Artfair in London – what counts for me the most?

For English version please scroll down

Jest listopad 2016 roku, kończę przygotowania do pierwszej indywidualnej wystawy, wszystkie obrazy zagruntowane, oprawione, podpis i haczyki na odwrocie. Organizator wydarzenia pyta kiedy zorganizować wernisaż. Nie będzie żadnego wernisażu. Przeglądam listę znajomych, szukam potencjalnych gości, którzy mieliby ochotę przyjść na otwarcie mojej wystawy. Poza własnymi dziećmi, mężem i mamą nie znajduję nikogo. Organizacja wernisażu jedynie dla najbliższej rodziny nie ma sensu – równie dobrze mogę pokazać im swoje obrazy w domu, przy herbatce i ciastku.

Inna sytuacja. Wieczór, mróz, śnieg pod nogami, biegnę poboczem swoją pięciokilometrową trasą, zawsze tą samą, z domu pod kościół, po drodze mijając wiejski cmentarz. Wyobraźnia podpowiada mi obraz własnego pogrzebu. Nie ma na nim ani jednego znajomego. Nikogo. Tak jak w życiu, poza dziećmi, mężem i starą rodziną, nie mam nikogo.

Nie lubię zrzucać odpowiedzialności za swoje wybory na życie, los, traf, pecha, szczęście lub cokolwiek innego, co służy ku temu. Mam jednak na tyle zdrowego rozsądku, by obiektywnie przyznać, że okoliczności życiowe coś ułatwiają lub utrudniają. Jeśli mieszkasz w samotnej chatce bieszczadzkiej raczej nie będziesz stałym bywalcem imprez w stolicy. Podobnie rzecz się miała z moim kręgiem znajomych. Ani emigracja, ani poczwórne macierzyństwo i związane z tym kilkanaście lat harówy w domu nie sprzyjały podtrzymywaniu znajomości. Pamiętam, że moja babcia chełpiła się tym: „ja na koleżanki czasu nigdy nie miałam!” Dla mnie nie jest to powód do dumy. W jej ocenie kobiece osamotnienie wiązało się z pracowitością, może również z rozsądkiem, byciem „porządną”. Ja nie przypisuję mu żadnych pozytywnych wartości. Raczej postrzegam jako zbiór negatywów, listę tego, czego nie dostajesz, a mógłbyś. Nie ma w twoim życiu: wsparcia, zrozumienia, przytulenia, pocieszenia, śmiechu do łez i wspólnego płaczu.

Styczeń 2019. Za chwilę moja pierwsza wystawa w Londynie. Dopracowuję szczegóły, pokrywam werniksem płótna, sygnuję na odwrocie, szukam odpowiednich haczyków w B&Q. Składam ulotki w photoshopie, promuję show w internecie. Jedna znajoma z liceum deklaruje chęć przylotu na wystawę. Za chwilkę zgłasza się kolejna. Potem jeszcze jedna i jeszcze i jeszcze. Kto ma, bierze dzieciaki i męża. Cały dzień śledzę whatsappa, nie dowierzam temu, co się dzieje. Liczę ilość osób, które będą obecne na targach sztuki, szukamy noclegu na 22 osoby. Kupują bilety z Krakowa, Bydgoszczy, Berlina, Bielefeld, Frankfurtu. Lecą do mnie do Londynu. Z mojego powodu lecą do Londynu! Nie będzie w tym przesady, jeśli napiszę, że jest to jedna z piękniejszych chwil, jaka właśnie dzieje się w moim życiu. W szczególności, gdy spojrzy się na początek tego posta i ogarnie moją specyficzną sytuację życiową jeszcze sprzed kilku lat. Do niedawna najważniejszy był dla mnie udział w targach, teraz najbardziej cieszę się z przylotu znajomych na tą wystawę. Jest to dla mnie tak ogromne wsparcie, jak obecność rodziców na szkolnym przedstawieniu. Nie chcę siebie tym porównaniem infantylizować. Pokazuję jedynie siłę moich uczuć i ich smak. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się takiego obrotu sprawy! Jestem doszczętnie wzruszona, wstrząśnięta i ponad wszystko wdzięczna. To wspaniała mieszanka uczuć. Chciałabym ją zachować w sobie i jak najdłużej celebrować. Chcę się nią również podzielić. Jeśli nie w realu, to chociażby tutaj, drogi czytelniku. Z całego serca życzę Ci przeżycia takich chwil, gdy osoby, na których Ci zależy okazują wzajemność. To trochę tak, jakby ktoś przyczepił ci skrzydła i zachęcająco krzyknął: leć! Zaczęłam właśnie szybować.

Pierwsze nasze spotkanie, sierpień 2017, wiejski plac zabaw, na którym nasze dzieci przełamują pierwsze lody. My też. Rzadko się zdarza, by mnie ktoś zszokował. Jej szczerość i prawdomówność wgniatają mnie w ziemię. A potem jeszcze dowiaduję się, że potrafi szczerze cieszyć się moimi małymi sukcesami, że martwi ją mój gorszy nastrój, że pamięta, co jej mówiłam kiedyś, że nie przerywa, a słucha. Jedyne, co mnie martwi w tej relacji, to ja sama. Czy jestem wystarczająco empatyczna? Czy potrafię dać z siebie tyle ile otrzymuję od niej? Czy nie zaniedbuję? Wiem, że chyba nie jestem jej aż tak potrzebna, jak ona mi. Czuję to podskórnie. I chyba nawet nie śmiałabym ubiegać się o taką rolę w jej życiu. Chciałabym jednak, by wiedziała, że może na mnie liczyć zawsze. I wydaje mi się, że dobra passa w moim życiu towarzyskim zaczęła się właśnie od niej.

It’s November 2016, I’m finishing preparations for the first individual exhibition, all paintings are primed, framed, caption and hooks are on the back. The event organizer asks when to arrange the vernissage. There will not be any vernissage. I am browsing my friends list, I am looking for potential guests who would like to come to the opening of my exhibition. Apart from my own children, my husband and mother, I do not find anyone. The organization of the vernissage only for the closest family does not make sense – I might as well show them my paintings at home, at tea and cake.

Another situation. Evening, frost, snow under my feet, I run along the side of my five-kilometer route, always the same, from the house to the church, passing the rural cemetery on the way. Imagination is prompted by the picture of my own funeral. There is not a single friend on this event. No one. As in life, apart from children, husband and old family, I have no one.

I do not like to shift responsibility for my life’s choices to fate, luck, bad luck, or anything else that serves to do it. However, I have enough common sense to objectively admit that life circumstances make things easier or more difficult. If you live in a lonely Bieszczady cabin, you will not be a regular visitor of events in the capital city. The same was true of my circle of friends. Neither emigration nor quadruple motherhood and the related harsh in the home for a dozen years were conducive to sustaining acquaintance. I remember that my grandmother bragged about this: „I have never had time with friends!” For me, this is not a reason to be proud. In her view, female loneliness was associated with diligence, perhaps also with reason, being „decent”. I do not attribute any positive values ​​to it. Rather, I see as a set of negatives, a list of what you do not get, and you could. There are missing in your life: support, understanding, hugging, consolation, laughter to tears and crying together.

January 2019. In a moment, my first exhibition in London. I refine the details, cover with the varnish canvases, sign paintings on the back, I look for the appropriate hooks in B & Q. I submit leaflets in photoshop, I promote the show on the internet. One friend from high school declares the desire to come to the exhibition. Another will report in a moment. Then one more and still more. They take kids and husbands with them. I follow whatsapp all day, I do not trust what is happening. I count the number of people who will be present at the art fair, we are looking for accommodation for 22 people. They buy tickets from Kraków, Bydgoszcz, Berlin, Munster and Frankfurt. They fly to me to London. Because of me they are flying to London! There will be no exaggeration if I write that it is one of the most beautiful moments that is happening in my life. In particular, when you look at the beginning of this post and embrace my specific life situation a few years ago. Until recently, the most important for me was participation in the fair, now I am most happy with the arrival of friends for this exhibition. It is such a huge support for me as the presence of parents at the school performance for a child. I do not want to infantilize myself with this comparison. I only show the strength of my feelings and their taste. I would never have expected such a turn of events in my life! I am thoroughly moved, shocked and above all grateful. It’s a great mix of feelings. I would like to keep it in myself and celebrate it for as long as possible. I want to share it too. If not in real life, then here, dear reader. I wholeheartedly wish you the experiences of such moments when the people you care for show reciprocity. It’s a bit like someone has attached you wings and encouraged you by shouting: fly! I just started to glide.

Our first meeting, August 2017, a rural playground on which our children break the first ice. We are doing the same. It is rare for me to be shocked by someone. Her honesty and truthfulness crush me into the ground. And then I find out that she can honestly enjoy my little successes, that she is worried about my worse mood, that she remembers what I told her once that she does not interrupt and listens. The only thing that worries me about this relationship is me. Am I empathic enough? Can I give her as much as I receive from her? Do not I neglect? I know she doesn’t need me as much as I do about her. I feel it subcutaneously. And I do not think I would even dare to apply for such a role in her life. However, I would like her to know that she can always count on me. And it seems to me that a good streak in my social life has just begun from this meeting on.

A co Ty sądzisz na ten temat?

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.