Blog

Cooperation

Jeżdżenie po angielskich drogach dostarcza mi nieznanych wrażeń. Nie mam tu na myśli ruchu lewostronnego, do którego przywykłam szybko. Jestem zafascynowana umiejętnością współpracy wypracowaną przez tutejszych kierowców. Sheffield nie jest miastem łatwym do poruszania się własnym autem. Uliczki są bardzo wąskie, po dwóch stronach drogi stoją zaparkowane samochody, dodatkowo miasto położone jest na wielu stromych pagórkach. W takich warunkach musiała rozwinąć się wyjątkowa kultura jazdy autem. No właśnie, czy musiała?
Wszyscy jesteśmy zazwyczaj zgodni co do zalet płynących ze współpracy. Ponoć, to właśnie dzięki niespotykanej wśród żadnego innego gatunku na świecie umiejętności współdziałania opanowaliśmy Ziemię. Współpraca była i jest kluczową umiejętnością homo sapiens. Kooperujemy, gdy pojawia się wspólny cel. Może nim być, jak we wspomnianym wyżej przypadku, sprawne poruszanie się po mieście autem. Każdy przecież chce dotrzeć na miejsce.
Słyszałam kiedyś definicję dobrego małżeństwa, z której trafnością, po dwudziestu jeden latach związku, zgadzam się do dziś. Ponoć zgrane małżeństwo to takie, w którym naczynia same się myją. Jakież to prozaiczne i jak bardzo prawdziwe. Nie chodzi bynajmniej o to, że to jedno z małżonków bez szemrania i buntu owe gary myje (najczęściej taka właśnie rola przypadała dawniej kobiecie – ale o tym chyba nikomu przypominać nie muszę). Kwintesencja dobrego małżeństwa tkwi w czym innym: naczynia myje się w domu, gdy są brudne. Nie jest ważne kto to zrobi, bo do obowiązku wspólnego dbania o dom poczuwa się każdy. Nie ma targowania się, sprzeczania, wyliczania zasług, walki o to, by wymigać się z tego niewdzięcznego obowiązku. Jest do wykonania praca, więc każdy, kto jest w związku łapie za gąbeczkę, ściereczkę i płyn i po prostu robi robotę. I każdy dba o to, by ta druga strona nie przepracowywała się za bardzo. Każdy dba o sprawiedliwy podział pracy i wysiłku, by nikt nie był poszkodowany.
Tak jak w dobrym małżeństwie, tak też i w szerszej wspólnocie obowiązują te same zasady dotyczące współpracy. Są też, jak widać, te same zagrożenia. Pierwszym z nich jest zrzucanie odpowiedzialności za wynik współdziałania na drugą stronę przejawiający się chociażby niechęcią do ustępstw. Znam te wymówki na pamięć: „dlaczego to ja mam ustępować na drodze?”, „niech inni ustępują, to będę i ja.” Klasyczny przykład targowania się! Bezsensowna szamotanina, na której tracą wszyscy. Skoro warunki drogowe są ciężkie, skoro wszyscy mamy ten sam cel, by gdzieś dojechać, to powinna pojawić się odpowiedzialność za to, co dzieje się na drodze. Nie jest ważne, że ustępuję teraz ja, że być może i kolejnym razem to znów ja będę musiała zjechać w zatoczkę i poczekać na swoją kolej, mimo, że bardzo, bardzo mi się spieszy. Bo następnym razem, to ktoś inny, a potem jeszcze ktoś i jeszcze jeden przepuści mnie pierwszą, poczeka. Na drodze i w małżeństwie to właśnie dzięki wspólnemu celowi i schowaniu do kieszeni egoizmu osiągnąć można wiele. Ustępowanie nikogo nie poniża, choć często odnoszę takie wrażenie patrząc na ludzi, którym obca jest taka postawa. Trochę tak, jakby się bali, że przepuszczenie kogoś na drodze strąci im z głów koronę króla szos. A korona to przecież atrybut władzy. Nieumiejętność współpracy i potrzeba utrzymywania przewagi nad innymi idą ze sobą pod rękę. Jeśli dla kogoś ważniejsze jest decydowanie, rozkazywanie i okazywanie władzy niż osiąganie wspólnego celu, to nie ma mowy o współdziałaniu. Skoro mamy osiągnąć jakiś wspólny cel, to zaraz pojawia się pytanie: jak? I ponieważ, każdy z nas ma się za osobę myślącą, wszak nikt nie narzeka na niedosyt rozumu, to każdy czuje potrzebę, by odpowiedzieć na pytanie: „w jaki sposób osiągniemy współpracę”. Być może nawet każdy ma swoją wizję współdziałania. Być może nawet każdy chciałaby decydować o charakterze współpracy (tej na drodze, tej przy domowym zmywaku i każdej innej). I znowu tutaj przydadzą się głębokie kieszenie, do których, obok upchanego wcześniej egoizmu, schowamy również potrzebę władzy.
Często obserwuję moje dzieci w trakcie zabawy. A że każde z nich miewa od czasu do czasu chęć porządzić innymi, nie ustępować i egoistycznie rozkazywać wszystkim pozostałym, to też dochodzi do sytuacji, gdy uzurpator zostaje (jako jedyny!) usunięty ze wspólnej zabawy. Życiowa lekcja i płynący z niej przekaz jest jasny: nie umiesz współpracować, to się z nami nie bawisz!

Piątkowo życzę Wam dużo zabawy, mało naczyń w zlewie i życzliwych kierowców na drogach. A życiowo życzę Wam dużo owocnej współpracy.

(A short note to my english readers: this post was translated with a big help of google translator and a minimum efford from my side. I hope it is understandable enough. Sorry for all the mistakes it might contain. It is Friday, I am home alone – Greg went to Poland – and house work as well as painting work is waiting for me right now. I simply wanted to publish this text today. I promise to work on it later and make it clear for you.)

Driving English roads gives me unknown experiences. I do not mean left-hand traffic, which I’m used to quickly. I am fascinated by the cooperation skills developed by local drivers. Sheffield is not an easy city to drive your own car. Streets are very narrow, cars are parked on both sides of the road, in addition, the city is located on many steep hills. Under such conditions, an exceptional car driving culture had to develop. Well, did it have to?

We are all generally in agreement about the advantages of cooperation. Apparently, it is thanks to the unprecedented skills of cooperation that we have not seen anywhere else in the world that we have ruled the Earth. Collaboration has been and is a key homo sapiens skill. We cooperate when a common goal appears. It can be, as in the aforementioned case, efficiently moving around the city by car. Everyone wants to get somewhere.

I once heard the definition of a good marriage, from which I am in agreement till today, after twenty-one years of relationship. It seems that a happy marriage is the one in which dishes are washed themselves. How prosaic and how real. This is not about the fact that it is one of the spouses without murmur and rebellion that  cleanes dishes (most often this was the role that formerly belonged to a woman – but I do not have to remind anyone about it). The quintessence of a good marriage lies in something else: dishes are washed at home when they are dirty. It does not matter who will do it, because everybody feels the obligation to take care of the house. There is no haggling, no arguments, no merit, no fight to evade this ungrateful duty. There is work to be done, so everyone who is in the relationship catches a sponge, a cloth and a liquid and just does the job. And everyone cares about the other side not working too much. Everyone cares for a fair division of work and effort so that no one is treated unjustly.
As in a good marriage, the same rules for cooperation apply to the wider community. There are also, as you can see, the same threats. The first of these is the shedding of responsibility for the result of cooperation on the other side, manifesting itself even by reluctance to make concessions. I know these excuses by heart: „why should I give way on the road?”, „Let others give way, then I will do the same.” A classic example of bargaining! A senseless struggle on which everyone loses. Since road conditions are difficult, since we all have the same goal to go somewhere, there should be a responsibility for what is happening on the road. It is not important that now I am giving up, that perhaps again next time I will have to go down to the cove and wait for my turn, even though I am in a very hurry. Because next time, it’s someone else, and then someone else and one more who will let me go first and wait. On the road and in the marriage, it is thanks to the common goal and hidden in the pocket of egoism that you can achieve a lot. It is not humiliating anyone. A bit as if they were afraid that passing someone on the road would knock the crown of the king of the road off their heads. And the crown is after all an attribute of power. The inability to cooperate and the need to maintain an advantage over others go hand in hand. If it is more important for someone to decide, to command and to show power than to achieve a common goal, then there is no question of cooperation. If we are to achieve a common goal, then the question arises: how? And because, each of us is a thinking person, after all no one complains about insufficiency of mind, then everyone feels the need to answer the question: „how will we achieve cooperation”. Maybe even everyone has their vision of cooperation. Perhaps even everyone wants to decide on the nature of cooperation (the one on the road, the one at the household dishcloth and any other). And here again, deep pockets will help, to which, along with previously mentioned egoism, we also hide the need for power.
I often watch my children during play. And that each of them has from time to time willingness to put others in order, not give in and selfishly order to everyone else. The result of such behavior is simple: usurper is (as the only one!) removed from playing together. The life lesson and the message from it is clear: you can not cooperate, you do not play with us!

Friday, I wish you a lot of fun, few dishes in the sink and kind drivers on the roads. And in life I wish you a lot of fruitful cooperation.

Fascinating power of acceptance

Rano wyszliśmy z mężem na kawę do naszej ulubionej, lokalnej kafejki. Nie było miejsc siedzących, zamówiliśmy kawę na wynos. W międzyczasie zaczął padać deszcz. Idąc ulicami Sheffield, z kubkami gorącej, pachnącej kawy, w strugach deszczu, pod szarym, ciężkim niebem poczułam, że akceptuję to, co się właśnie dzieje. Leje na mnie woda, przemaka kurtka. I nie przeszkadza mi to. Nie psuje nastroju, nie spycha natrętnych myśli w stronę negatywnego narzekania, nie prowadzi do buntu, złości, bezradności.
Przez cały dzień rozmyślam o akceptacji. Rozumiem ją jako zgodę na wszystko co istnieje, począwszy od świata zewnętrznego, poprzez zgodę na innych ludzi i to, jacy są, a skończywszy na zgodzie na siebie samego, na własne uczucia. Myślę o akceptacji rzeczy, na które wpływu nie mamy, ale również tych, których autorami jesteśmy my sami. Akceptacja jest pochodną szczerości. Wynika z niej. Najpierw jestem szczera i prawdomówna wobec samej siebie. Przyznaję, że coś czuję, coś myślę, w jakiś sposób postępuję. Życie bez kłamstwa jest nie tylko prostsze, mniej skomplikowane. Przyznawanie się samemu sobie do ciężkich, trudnych, często nie chcianych uczuć jest wyzwalające, dające właściwie nieograniczoną wolność i poczucie siły. Dopiero potem przychodzi akceptacja. Nie tak od razu – powoli, leniwie. Pamiętam sytuację, w której koleżanka ze szkolnej ławy powiedziała mi, że mnie podziwia, że daję sobie radę z czwórką dzieci. Wyprowadziłam ją z błędu, przyznałam, że wcale nie daję sobie rady. Była zszokowana tym, że ośmieliłam się przyznać do własnej słabości i bezradności. W tamtym momencie życia potrafiłam się już nie tylko zdobyć na takie szczere wyznanie, ale również akceptowałam tą sytuację: zmęczenia, chaosu, zagubienia, nie radzenia sobie z obowiązkami i powinnościami. Akceptacja jest dla mnie punktem zero, początkiem. Dopiero zgadzając się na coś zaczynamy sobie z tym radzić. Zgadzając się na angielski deszcz uruchamiamy w sobie działanie. Do akcji wkracza kreator, pełen pomysłów i rozwiązań. Ok, leje non stop. Czy mogę zrobić coś, żeby ten dzień był miły? Co mogę zrobić? Gdzieś wyjść? Gdzie? Ubrać płaszcz, kalosze, zabrać parasol. A może wspólnie z rodziną coś ugotować? A może porysować? Oglądnąć film w domu? Kino jakieś?
A co ze wspomnianą sytuacją nieradzenia sobie z obowiązkami przy czwórce dzieci? Skoro akceptuję ją, to wiem, że zaraz przyjdą pomysły na ułatwienia. Nie pamiętam już dokładnie jakie one były, bo mówię o sytuacji sprzed kilku lat, ale jak widać coś wymyśliłam, bo do tej pory wszyscy żyjemy (ha, ha, ha!).
Wielu ludziom z trudem przychodzi akceptowanie własnych uczuć, szczególnie tych negatywnych, trudnych. Każdy ma jakiś słaby punkt, jeden nie znosi w sobie agresji, inny z całych sił wypiera zazdrość, jeszcze ktoś ucieka przed smutkiem, innemu sen z powiek spędza brak kontroli. I dopóki nie ma zgody w sobie samym na te uczucia, dopóty jest ucieczka, samookłamywanie, wypieranie, ignorowanie, obwinianie innych, złość na siebie lub świat. Upychanie po kątach własnej osobowości negatywnych uczuć, zamiast po prostu je przeżywać i akceptować, prowadzi nie tylko do życia mało satysfakcjonującego, ale też do utrwalenia się tego mechanizmu, który z wiekiem zaczyna budować charakter człowieka. I potem mamy starego, nieszczęśliwego, złego na cały świat, ponurego, zawistnego człowieka, którego nic już nie cieszy, którego nic już nie zadowala, który nie widzi w świecie stron pięknych i jasnych, takiego który tylko wszędzie i w każdym szuka potwierdzenia własnej smutnej i przerażającej wizji istnienia. Wszystko przed czym z całych sił starał się uciec, wszystko czego nie akceptował w sobie wróciło do niego z zewnątrz ze zdwojoną siłą.
Akceptacja nie oznacza dla mnie bierności. Jest to raczej spokojna zgoda. Przyznanie się. Zauważenie rzeczywistości taką jaka jest ( o ile to w ogóle możliwe?!). Potem przychodzi czas na działanie. A jeśli działanie jest niemożliwe, to jest to czas na zmianę w sobie, na zmianę podejścia, na zdystansowanie się, na przewartościowanie. Do głowy przychodzi mi teraz pewne polskie przysłowie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma. Przecież jest to prosta kwintesencja akceptacji i zmiany priorytetów. Można coś polubić, dostrzec dobre, pozytywne strony, wyciągnąć dla siebie naukę. Ponoć na tym polega „ćwiczenie na szczęście” – doszukiwanie się pozytywów tam, gdzie ich na pierwszy rzut oka nie ma. Czytałam kiedyś o wspaniałym eksperymencie psychologicznym polegającym na tym, że grupa osób miała codziennie przed snem zapisywać kilka dobrych, pozytywnych wydarzeń z mijającego dnia. Eksperyment trwał trzy tygodnie. Jego efekty, w postaci poprawy ogólnego nastroju badanych, a nawet zaniku stanów depresyjnych (!) trwały przez kolejne pół roku. Czyż nie jest to fascynujące?

In the morning, we went with my husband for a coffee at our favorite local cafe. There were no free seats so we ordered coffee for take – away. In the meantime, it started to rain. Walking the streets of Sheffield, with cups of hot coffee, in the pouring rain, under a gray, heavy sky, I felt that I accept what is happening. Water pours on me, the jacket is fuzzy. And it does not bother me. It does not spoil the mood, does not push the intrusive thoughts towards negative complaints, does not lead to rebellion, anger, helplessness.

I am thinking about acceptance throughout the day. I understand it as a consent to everything that exists, starting from the outside world, by agreeing to other people and how they are, and ending with the consent to themselves, to their own feelings. I am thinking of accepting things that we do not have influence, but also those whose authors are ourselves. Acceptance is a derivative of sincerity. It follows from it. First, I’m honest and truthful to myself. I admit that I feel something, think something, act in some way. Living without a lie is not only simpler, less complicated. Admitting myself to the hard, difficult, often unwanted feelings is liberating, giving virtually unlimited freedom and a sense of strength. Only then comes acceptance. Not so immediately – slowly, lazily. I remember the situation in which a friend from the school bench who told me that she admires me that I manage four children. I led her out of the mistake, I admitted that I could not cope. She was shocked that I dared to admit my own weakness and helplessness. At that moment in my life I was able not only to get such a sincere confession, but also accepted this situation: tiredness, chaos, confusion, not dealing with duties. Acceptance is for me the zero point, the beginning. Only when we agree to something  we’re starting to deal with it. By agreeing to the English rain, we start the action. A wizard comes in, full of ideas and solutions. Ok, it pours non-stop. Can I do something to make this day nice? What can I do? Somewhere to go out? Where? Wear a coat, wellies, take an umbrella. Or maybe cook something with my family? Or maybe scratch? Watch a movie at home? Cinema?
And what about the situation of not dealing with the duties of four children? When I accepted it, I knew that ideas will come soon. I do not remember exactly what they were, because I’m talking about a situation from a few years ago, but as you can see, I came up with something, because so far we are all alive (ha, ha, ha!).

Many people find it difficult to accept their own feelings, especially those negative, difficult ones. Everyone has a weak point, one does not tolerate aggression in himself, another one disavowals his own jealousy, someone else escapes from sadness, another one hates his own lack of control. And as long as there is no agreement in yourself about these feelings, there is escape, self-shattering, displacement, ignoring, blaming others, anger at yourself or the world. The deposition of negative feelings on the corners of one’s own personality, instead of simply experiencing and accepting them, leads not only to a life that is not very satisfying, but also to the consolidation of this mechanism, which with age begins to build the human character. And then we have an old, unhappy, evil for the whole world, a gloomy, envious man who does not enjoy anything anymore, who does not see in the world the beautiful and bright sides, who seeks confirmation of his own sad and a terrifying vision of existence. Everything he tried to escape from, everything he did not accepted in himself returned to him from the outside world with redoubled strength.
Acceptance does not mean passivity for me. It is rather a peaceful agreement. Admission. Noticing reality as it is (if it is possible at all ?!). Then the time comes for action. And if the action is impossible, it is a time for a change in yourself, for a change of approach, for distancing yourself, for reevaluation. A Polish proverb comes to my mind now: if you do not have what you like, you like what you have. After all, it is a simple quintessence of acceptance and change of priorities. You can like something, see good, positive sides, learn for yourself. It seems to be the „happiness exercise” – the search for positives where they can not be noticed at first sight. I once read about a wonderful psychological experiment consisting in the fact that a group of people had to record several good, positive events from a passing day every day. The experiment lasted three weeks. Its effects, in the form of improving the general mood of the respondents, and even the disappearance of depressive states (!) lasted for another six months. Isn’t it fascinating?

Liverpool

Od dłuższego czasu rozpisuję się tutaj na temat swojej fascynacji wsią i życiem wiejskim. Życiem bliskim natury, przyrody, tej całej wspaniałej roślinności i przestrzeni. Uwielbiam, gdy wzrok nie napotyka na przeszkody, na dzieła ręki ludzkiej, na jakiekolwiek ślady obecności człowieka na Ziemi. Gdy w kadrze widać jedynie to, co stworzone przez naturę. Naszą przeprowadzkę w nowe miejsce doświadczyłam mocniej jako przeprowadzkę do miasta ze wsi niż jako przeprowadzkę do innego kraju. Ciężko mi było przywyknąć do przewagi betonu i asfaltu, do przewagi aut, do ciasnej miejskiej zabudowy, dużej ilości ludzi, braku drzew, trawy i do odgłosów miejskich, które zastąpiły pianie kogutów i śpiew ptaków o poranku. Jednak gdzieś tam głęboko we mnie tkwi wielkomiejski potwór, który uwielbia klimat jaki tworzą duże ośrodki miejskie. Chodzenie (w butach na obcasach!) po sklepach i kawiarniach, plątanie się po muzeach i wystawach, ten cały błyszczący, pachnący i pełen jasnych neonów sztuczny świat. Kurcze, to też lubię!
W weekend odwiedziliśmy Liverpool. Miasto ma tak wiele do zaoferowania, że nie była to nasza ostatnia wycieczka tam. Spełniłam swoje marzenie i odwiedziliśmy muzeum sztuki współczesnej Tate Gallery. Warhol, Kandinsky, Pissarro, Mondrian, Braque – widziałam ich dzieła na żywo!
Zdążyliśmy jeszcze wejść na godzinkę do Muzeum Niewolnictwa. Liverpool był jednym z głównych portów, w którym rozgrywał się dramat handlu ludźmi. Rozmawialiśmy z dziećmi na ten temat. Chcę, żeby wiedziały co się działo tutaj, w Ameryce i Afryce jeszcze tak niedawno. Chcę, żeby wiedziały jakie to wszystko ma podstawy i rodowód, że nic się nie dzieje bez przyczyny.

For a long time I am writing here about my fascination with the village and rural life. A life close to nature and all this wonderful space. I love it when the eye does not encounter obstacles and the works of the human hand or any traces of human presence on Earth. When only the things created by nature can be seen in the frame. I experienced our move to a new place more as a move to a city from a village than as a move to another country. It was hard for me to get used to the concrete and asphalt, to the car traffic, to tight urban housing, large numbers of people, lack of trees, grass and to the urban sounds, which replaced the crowing of cocks and the singing of birds in the morning. However, somewhere deep inside me there is a big city monster who loves the atmosphere created by large urban centers. Walking (in shoes with heels!) in shops and cafes, tangling in museums and exhibitions, this whole shiny, fragrant and full of bright neon lights, artificial world. Damn, I like it too!
We visited Liverpool on the weekend. The city has so much to offer that it was not our last trip there. I fulfilled my dream and visited the Tate Gallery contemporary art museum. Warhol, Kandinsky, Pissarro, Mondrian, Braque – I saw their works live!
We managed to come an hour to the Museum of Slavery. Liverpool was one of the major ports in which the drama of human trafficking was taking place. We talked with children about it. I want them to know what has been going on here and in America and Africa not so long ago. I want them to know that nothing happens without a reason.

self – confidence

W swojej wędrówce po zagadnieniach związanych z funkcjonowaniem człowieka w świecie kilkakrotnie natrafiałam na tematykę asertywności. Nigdy jednak nie przeczytałam książki, która byłaby przewodnikiem i poradnikiem dotyczącym pewności siebie. Teraz mam taką książkę w ręce i czytając ją, co chwila mam ochotę krzyknąć: nie zgadzam się!

Nie będę się tutaj bawić w recenzowanie, bo ani się do tego nie nadaję, ani nie uważam tego bloga za właściwe miejsce ku temu. Chcę jedynie napisać kilka własnych spostrzeżeń dotyczących tej tematyki. 
We współczesnym świecie istnieją pewne zagadnienia, co do których większość ludzi jest zgodna. Na czele wartości, które przeważająca ilość rodziców uważa za ważne do wpojenia swoim dzieciom jest pewność siebie. Asertywność zrobiła tak przeogromną karierę, że właściwie nikomu by do głowy nie przyszło kwestionowanie jej. 
To takie ważne obecnie: być pewnym własnych sądów, być pewnym własnych czynów, być pewnym własnej racji w sporach, być pewnym własnej drogi. Być pewnym siebie! 
Znałam kiedyś małżeństwo, ale nie jako parę, raczej jako osobno jego, osobno ją. Przechodzili bardzo poważny kryzys. Każde z nich, osobno, szukało pocieszenia w zwierzaniu się mi z problemów w związku. Każde było bardzo pewne własnej racji w sporach. W monologach każdego z nich nie znajdywałam nawet cienia niepewności własnych racji, żadne z nich nawet przez chwilę nie zawahało się, nie zwątpiło w słuszność własnych sądów. Są razem do tej pory, kryzys zażegnali dopiero w momencie, w którym utracili niezachwianą asertywność, gdy zaczęli dopuszczać do głosu wątpliwości co do trafności własnych spostrzeżeń, osądów, obrazu świata. Pozbyli się owego mitycznego, tak bardzo obecnie gloryfikowanego „wiem lepiej!” na rzecz pokory: „może to ja nie mam racji, może się mylę, może nie jest tak, jak mi się wydaje?”
Ludzie uwielbiają mieć rację. Potrzeba ta jest tak silna, że do perfekcji opanowali sztukę samookłamywania się. Pomijają istotne fakty przeczące ich poglądom, z toku informacji wybierają jedynie te, które potwierdzają ich założenia, co więcej: faktom stojącym w zgodności z ich tokiem myślenia nadają większe znaczenie, inne umniejszając. Nie chcą być uświadamiani, nie lubią, gdy się im wskazuje ich pomyłki, błędy w rozumowaniu, gdy się im wręcz w toku logicznego myślenia i w obliczu faktów udowadnia, że się mylą. Historia ludzkości obfituje w przykłady, katastrofalne, takiej pewności siebie. Eufemistycznie nazywa się te dowody na brak pokory błędami. Ja bym nazwała taką asertywność bardziej dobitnie. Głupotą. Po prostu. 
Co zatem jest w owej wspaniałej pewności siebie, że tylu ludzi o niej marzy, że wydawane są książki pomagające ją zdobyć, że stoi ona na czele wartości rodzicielskich, których wpojenie własnym latoroślom wydaje się być tak ważne?
Czy pewność siebie pomaga przejść przez życie? Tak, myślę, że pomaga. Pomaga zdobyć władzę (popatrzcie tylko na tych pewnych siebie starszych panów i panie – polityków – jak oni niezmącenie wierzą we własne słowa!). Pomaga również zdobyć pieniądze. Pomaga też na rynku matrymonialnym.
A w czym przeszkadza? Moim zdaniem w ogólnie pojętym zdobywaniu mądrości życiowej. Mądrość życiowa to pokora. To ciągłe wątpienie, sprawdzanie, czy rzeczywistość jest taka jaką się wydaje. Mądrość jest poszukiwaniem. Odpowiedzi nie są oczywiste i dogmatyczne. Żeby przyjąć postawę życiową odkrywcy należy najpierw pokornie przyznać, że nie jest się pewnym. I po prostu taką niewiedzę, niepewność zaakceptować.
Zaakceptować brak pewności siebie.
Często pojęcie pewności siebie bywa mylone z poczuciem własnej wartości. I myślę, że w tym szczególe tkwi sedno sprawy. Pewność siebie i poczucie własnej wartości nie są tożsame! Każdy człowiek na świecie wchodząc w życie zasługuje na wysokie lub (jak to się ostatnio przyjęło mówić) dostatecznie wysokie poczucie własnej wartości. Jest nim wewnętrzna akceptacja dla siebie takiego jakim się jest. Z zaletami i wadami. Na poczucie własnej wartości nie musi się niczym zasłużyć, nie jest ono zależne ani od zamożności, ani od wyglądu, ani od wykształcenia. To taka miłość do siebie samego, akceptacja siebie samego i radość z tych kilku chwil życia, które każdy z nas ma przed sobą.
Myślę, że gdyby ludzie posiadali dostatecznie wysokie poczucie własnej wartości, to nie musieliby odgrywać pewności siebie. Nie potrzebna byłaby ta maska, która najczęściej skrywa zagubioną, niedowartościowaną, zakompleksioną i nie kochaną istotę. Nie powstawałyby również książki na temat tego jak udawać na zewnątrz coś, czego we wnętrzu brakuje.

A na koniec pokornie zapytam: może to ja się mylę?

In my travels on issues related to the functioning of people in the world, I came across the subject of assertiveness several times. However, I have never read a book that would be a guide on self-confidence. Now I have such a book in my hand and reading it, every now and then I want to shout: I disagree!

I will not review it because I am not suited for this, nor do I consider this blog to be the right place for it. I just want to write some of my own insights on this subject.

In the modern world there are some issues that most people agree on. At the forefront of the values ​​that an overwhelming number of parents consider important to instil in their children is self-confidence. Assertiveness has made such an enormous career that no one would even think of questioning it.

It is so important now: be sure of your own judgments, be sure of your own deeds, be sure of your own reasons in disputes, be sure of your own way. Be confident!

I once knew a marriage, but not as a couple, rather as apart, separately. They were going through a very serious crisis. Each of them, separately, sought consolation in confronting me with problems in their relationship. Each was very confident in his arguments. In the monologues of each of them I did not even find a shadow of uncertainty of their own reasons, none of them even for a moment hesitated, did not doubt their own judgments. They have been together so far, the crisis has been averted only at the moment when they lost unwavering assertiveness, when they began to allow doubts about the accuracy of their own observations, judgments, the image of the world. They got rid of this mythical „I know better now”. for humbleness: „maybe I’m wrong, maybe it’s not as it seems to me?”

People love to be right. This need is so strong that it mastered us in lying to ourselfs. People omit important facts contradicting their views, they choose only those that confirm their assumptions from the course of information, and what’s more: facts that are in harmony with their way of thinking give more importance, diminishing other. People do not want to be made aware, they do not like it when they are shown their mistakes, mistakes in reasoning, when they are in the course of logical thinking and in the face of facts prove that they are wrong. The history of mankind is full of examples, catastrophic, such self-confidence. Euphemistically people call this lack of humbleness – mistakes. I would call such assertiveness more clearly. Stupidity. Just.

What is so special about that great confidence that so many people dream about it, that there are books that help acheve it, that it is at the forefront of parental values, which instilling in her own offspring seems so important?

Does self-confidence help you get through life? Yes, I think it helps. It helps to gain power (look only at those self-confident older gentlemen and ladies – politicians – how they unmistakably believe in their own words!). It also helps to get money. And helps on the matrimonial market too.
And what’s bothering you? In my opinion, in the general understanding of acquiring life wisdom. The wisdom of life is humility. It’s a constant doubt, checking if reality is what it seems. Wisdom is a search. Answers are not obvious and dogmatic. To accept the life of the discoverer, one must first humbly admit that nothing is for sure. And just accept such ignorance, uncertainty.

Accept lack of self-confidence.

Often, the concept of self-confidence is sometimes confused with self-esteem. And I think that this is the core of the matter. Confidence and self-esteem are not the same! Every man in the world, when he comes into life, deserves to be high or (as it has recently been said to say) sufficiently high self-esteem. It is an internal acceptance for oneself as it is. With advantages and disadvantages. For self-esteem, you do not have to deserve anything, it depends neither on wealth, nor on appearance or education. It is kind of love for yourself, acceptance of yourself and joy of those few moments of life that each of us has before us.

I think that if people had a sufficiently high self-esteem, they would not have to play self-confidence. You would not need this mask, which usually conceals a lost, undervalued and unloved being. There wouldn’t exist a book about how to pretend something outside that is missing inside.

Finally, I will humbly ask: maybe I am wrong?

A little experience of ocean

Codzienną rutynę przerwaliśmy wycieczką do oceanarium w Hull. Tak jak przypuszczaliśmy wyjście było niezwykłym przeżyciem dla dzieci. Dla nas zresztą też. Zawsze przy okazji wyjazdów nad morze nachodzi mnie jedna refleksja: a może by to wszystko rzucić w cholerę, sprzedać cały mizerny dobytek i przenieść się nad ciepły ocean?

Jeśli kiedykolwiek zdarza mi się żałować, że nie jestem bogaczem, to właśnie w takich momentach.

We stopped our daily routine with a trip to the aquarium in Hull. As we predicted the trip was an extraordinary experience for children. For us, too. Whenever we go on a trip to the seaside I have one reflection: maybe we should throw it all in hell, sell all miserable belongings and move to the warm ocean? If I ever regret that I am not a rich man, it is at such times.

Once I was a child on an emigration.

Wyobraź sobie następującą sytuację: jesteś dzieckiem i trafiasz do szkoły w obcym kraju, nie znając obowiązującego tam języka. Co czujesz?

Odkąd Polska wstąpiła do Unii Europejskiej takie doświadczenie jest udziałem co najmniej kilkuset tysięcy polskich dzieci. Tych, które wyjechały razem z rodzicami na emigrację oraz tych, które przyszły na świat w swych nowych ojczyznach. Siadając po raz pierwszy w klasowej ławce na obczyźnie te starsze i te młodsze dzieci doświadczają podobnych uczuć. Chcę wam o nich opowiedzieć. Nie tylko dlatego, że sama jestem mamą czwórki dzieci, które takie przeżycia mają za sobą. Opowiem Wam o tym nie z perspektywy mamy, która obserwuje własne potomstwo w nowej sytuacji, która codziennie słucha relacji szkolnych. Opowiem Wam o tym z perspektywy dziecka, gdyż sama będąc dzieckiem trafiłam do szkoły w obcym kraju, bez jakiejkolwiek znajomości języka moich koleżanek i kolegów z klasy. Postaram się myślami i uczuciami wrócić do tamtych lat, a także spojrzeć na tamte czasy z perspektywy czterdziestolatki. 
Będąc dorodną, ładną, smukłą, zdrową, wesołą, nie zbyt jeszcze zbuntowaną, za to bardzo zakompleksioną czternastoletnią kozą, czyli właściwie całkiem typową nastolatką, trafiłam do szkoły w Niemczech Zachodnich. Jedynymi niemieckimi zwrotami, które dostałam na drogę były powitania, oraz „danke”, „bitte” i „entschuldigung” (dziękuję, proszę, przepraszam). Czyli właściwie cały repertuar tak zwanej „grzecznej dziewczynki”, którą (niestety, aczkolwiek do czasu) byłam. 
W poniedziałek, kilka minut po ósmej szłam z tatą, młodszym bratem i dyrektorką szkolnym korytarzem do mojej nowej klasy. Otworzono drzwi, nauczyciel, dyrektorka i tata o czymś rozmawiali. Zamknęły się za mną drzwi, wskazano mi moje miejsce w ławce. Wokół słyszałam dziwny, twardy, niezrozumiały język. Nauczyciel próbował ze mną nawiązać jakikolwiek kontakt słowny, wszystkie dzieci odwróciły się w moją stronę, też coś mówiły, śmiały się, żartowały. A ja absolutnie nie miałam pojęcia o co dookoła mnie chodzi. Nie wiedziałam nawet na jakim przedmiocie jestem: geografia? Historia? A może jednak język niemiecki? Siedziałam jak na szpilkach. Bardzo zdenerwowana. Przeżycie było na tyle silne, że do dnia dzisiejszego pamiętam w co tamtego dnia byłam ubrana! Jak na nastolatkę przystało, a także chcąc dodatkowo zrobić dobre pierwsze wrażenie ubrałam się w swoje nowe, najlepsze ubrania. Nosiłam kremowy sweterek, najmodniejsze w Polsce dżinsy piramidy i absolutnie odlotowe czarne kowbojki. Nie bez powodu o tym piszę. Nie dlatego, że przywiązuję do ubioru jakąkolwiek wagę, że jestem modową świruską z niedomykającą się od nadmiaru ubrań szafą. Piszę o tym, bo pamiętam, że tamtego dnia wydawało mi się, że co prawda języka niemieckiego nie znam wcale, ale przynajmniej wyglądam świetnie i być może to zachęci moje nowe koleżanki do tego, by się ze mną zaprzyjaźnić, zainteresować mną, zacząć jakąkolwiek rozmowę, zainicjować kontakt. Wydawało mi się, że dobrze wyglądając dobrze wejdę w nowe środowisko rówieśnicze. Ha, ha, ha, głupia ja! Dosyć szybko zorientowałam się albo też dano mi do zrozumienia, że wyglądam ni mniej ni więcej tylko jak przybysz zza żelaznej kurtyny, jak dziewczyna ze wschodu. W Zachodnich Niemczech nikt już nie nosił kowbojek, a dżinsy piramidy były w nastoletniej nomenklaturze synonimem obciachu. Chcąc zrobić dobre pierwsze wrażenie tylko potwierdziłam swój wschodnioeuropejski rodowód. W świecie nastolatków nie ma „przebacz panie boże”, nie ma łaski. Łatka przyklejona, na drabinie społecznej stoję najniżej jak się da, mogę właściwie patrzeć tylko w górę. I to był chyba dla mnie jeden z pierwszych szoków: w polskiej podstawówce byłam jedną z klasowych liderek, przewodniczącą, wzorową uczennicą, ulubienicą nauczycieli, otoczoną wianuszkiem przyjaciółek. W Niemczech byłam nikim. Już na pierwszej przerwie dotarło do mnie, że nikt się mną nie interesuje, że właściwie stałam się przezroczysta. Nikt nie podchodził, nie zagadywał, nie szukał kontaktu, patrzyli na mnie z daleka i ukradkiem. Z dźwiękiem dzwonka wszyscy się spakowali, wstali i z torbami na ramieniu gdzieś wyszli. Poszłam za grupą. Do jakiej sali, na jaką lekcję? Znów mogłam tylko się domyślać. Przypuszczenia, przewidywania, zgadywanie stanowiły moje główne narzędzia poznawcze tamtych miesięcy. Obserwując wszystkich i wszystko starałam się odpowiedzieć na przewodnie pytanie: „o co chodzi?” Uczyłam się języka niemieckiego. Bardzo intensywnie uczyłam się, ale każdy kto przechodził przez proces nauki wie, że nie trwa to kilka tygodni. Nie trwa to nawet kilka miesięcy. Jest to ogromna praca, żmudna, ciężka, wielowarstwowa, często nudna i niewdzięczna przez długi czas. Wypłata w postaci rozumienia, czy swobodnej konwersacji przychodzi późno. Przez wiele miesięcy w czasie lekcji siedziałam jak na tureckim kazaniu, najcięższe były chyba te momenty, gdy cała grupa rówieśnicza wybuchała gromkim śmiechem, a ja nie wiedziałam dlaczego. Teraz myślę, że po prostu się śmiali, wtedy, mając lat naście, i jak się rzekło wcześniej, górę kompleksów, wydawało mi się często, że to ze mnie się śmieją. Teraz myślę, że raczej to nie ja byłam powodem żartów, ale wiecie, gwarancji dać nie mogę, bo nadal nie wiem z czego się wtedy śmiano… 
Do mocnego zdenerwowania, do poczucia wyobcowania i nierozumienia świata dookoła, do poczucia bycia na samym dnie nastoletniej, rówieśniczej drabiny społecznej dodać mogę jeszcze jedno dominujące w tamtym czasie uczucie: nudę. Ogromna, ciążąca, męcząca, przytłaczająca nuda. Wpatrywanie się w zegarek w czasie lekcji, przygnębiające myśli, że minęło dopiero 7 minut z 45. Bolący kręgosłup i ciężki tyłek, ścierpnięte z bezruchu (a może i stresu?) nogi. I to wyczekiwanie na koniec lekcji. Trwało to dosyć długo, aż wreszcie, któryś z bardziej spostrzegawczych nauczycieli pozwolił mi na lekcjach (a wręcz kazał) zajmować się „swoimi” sprawami, czyli po prostu nauką języka niemieckiego. Od tamtej pory mogłam w czasie lekcyjnym zajmować swój umysł wkuwaniem niemieckich słówek, gramatyką, robieniem ćwiczeń językowych, z czasem również pisaniem wypracowań po niemiecku. Jakaż to była dla mnie ulga po tych tygodniach bezsensownego wsłuchiwania się w szwargot obcego języka! Żaden z nauczycieli nie mógł już zwracać mi uwagi, że w czasie jego lekcji nie słucham! Uwierzcie, nawet najbardziej wytężona uwaga i wsłuchiwanie się w obcy język nie przybliżą was do jego znajomości ani odrobinę. Jako ćwiczenie proponuję włączyć sobie którąkolwiek z telewizji arabskich i intensywnie wsłuchiwać się w program. Ile z niego się rozumie? I jak długo można wytężać uwagę w poszukiwaniu tego jednego, zrozumiałego słowa?
Nie tędy droga. Dopiero intensywna nauka pozwala w dalszej kolejności wyłapywać w potoku niezrozumiałych wypowiedzi najpierw pojedyncze słowa, potem zwroty, następnie sens. Jak dziś pamiętam swoje pierwsze w całości zrozumiałe zdanie w języku niemieckim. Stałam, jak to przysłowiowe piąte koło u wozu przy moich koleżankach z klasy, gdy któraś z nich (Yasmin, śliczna turecka emigrantka w drugim pokoleniu) powiedziała: „Ich bin so mude” („Jestem taka zmęczona”). Poczułam wtedy jak moje ciało zalewają endorfiny, o radości z tego jednego, w pełni zrozumiałego zdania po niemiecku nie mogę zapomnieć do dziś. 
Codziennie, najcięższa dla mnie była długa przerwa na lunch,w trakcie której zamykano szkołę, a my musieliśmy wyjść na boisko szkolne. Z kanapką w ręku stałam gdzieś na boku albo wałęsałam się za koleżankami z klasy, które wyraźnie mnie ignorowały, czasem starały się mnie zgubić rozdzielając się na mniejsze grupki. Nie wiedziałam do kogo mogłabym się przykleić, z kim próbować nawiązać jakikolwiek kontakt (trochę dukaliśmy wszyscy wtedy po angielsku). Na kilka chwil odnajdywałam mojego młodszego brata, ale on zaraz biegł do swoich spraw. Potem dowiedziałam się, że są w mojej klasie oraz w klasie równoległej dzieci z rodowodem polskim, dzieci emigranckie. Niestety, nie bardzo były zainteresowane polską koleżanką, najnormalniej w świecie wstydziły się nie tylko mówić po polsku, ale również przyznawać do tego, że mają cokolwiek wspólnego z Polską. Jeśli już wymieniały ze mną kilka zdań, to tylko i wyłącznie szeptem, jakby w konspiracji i nigdy, przenigdy przy niemieckich rówieśnikach. Do dziś staram się pojąć ów fenomen i zrozumieć dlaczego tak robiły. Kto im wpoił, że Polski trzeba się wstydzić? Czego nasłuchały się w domach? Jakimi wartościami kierowali się ich rodzice? 
Pierwszymi i zdaje się, że jedynymi bliskimi znajomymi były dzieci będące w identycznej sytuacji życiowej jak moja. Dzieci, które w tym samym czasie razem z rodzicami wyemigrowały do Niemiec i razem ze mną zaczynały naukę w nowej szkole. Spotykaliśmy się kilka razy w ciągu dnia na specjalnych lekcjach wyrównawczych, gdzie uczono nas języka niemieckiego. Meisaam z Egiptu, Marcela z Brazylii, Kate z Bermudów, Natalija z Chorwacji, Irina z Rosji, Asia z Polski i kilkoro innych. Szkolne Boże Narodzenie świętowaliśmy razem, już wtedy porozumiewając się łamanym niemieckim, a ze słowiankami mieszanką językową trudną do rozszyfrowania przez kogokolwiek z boku. Po ciężkich czterech miesiącach w szkole powoli, powoli odnajdywałam swoje miejsce. Ba! Nawet kolędy śpiewaliśmy już po niemiecku („Stille Nacht, Heilige Nacht”). 
Jak patrzę na tamto doświadczenie z dzisiejszej perspektywy? Jak je oceniam? Czy było potrzebne? Banałem będzie to, co teraz napiszę. Ale rzeczywiście, to, co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wyszłam z tego silna, odporna na odrzucenie, zobojętniała na ostracyzm. Wykluczenie nie jest dobre, nie jest miłe. Ale we mnie zbudowało mocną postawę życiową – to, że ktoś napiera nie znaczy, że mam się uginać, to że odrzuca nie znaczy, że mam się wtapiać w tłum na siłę i dostosowywać („szeptem mówić po polsku”). Bycie innym w grupie nie zabija. Da się to przeżyć, a nawet wyciągnąć dla siebie z tego doświadczenia pozytywy. 
Od tamtej pory miałam już zawsze z górki jeśli chodzi o znajomość języka niemieckiego. Trafiłam w Polsce do klasy licealnej dwujęzycznej, nauczyciele cmokali z zachwytu nad moim akcentem i wymową, z matury dostałam z języka niemieckiego szóstkę nie przeznaczając na naukę ani godziny (!), a na egzaminach na studia maksymalną ilość punktów. Sami sobie odpowiedzcie na pytanie, czy było warto. Ja uważam, że warto. Tym bardziej, gdy się spojrzy na życie ludzkie z perspektywy człowieka dorosłego. Czymże jest te półtora roku ciężkiej pracy, z której profity wyciąga się przez całe dorosłe życie? Niczym. 
Obserwuję teraz własne dzieci w podobnej sytuacji życiowej. Szczególnie chłopców, bo dziewczyny mówiły po angielsku płynnie już w czasie naszej poprzedniej emigracji do Anglii. Roman i Ignacy są co prawda dużo młodsi niż ja byłam wtedy. Być może jest im łatwiej, bo nie rozumieją otaczającego ich świata w takim stopniu, w jakim rozumie go czternastoletnia dziewczyna. Niemniej jednak, myślę, że dużo podobnych uczuć musi im towarzyszyć teraz. I być może świadomie nie zapamiętają wielu z nich. Zostanie im jednak znajomość języka angielskiego. Na całe życie. I za cenę, myślę, że niewygórowaną.

Imagine the following situation: you are a child and you go to school in a foreign country without knowing the language there. What do you feel?
Since Poland joined the European Union, such an experience is shared by at least several hundred thousand of Polish children. Those who left Poland accompanyingtheir parents for emigration and those who came into the world in their new homelands. When sitting down for the first time in a class bench in exile, these older and younger children experience similar feelings. I want to tell you about them. Not only because I am the mother of four children who have such experiences. I will tell you about it not from the perspective of a mother who is watching her own offspring in a new situation and whois listening to school relations made by her children every day. I will tell you about it from the perspective of a child, because I was a child myself when I came to school in a foreign country, without any knowledge of the language of my classmates. I will try to get back to those years with my thoughts and feelings, and also look at those times from the perspective of a forty-year-old woman.
Being a pretty, slender, healthy, cheerful, not too rebellious, but with many complexes fourteen-year-old girl, which is actually quite a typical teenager, I came to school in Western Germany. The only German phrases I got on the way were greetings, and „danke”, „bitte” and „entschuldigung” (thank you, please, I am sorry). In other words, the entire repertoire of the so-called „good girl”, which (unfortunately, but not for a long) I was.
On Monday morning, a few minutes past eight, I was walking with my dad, younger brother and headmaster in the school corridor to join my new class. The door was opened, the teacher, the director and my father were talking about something. The door behind me closed, I was shown my place in the bench. I heard a strange, hard, unintelligible language around myself. The teacher tried to make any kind of verbal contact with me, all the children were staring at me, they also said something, laughed and joked. And I absolutely did not know what was going on around me. I did not even know what kind of school lesson it was: was it geography? History? Or maybe German language? I sat stressed and upset. Thatexperience was so strong that I can still remember what I was dressed in that day! As befits a teenager, and also wanting to make a good first impression, I dressed in my new, best clothes. I wore a cream-colored sweater, the most fashionable (in Poland!) pyramid jeans and absolutely cool black cowboy boots. I am writingabout it for a reason. Not because I pay too much attention to my outfit, or that I am a fashion freak with a wardrobe that is not closing because of too many clothing. I am writing about it because I remember me thinkingthat even without any knowledge of German I still could do the first impression very good by lookingpretty and maybe it couldencourage my new friends to befriend me, get interested in me, start any conversation , initiate contact. It seemed to me that looking good will make my enter a new peer environment easier. Ha, ha, ha, stupid me! I realized soon enough, or I was let in to understand that I looked no more than a visitor from behind the Iron Curtain, like a girl from the East. In Western Germany, no one wore a cowboy boots any more at that time, and the pyramid jeans were in the teenage nomenclature synonymous withjust being not cool.
Wanting to make a good first impression, I only confirmed my East-European origin. In the world of teenagers, there is no „forgive me God,” no mercy. Stick stuck, on the social ladder I stand as low as possible, I could actually look only up. And it was probably one of the first shocks for me: in Polish primary school I was one of the class leaders, the president, a model student, a teacher’s favorite, surrounded by a group of friends. In Germany, I was nothing. Already at the first break I realized that nobody was interested in me, that I actually became transparent. Nobody approached, did not talk, did not look for contact, they watched me from a distance and stealthily. With the sound of the bell, everyone packed up, got up, and with some bags on their shoulders, they left the classroom. I followed the group. To which hall, for which lesson? I could only guess. Guesses andpredictions were my main cognitive tools of those months. Observing everyone and everything, I tried to answer the main question: „what was going on?” I studied German. I was learning very intensively, but everyone who went through the learning process knows that it does not last for several weeks. It does not take even several months. It is a huge work, tedious, hard, multi-layered, often boring and ungrateful for a long time. Payment in the form of understanding people around you or free conversation comes later. For many months during the lesson I was sitting and understanding nothing. The most difficult moments were when the whole peer group burst out loud and I did not know why. Now I think that they just laughed, then, when I was 14 years old, and as it was said before, the mountain of complexes, it often seemed to me that they were laughing at me. Now I think that it was not I who was the reason of jokes, but you know, I can not give a guarantee, because I still do not know what they were laughing at …
To the strong nervousness, the feeling of alienation and misunderstanding of the world around, to the feeling of being at the bottom of the teenage, peer social ladder, I can add another dominant feeling at that time: boredom. Huge, heavy, tiring, overwhelming boredom. I remember myself looking at the watch during the lesson and my depressing thoughts that it’s only been 7 minutes out of 45. This lasted for a quite long time, until finally, one of the more perceptive teachers allowed me to learn German during every lesson. From that time on I could take my mind off the lessons and learn new German vocabulary, grammar, do language exercises, and eventually writeessays in German. What a relief to me after these weeks of meaningless listening to the gibberish of a foreign language! None of the teachers could point out to me that I was not listening during his lessons! Believe me, even the most intense attention and listening to the foreign language will not bring you closer to itsknowledge, not a little. As an exercise, I suggest you watch any of the Arabic TVs and listen to the program intensively. How much do you understand of it? And how long can you concentrate andlooking for this one understandable word?
Not thatway! Only intense learningallows you to catch first words, then phrases, then sense in a foreign language. I remember my first fully understood sentence in German. I stood nearmy classmates feeling like a third wheel, when one of them (Yasmin, a pretty Turkish emigrant in the second generation) said: „Ich bin so mude” („I am so tired”). At that time I felt endorfine flooding my body. I can not forget about this one, fully understood sentence in German until today. Everyday, the hardest for me was a long lunchtime break, during which the school was closed, and we had to go out to the schoolyard. With a sandwich in my hand, I stood somewhere on the side or wandered behind classmates who clearly ignored me, sometimes trying to get me lost by splitting themself into smaller groups. I did not know who I could stick to, with whom could I make any verbal contact. I found my younger brother for a few moments, but he ran to his own matters. Later, I found out that there are in my class and in the parallel class children with a Polish roots, children of the Polish immigrants. Unfortunately, they were not very interested in the Polish colleague, they were the most embarrassed in the world not only to speak Polish but also to admit that they had anything to do with Poland. If they have already exchanged a few sentences with me, they wereonly whispering, as if in conspiracy. They didn’t want to be heard speaking Polish by their German classmates.To this day, I try to understand this phenomenon and understand why they did it. Who convinced them they should be ashamed of their Polish roots? What did they listen to in their homes? What were the values ​​of their parents?
The first and it seems that the only close friends were children who were in the same life situation as mine. Children who at the same time immigrated to Germany with their parents and started learning in a new school with me. We met several times during the day on special compensatory lessons, where we were taught German. Meisaam from Egypt, Marcel from Brazil, Kate from Bermuda, Natalija from Croatia, Irina from Russia, Asia from Poland and several others.
We celebrated school Christmas together, already communicating with broken German, and with the Slavs a language mix which was difficult to be decipher by anyone from the side. After a hard four months at school, I slowly found my place in new environment. Bah! Even the carols were sung in German („Stille Nacht, Heilige Nacht”).
How do I look at that experience from today’s perspective? How do I rate them? Was it needed at all? The banal will be what I write now. But really, what doesn’t kill you makes you stronger. This experience left me strong, immune to rejection, neutralized ostracism. Rejection is not good, it’s not nice. But it has built a strong life attitude in me – the fact that someone pushes does not mean that I have to bend. The rejection does not mean that I have to blend in the crowd („whisperingPolish instead of speaking Polish„). Being different in the group does not kill. You can experience it and even benefit of it in the future.
Since then, I’ve always been downhill when it comes to speaking German. I joined inPoland a bilingual high school class, the teachers smiled with delight over my accent and pronunciation, I got always the best degree in German classes. And I got the maximum number of points at the university entry exams. Was all the efford with the emigration worth it​? I think it was. Especially when you look at human life from the perspective of an adult . One and a half year of hard work of learning foreign language is not a big cost because the profits are drawn out throughout the whole adult life.

I am now observing my own children in a similar life situation. Especially boys, because the girls already spoke English fluently during our previous emigration to England. Roman and Ignacy are much younger than I was then. Perhaps it is easier for them because they do not understand the world around them compared to whata fourteen-year-old girl understands. Nevertheless, I think that a lot of similar feelings must accompany them now. And perhaps they will not remember many of them. They will, however, have knowledge of English. For a lifetime. And for the price that isnot too expensive.  

Telewizja po 20 latach przerwy. 20 years break in watching tv

Czasami myślę, że przypadek naszej rodziny byłby doskonałym materiałem badawczym dla naukowców. Bezwiednie zrobiliśmy na sobie eksperyment, który trwał około 20 lat. Mniej więcej przez tyle lat nie oglądaliśmy telewizji. A nie oglądać telewizji we współczesnym świecie, to trochę tak, jakby zamieszkać na odludnej wyspie, do której nie dociera prawie nic. Narracja współczesnego życia społecznego odbywa się na ekranach telewizorów. Programy informacyjne, publicystyczne, naukowe, rozrywka oraz przede wszystkim reklamy opowiadają milionom o teraźniejszości, a co jeszcze ważniejsze, poprzez tą opowieść kształtują ją. Co się dzieje z ludźmi, którzy dostępu do tego nie mają? I co się dzieje, gdy po 20 latach dostęp odzyskują? Jak odbierają przekaz?
Oczywiście, żeby było od początku jasne: w międzyczasie powstał internet, telefon i komputer w pewnym stopniu zastąpiły telewizję. Informacje docierały do nas innymi kanałami, więc porównanie z odludną wyspą nie do końca jest właściwe. Jednak między przekazem serwowanym przez telewizję, a przekazem internetowym istnieje jedna, zasadnicza różnica. W przypadku internetu, to ja sama tworzę narrację, poszukuję informacji według własnego klucza, wybieram treści, z którymi chcę obcować. Nikt nie narzuca mi tematów, o których danego dnia będę rozmyślać. Przykładowo, jeśli tej dzisiejszej środy zafascynuję się malarstwem Modiglianiego, to przez cały dzień będę poszukiwać informacji na jego temat, będę oglądać jego obrazy, zobaczę dokument na you tubie o tym malarzu, sprawdzę, w których muzeach w Europie mogę zobaczyć jego dzieła na żywo. Tak więc dzień ten poświęcę zagadnieniu, które mnie interesuje, które ja wybrałam. W przypadku, gdy korzysta się z telewizji, to program ustalony przez kogoś innego będzie pisał mój dzień i decydował, czym zajmować się będzie mój umysł. Zobaczę program o remontach mieszkań, dowiem się, że w okolicy był pożar, następnie przeniosę się do kuchni jakiegoś sławnego kucharza i oglądnę, jak przygotowuje brokuły i gulasz, potem zmartwię się widząc górę plastikowych śmieci na Oceanie Indyjskim, by tuż przed snem doświadczyć traumy II wojny światowej. Przede wszystkim jednak dowiem się w ciągu dnia o tym, czego w moim życiu brakuje, czego nie mam, do czego mam dążyć i o czym marzyć. Oglądnę niezliczoną (chociaż pewnie zliczoną przez badaczy mediów) ilość reklam. Oponent powie tak: możesz przecież zmieniać kanały i sama wybierać co oglądasz, a co nie. Prawda. W teorii prawda. W rzeczywistości zazwyczaj ogląda się „co leci”. Nie znam nikogo, kto z długopisem i notatnikiem w ręku planowałby oglądanie tylko wybranych programów. Tak to nie działa. Nie wspominając nawet o natrętnych blokach reklamowych, które doszczętnie zohydzają telewizję.
Kolejną sprawą są neurony lustrzane, małe struktury w naszych mózgach dzięki którym widząc człowieka śmiejącego się, również się uśmiechamy, widząc kogoś rozpaczającego odczuwamy jego smutek, widząc zabójstwo czujemy strach. Tu nie chodzi tylko o empatię, której poziom każdy z nas ma inny. Chodzi tu o funkcjonowanie naszego mózgu, który w toku ewolucji wytworzył niezwykle pożyteczne społecznie mechanizmy współodczuwania, a które jednak równocześnie wprowadzają nasze mózgi w błąd. Jeśli widzimy w filmie scenę gwałtu, to dla naszego mózgu oglądanie takich rzeczy jest równoznaczne z braniem udziału w tej sytuacji. Mózg na poziomie neuronalnym nie rozróżnia oglądania przemocy na ekranie telewizora od oglądania przemocy na żywo. Przyznam, że dla mnie samej dowiedzenie się o tym fakcie było szokującą informacją. Stres, jaki przeżywamy „jedynie” oglądając morderstwa w tv jest ogromny. Nawet jeśli świadomie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nawet jeśli zaprzeczamy. Nawet jeśli wypieramy. Dlaczego o tym piszę? Bo nie oglądając telewizji przez niemalże 2 dekady i stykając się teraz z tym medium doświadczam ogromnego wpływu wywoływanego na człowieka. Mam na myśli sferę emocji oraz to jak bardzo, jak mocno, jak intensywnie czuje się oglądane programy. Dla mnie oglądnięcie jednego odcinka serialu o przemytnikach narkotyków („Narcos”) wiązało się z pięcioma pobudkami w nocy. Za każdym razem przed oczami miałam okrutne morderstwa, rozstrzelania, krew, ciała zabitych. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze trudności z zaśnięciem. Nie tylko spowodowane naładowaniem emocjami takimi jak strach, przerażenie, obrzydzenie. Myślę, że w przypadku problemów z zaśnięciem chodzi również o „naświetlenie” niebieskim światłem pochodzącym z ekranu telewizora i zachwianie rytmu okołodobowego poprzez ograniczanie wydzielania melatoniny w mózgu. Do tej pory przed snem czytałam, malowałam, robiłam na drutach, szyłam, a czasem też, owszem, przeglądałam internet na telefonie. Nigdy nie doświadczałam w swym życiu problemów z zasypianiem. Nigdy. Teraz bardzo, bardzo często. Jest na to jedno remedium, ale o tym napiszę później.
W domu, w którym jest obecna telewizja zanika również rozmowa. Nie całkowicie oczywiście. Ale gdy migają kolorowe obrazki (wielkie!) i mówi ktoś z głośników – wszyscy milkną. Obserwuję własne dzieci, które po prostu zamrażają się, nieruchomieją, sztywnieją. Ich de facto nie ma w pokoju, tylko ciała ich obecne są na sofie, a one myślami i całym swym jestestwem gdzieś odpływają. Czuję wtedy smutek. Po oglądnięciu swojej sesyjki „bajek” są agresywne, nerwowe, popychają się, kłócą, dokuczają sobie. Czuję wtedy złość na siebie. Że poszłam na łatwiznę, że znów za długo gapiły się w ten ekran, że może jakieś niewłaściwe filmy oglądnęły. Przygnębia mnie to.
Po dwudziestu latach nieoglądania telewizji obserwuję również u siebie inną, ciekawą reakcję. Jest nią nadmierna uwaga w trakcie oglądania przekazu, brak odpowiednich filtrów w mózgu do odsiewania tego, co jest medialnym śmieciem od tego tego, co ważne. Początkowo oglądając reklamy traktowałam je nazbyt serio, na poważnie, zapamiętując zawarte w nich informacje nadmiernie. Nie wiem dokładnie jak to opisać, by być zrozumiałą. Chodzi o to, że każda pseudo – informacja z reklamy traktowana była przez mój mózg jak informacja. I to na dodatek bardzo ważna. To trochę tak, jakby oglądać reklamy jak serwisy informacyjne. Wzmożona koncentracja, dokładne wsłuchiwanie się w treść i formę przekazu. Kobieto! Nie tak! Tego się tak nie ogląda, nie słucha tak dokładnie. Reklamy mają przez człowieka przelecieć jak biegunka.
A zatem, czy zauważam coś dobrego w oglądaniu telewizji po tych 20 latach abstynencji? Oczywiście, że tak. Mając tyle lat ile mam, jestem już świadoma, że mnóstwa rzeczy nigdy nie zobaczę na żywo. Rzeczy, które chciałabym widzieć. Zrobili to za mnie inni ludzie. Z kamerą docierają tam, gdzie mnie nie będzie. A być bym chciała. Ich oczami docieram w miejsca niedostępne. I cieszę się tym. Przeżywam, dzięki neuronom lustrzanym, ich dobre, piękne emocje, radości, wzruszenia, ciekawość, zachwyt oraz troskę o świat, o innych, o nas wszystkich. Wczoraj wieczorem na przykład pływałam po Oceanie Indyjskim oglądając jeden z wspaniałych odcinków programu Simona Reevsa na BBC I-player. I znowu to samo: to był mój wybór, moja decyzja, czym będę żyć wieczorem, co zabiorę ze sobą do łóżka na noc, które emocje i obrazy będą mi towarzyszyć w czasie snu. Nie budziłam się w nocy wcale. To dobry znak. Albo się nauczyłam właściwie oglądać telewizję, albo ona nauczyła mnie tego. I to jest to remedium na bezsenność, o którym wspominałam wcześniej. Właściwy wybór treści.

Sometimes I think that our family case would be an excellent research material for scientists. We unknowingly made an experiment that lasted about 20 years. More or less, we have not watched television for so many years. And not to watch television in the modern world, it’s a bit like living on a deserted island that almost nothing can reach. The narrative of modern social life takes place on television screens. Information, journalistic, scientific programs, entertainment and, above all, advertisements tell millions of the present, and what is even more important, they shape it through this story. What happens to people who do not have access to it? And what happens when access is recovered after 20 years? How do they receive the message?
Of course, let’s make it clear from the beginning: in the meantime, the Internet was created, the telephone and the computer were to a certain extent a substitute for television. The information reached us through other channels, so the comparison with a secluded island is not exactly right. However, there is one major difference between the message provided by the television and the internet transmission. In the case of the Internet, I myself create a narrative, I am looking for information according to my own key, I choose the content with which I want to commune. Nobody imposes on me topics that I will reflect on a given day. For example, if I’m fascinated with the painting of Modigliani this Wednesday, I will be looking for information about him all day, I will see his paintings, I will see a document on You Tube about this painter, check in which museums in Europe I can see his works live. So this day I will devote to the issue that interests me, which I chose. If you use television, a program set by someone else will write my day and decide what my mind will do. I will see a program about renovations of flats, I will find out that there was a fire in the area, then I will move to the kitchen of some famous chef and watch how he prepares broccoli and goulash, then I will worry about seeing the top of plastic garbage in the Indian Ocean and experience trauma of  the II World War just before I go to sleep. Above all, however, I will find out during the day about what is missing in my life, what I do not have, what to aspire for and what to dream about. I will see countless ads (though probably counted by the media researchers). The opponent will say: you can change channels and choose what you watch and what you do not. Truth. In the theory it is truth. In reality, you usually watch „what’s going on”. I do not know anyone who would plan with a pen and a notebook to watch only selected programs. Yes it does not work. Not to mention the intrusive advertising blocks that completely devour the television.
Another matter are mirror neurons, small structures in our brains that make us smile while a watched man is laughing, or seeing someone who is desperate we feel his sadness, and we feel fear when we see the murder. This is not just about empathy, whose level each of us is different. It is about the functioning of our brain, which in the course of evolution has created extremely useful social mechanisms of compassion, which, however, at the same time lead our brains into error. If we see a scene of rape in a film, for our brain viewing such things is tantamount to taking part in this situation. The brain at the neural level does not distinguish between viewing violence on the television screen and watching violence live. I admit that for me to find out about this fact was shocking information. The stress we experience „only” by watching murders on tv is huge. Even if we do not consciously realize it. Even if we deny it. Even if we’re crowding out. Why am I writing about it? Because not watching TV for almost 2 decades and now touching this medium, I experience its huge impact on myself. I mean all the sphere of emotions and the intensity of watched programs. For me, watching one episode of the drug smugglers series („Narcos”) was associated with five wake-up calls at night. Each time I woke up I had cruel murders, shots, blood, bodies of the dead before my eyes. To all this, I experience difficulties with falling asleep. Not only due to charging with emotions such as fear, horror, disgust. I think that in the case of problems with falling asleep, it is also about „lighting” the blue light coming from the TV screen and disturbing the circadian rhythm by limiting the secretion of melatonin in the brain. Until now, at bedtime, I read, painted, knitted, sewed, and sometimes, yes, I was browsing the internet on my phone. I have never experienced problems falling asleep in my life. Never. Now very, very often. There is one remedy for this, but I will write about it later. 
In a home where television is present, the conversation is also lost. Not completely of course. But when colorful, huge pictures are flashing and someone speaks from the speakers – everyone else is silent. I watch my own children who just freeze, stand still, stiffen. They are not present in the room, only their bodies sit on the sofa, and they swim away with their thoughts and their entire being. I feel sadness then. After watching the session of cartoons they are aggressive, nervous, push, argue, tease each other. I feel anger at myself then. That I went on the easy way, that they were staring too long at this screen again, that maybe some inappropriate films they were watching. It depresses me. After twenty years of not watching TV I also observe another interesting reaction. It is excessive attention in watching the message, the lack of proper filters in the brain to sifting out what is media junk from what is important. Initially, watching the ads I treated them too seriously, remembering all the information contained in them. I do not know exactly how to describe it, to be understandable. The point is that every pseudo-information from the advertisement was treated by my brain as the information. And additionaly like a very important information. It’s a bit like watching advertisements like it was a news program. Increased concentration, accurate listening to the content and form of the message. Woman! Not so! Don’t watch it like this, don’t listen so closely. Advertisements have to pass through man like diarrhea.
So, do I notice something good in watching TV after these 20 years of abstinence? Yes of course. With as many years as I have, I am already aware that I will never see a lot of things in my life. Things that I would like to see. Other people have done it for me. With the camera they reach where I will not. I can see the world that is inaccessible to me through their eyes. And I’m happy about it. I experience, thanks to mirror neurons, their good, beautiful emotions, joys, feelings, curiosity, delight and concern for the world, for others, for all of us. Yesterday evening, for example, I was swimming in the Indian Ocean watching one of the great episodes of Simon Reeves’ program on BBC I-player. And again the same: it was my choice, my decision, what would I experience that evening, what I would take with me to bed for the night, which emotions and images will accompany me during my sleep. I did not wake up at night. It’s a good sign. I either learned to watch TV properly or TV taught me that. And this is a remedy for insomnia, which I mentioned earlier. The right choice of content.

Emigracja a wyjazd. Differences between emigration and the trip.

Ta sama rodzina. To samo miejsce. Co więcej, ta sama szkoła dla dzieci i miejsce pracy to samo. Emigracja.
A jednak inaczej.
Pięć lat przerwy od Wielkiej Brytanii, pięć lat życia w Polsce. Czas, który dzieli oba wyjazdy był gęsty, pełen życia. A my znów jesteśmy tutaj, niby tacy sami, niby miejsce to samo, a jednak wszystko jest inaczej.
Dobitnie zdałam sobie sprawę z różnic pomiędzy tym wyjazdem a poprzednim w trakcie rozmowy z pewną polską mamą. Zapytałam ją, kiedy wybierają się do Polski. I zobaczyłam wielkie zdziwienie na jej twarzy – nie, nie planują przyjazdu do Polski w najbliższym czasie. Ba, nawet o tym nie myślą. I dotarło do mnie, że nasz obecny pobyt w Anglii jest dla mnie bardziej wyjazdem niż emigracją. Że żyję krótkimi interwałami przerywanymi pobytem w rodzinnym mieście, że wracając do Sheffield wiem już dokładnie kiedy następnym razem będę w Polsce. Wyjazd ten nie jest emigracją, jest jedynie pobytem. Tymczasowym. Nakierowanym na konkretny – aczkolwiek nie mierzony pieniędzmi – cel. Znajomi pytali nas często dlaczego jedziemy znów do Anglii. Podejrzewali, że coś nam się w Polsce nie podoba, że może finansowo, zawodowo nie dajemy rady, że może Polska nas rozczarowała. Żaden z powyższych powodów nie był nawet zbliżony do prawdy. Pierwszym, głównym i tak naprawdę jedynym konkretnym powodem dla którego opuściliśmy rodzinne strony była nauka języka angielskiego przez chłopców. Będąc jeszcze na poprzedniej emigracji obiecaliśmy sobie, że kiedyś wrócimy do Wielkiej Brytanii, by nauczyć synów języka Szekspira. Postanowienie to było odroczone w czasie, gdzieś tam, w nieokreślonej przyszłości miało się stać. Aż nadszedł wreszcie ten moment, że chłopcy dorośli na tyle, by móc przyswoić język. Decyzja o wyjeździe nie była łatwa, powiem nawet, że była to jedna z najcięższych decyzji w życiu, bo zmieniać coś, gdy codzienność jest dobra i nie boli jest trudno. Zostawiać dom, który się kocha, opuszczać swoje miejsce na ziemi, by znaleźć się w miejscu, które się ledwo, ledwo co toleruje nie jest prosto.
Do tego jedynego powodu wyjazdu zaczęliśmy doszukiwać inne, powoli dodawaliśmy kolejne, aż lista „za” wyjazdem zrównoważyła się z listą „przeciwko” wyjazdowi. Jednocześnie obiecaliśmy sobie, że nie osiądziemy tutaj, nie zagnieździmy się w życiu codziennym, że podróż jest tymczasowa i ma konkretny cel. Tymczasowość przejawia się w życiu codziennym chociażby zmniejszoną konsumpcją – mamy tutaj tylko to, co jest konieczne. Niczym podróżnik dbamy o to, by plecak nie był przeładowany, gotowy do podróży w każdej chwili, by nie ciążył za bardzo.
Nie szukamy również znajomych na siłę. Dawniej mnóstwo było kompromisów i ustępstw z mojej strony, bo miałam świadomość, że każda spotkana osoba jest na wagę złota w tym obcym miejscu. Szukałam części wspólnej zbioru, koncentrowałam się na podobieństwach. Wydawało mi się, że zaprzyjaźnić da się z każdym. A to chyba nie jest prawdą. Teraz jestem otwarta na nowe znajomości, ale nie zachłanna na nie. Ciekawią mnie ludzie, ich historie, przeżycia, uczucia, ale wiem, że mogę oczekiwać czegoś w zamian, że to nie tylko mi ma zależeć na podtrzymaniu znajomości, że mogę oczekiwać lojalności, zainteresowania, troski, wsparcia.
Tymczasowość tego wyjazdu wiąże się również ze zdystansowanym spojrzeniem na to miejsce. Ono moje nie jest, więc nie boję się w nim dostrzegać niedoskonałości. Nie, nie znaczy to, że ciągle krytykuję, od razu uprzedzam taki tok błędnego rozumowania. Ale nie boję się ocen. Wartościuję, bo to buduje moją osobowość. Potrafię powiedzieć co akceptuję i chcę, a co nie. Smakuję i wiem, czy chcę dalej jeść. Poznaję. Testuję. Wiele z tych smaków znam z poprzedniego wyjazdu, tak więc nie jest to dla mnie dziewicze doświadczenie. I to też jest bardzo ciekawe, bo widzę, że polski epizod i te pięć lat życia także i mnie zmieniły. Stykając się z Anglią przeżywam pewne jej aspekty zupełnie odmiennie. Kiedyś coś kochałam, teraz mniej, kiedyś czegoś nie doceniałam, teraz tak. To trochę jak spotkanie ze swym rodzicem, gdy jest się już osobą dorosłą. Jest inaczej, bo ja jestem inna. A rodzic ten sam, choć również inny, życiem zmieniony.
Chłopcy wrócą do Polski z piękną znajomością języka angielskiego. Nawet jeśli będzie jeszcze w tej kwestii dużo do nauczenia jedno jest pewne – podstawy, by mówić płynnie po angielsku będą mieli bardzo solidne.
Czego ja się nauczę tutaj, na tym wyjeździe? Nadal pozostaje to dla mnie tajemnicą.

The same family. The same place. What’s more, the same school for children and the workplace are the same. Emigration. And yet different. Five years break from the United Kingdom, five years of life in Poland. The time that separates both trips was dense, full of life. And we are here again, like the same, like the same place, but everything is different.
I clearly realized the differences between this trip and the previous one during a conversation with a Polish mother. I asked her when they were going to Poland. And I saw great astonishment on her face – no, they do not plan to come to Poland in the near future. They do not even think about it. And it occurred to me that our current stay in England is more a trip for me than an emigration. That I live in short intervals with an interrupted stay in my hometown, that returning to Sheffield I know exactly when I will be in Poland the next time. This trip is not an emigration, it is only a stay. Temporary. Targeted at specific – but not measured by money – goal. Friends often asked us why we are going to England again. They suspected that we do not like something about Poland, that we can’t cope financially nor professionally, or maybe Poland has disappointed us. None of the above reasons were even close to the truth. The first, the main and, in fact, the only specific reason why we left the family site was to teach boys English language.While still in previous emigration, we promised ourselves that someday we would return to Great Britain to teach the sons Shakespeare’s language. This decision was postponed in time, somewhere in the future it was going to happen. Until the moment finally came that the boys were old enough to learn the language. The decision to leave was not easy, I would even say that it was one of the toughest decisions in life, because the change of something when everyday life is good and does not hurt is difficult. Leaving a house that you love, leaving your place on earth to find yourself in a place that is barely tolerable, is not easy.

For the only reason we left, we started looking for others, slowly adding more, until the list „for” the trip balanced with the list of „against” the trip. At the same time, we promised ourselves that we would not settle here, we would not settle in everyday life, that the journey is temporary and has a specific purpose. Temporality is manifested in everyday life, for example in reduced consumption – we only have what is necessary here. Like a traveler, we make sure that the backpack is not overloaded, ready to travel at any time, so that it does not weigh too much.We are also not looking for friends „by force”. In the past, there were many compromises and concessions from my side, because I was aware that every person I met is worth the weight of gold in this strange place. I was looking for a common part, I focused on the similarities. It seemed to me that I could make friends with everyone. And this is probably not true. Now I am open to new acquaintances, but not greedy for them. I am curious about people, their stories, experiences, feelings, but I know that I can expect something in return, that it’s not only my job to keep up the knowledge that I can expect loyalty, interest, care, support.

The temporality of this trip is also associated with a distant look at this place. It is not mine, so I am not afraid to see imperfections of it. No, it does not mean that I am constantly criticizing, I immediately anticipate such a course of erroneous reasoning. But I’m not afraid of ratings. I value because it builds my personality. I can say what I accept and want and what I do not. I like it and I know if I want more of it. I recognize. I test. I know many of these flavors from the previous trip, so it is not a virgin experience for me. And this is also very interesting, because I see that the Polish episode and these five years of life have changed me too. When I come into contact with England, I experience some of its aspects completely differently. I used to love something, now less, I once did not appreciate something, now I do. It’s a bit like meeting your parent when you’re an adult. It’s different because I’m different. And the parent himself is different and changed. The boys will come back to Poland with a beautiful knowledge of English. Even if there is still a lot to learn, one thing is certain – their basics to speak English fluently will be very solid. What will I learn from this trip? It still remains a mystery to me.



Wrażenia z Chorwacji

Miałam pisać na miejscu. Nie było internetu. Miałam pisać po powrocie. Nie było chęci.
Teraz mam powyższe dwie rzeczy naraz. Piszę.

Chorwacja jest dla mnie zdecydowanie miłością od drugiego wejrzenia. Pierwsze wrażenie zrobiła fatalne. Było to lat temu kilka (w lipcu 2014). Pamiętam byle jakie wybrzeże (miejscowość Sukosan), drożyznę, byle jakie jedzenie i jakieś takie ogólne wrażenie dziadostwa. Nie wiem skąd się to we mnie wzięło, ale tak było, przyznaję się dobrowolnie.
Więc wyjazd tegoroczny był podszyty szczególnym sceptycyzmem.
I Chorwacja zaskoczyła mnie absolutnie! Trafiliśmy w prześliczne miejsce przyrodniczo, z mnóstwem pięknych plaż, widoków zapierających dech w piersiach, ciepłym morzem.
Warunki lokalowe mieliśmy również bardzo fajne. Brakowało wi-fi oraz klimy, ale dało się przeżyć! Niestety, znów, dobrych rzeczy tam nie jedliśmy (wyjście do restauracji, lodziarnia oraz owoce – to totalna porażka), ale mogliśmy gotować w domu.
Bardzo miłą niespodzianką była możliwość dogadania się z lokalsami po polsku. Nie tylko dzięki podobieństwu obu języków, ale też dzięki temu, że Chorwaci przyzwyczajeni do mnóstwa turystów z Polski znają jako takie podstawy naszego języka, a te kilka zwrotów w mowie ojczystej zawsze jakoś za serce chwyta na obczyźnie.
Dzieciaki nurkowały jak szalone. Wszystkie! Nie tylko dziewczynki, nie tylko starszy Romek, ale Ignaś też. Chłopcy nie pływają jeszcze wcale, ale dzięki płetwom i maskom (a Igi skrzydełkom) mogli nurkować na kilku metrach! To są bardzo dzielne, odważne, szalone dzieci. Nie boją się życia, nie chronią się przed nim. Jest wyzwanie – jest wykonanie! Żadnego ciamajdowatego płakania, beczenia, że się boję, że fala i woda i sól i zimno. Zresztą, mam tyle wspaniałych filmików, muszę je tylko razem w movie makerze połączyć i będzie oglądania po dziesięć razy z rzędu, wspominania i śmiania.
Teraz zdjęcia:

Aha, miejscowość, w której byliśmy nazywa się Pag.