczyło na łożu śmierci,  z czego będę dumna i szczęśliwa. I zawsze wychodzi mi na jedno – sensem mojego życia jest dobroć. To, by nie krzywdzić innych, ani siebie. Sensem jest sprawianie, by ten krótki czas tutaj był dla mnie i dla innych najlepszym, jaki może być. Byśmy się kochali, radowali sobą, by codziennie przeżywać miłe, dobre emocje i by kierować życiem tak, żeby innych nie krzywdzić. I tyle. Proste. Treściwe. Czy trudne?

 

cdn

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *