Artfair in London – what counts for me the most?

For English version please scroll down

Jest listopad 2016 roku, kończę przygotowania do pierwszej indywidualnej wystawy, wszystkie obrazy zagruntowane, oprawione, podpis i haczyki na odwrocie. Organizator wydarzenia pyta kiedy zorganizować wernisaż. Nie będzie żadnego wernisażu. Przeglądam listę znajomych, szukam potencjalnych gości, którzy mieliby ochotę przyjść na otwarcie mojej wystawy. Poza własnymi dziećmi, mężem i mamą nie znajduję nikogo. Organizacja wernisażu jedynie dla najbliższej rodziny nie ma sensu – równie dobrze mogę pokazać im swoje obrazy w domu, przy herbatce i ciastku.

Inna sytuacja. Wieczór, mróz, śnieg pod nogami, biegnę poboczem swoją pięciokilometrową trasą, zawsze tą samą, z domu pod kościół, po drodze mijając wiejski cmentarz. Wyobraźnia podpowiada mi obraz własnego pogrzebu. Nie ma na nim ani jednego znajomego. Nikogo. Tak jak w życiu, poza dziećmi, mężem i starą rodziną, nie mam nikogo.

Nie lubię zrzucać odpowiedzialności za swoje wybory na życie, los, traf, pecha, szczęście lub cokolwiek innego, co służy ku temu. Mam jednak na tyle zdrowego rozsądku, by obiektywnie przyznać, że okoliczności życiowe coś ułatwiają lub utrudniają. Jeśli mieszkasz w samotnej chatce bieszczadzkiej raczej nie będziesz stałym bywalcem imprez w stolicy. Podobnie rzecz się miała z moim kręgiem znajomych. Ani emigracja, ani poczwórne macierzyństwo i związane z tym kilkanaście lat harówy w domu nie sprzyjały podtrzymywaniu znajomości. Pamiętam, że moja babcia chełpiła się tym: „ja na koleżanki czasu nigdy nie miałam!” Dla mnie nie jest to powód do dumy. W jej ocenie kobiece osamotnienie wiązało się z pracowitością, może również z rozsądkiem, byciem „porządną”. Ja nie przypisuję mu żadnych pozytywnych wartości. Raczej postrzegam jako zbiór negatywów, listę tego, czego nie dostajesz, a mógłbyś. Nie ma w twoim życiu: wsparcia, zrozumienia, przytulenia, pocieszenia, śmiechu do łez i wspólnego płaczu.

Styczeń 2019. Za chwilę moja pierwsza wystawa w Londynie. Dopracowuję szczegóły, pokrywam werniksem płótna, sygnuję na odwrocie, szukam odpowiednich haczyków w B&Q. Składam ulotki w photoshopie, promuję show w internecie. Jedna znajoma z liceum deklaruje chęć przylotu na wystawę. Za chwilkę zgłasza się kolejna. Potem jeszcze jedna i jeszcze i jeszcze. Kto ma, bierze dzieciaki i męża. Cały dzień śledzę whatsappa, nie dowierzam temu, co się dzieje. Liczę ilość osób, które będą obecne na targach sztuki, szukamy noclegu na 22 osoby. Kupują bilety z Krakowa, Bydgoszczy, Berlina, Bielefeld, Frankfurtu. Lecą do mnie do Londynu. Z mojego powodu lecą do Londynu! Nie będzie w tym przesady, jeśli napiszę, że jest to jedna z piękniejszych chwil, jaka właśnie dzieje się w moim życiu. W szczególności, gdy spojrzy się na początek tego posta i ogarnie moją specyficzną sytuację życiową jeszcze sprzed kilku lat. Do niedawna najważniejszy był dla mnie udział w targach, teraz najbardziej cieszę się z przylotu znajomych na tą wystawę. Jest to dla mnie tak ogromne wsparcie, jak obecność rodziców na szkolnym przedstawieniu. Nie chcę siebie tym porównaniem infantylizować. Pokazuję jedynie siłę moich uczuć i ich smak. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się takiego obrotu sprawy! Jestem doszczętnie wzruszona, wstrząśnięta i ponad wszystko wdzięczna. To wspaniała mieszanka uczuć. Chciałabym ją zachować w sobie i jak najdłużej celebrować. Chcę się nią również podzielić. Jeśli nie w realu, to chociażby tutaj, drogi czytelniku. Z całego serca życzę Ci przeżycia takich chwil, gdy osoby, na których Ci zależy okazują wzajemność. To trochę tak, jakby ktoś przyczepił ci skrzydła i zachęcająco krzyknął: leć! Zaczęłam właśnie szybować.

Pierwsze nasze spotkanie, sierpień 2017, wiejski plac zabaw, na którym nasze dzieci przełamują pierwsze lody. My też. Rzadko się zdarza, by mnie ktoś zszokował. Jej szczerość i prawdomówność wgniatają mnie w ziemię. A potem jeszcze dowiaduję się, że potrafi szczerze cieszyć się moimi małymi sukcesami, że martwi ją mój gorszy nastrój, że pamięta, co jej mówiłam kiedyś, że nie przerywa, a słucha. Jedyne, co mnie martwi w tej relacji, to ja sama. Czy jestem wystarczająco empatyczna? Czy potrafię dać z siebie tyle ile otrzymuję od niej? Czy nie zaniedbuję? Wiem, że chyba nie jestem jej aż tak potrzebna, jak ona mi. Czuję to podskórnie. I chyba nawet nie śmiałabym ubiegać się o taką rolę w jej życiu. Chciałabym jednak, by wiedziała, że może na mnie liczyć zawsze. I wydaje mi się, że dobra passa w moim życiu towarzyskim zaczęła się właśnie od niej.

It’s November 2016, I’m finishing preparations for the first individual exhibition, all paintings are primed, framed, caption and hooks are on the back. The event organizer asks when to arrange the vernissage. There will not be any vernissage. I am browsing my friends list, I am looking for potential guests who would like to come to the opening of my exhibition. Apart from my own children, my husband and mother, I do not find anyone. The organization of the vernissage only for the closest family does not make sense – I might as well show them my paintings at home, at tea and cake.

Another situation. Evening, frost, snow under my feet, I run along the side of my five-kilometer route, always the same, from the house to the church, passing the rural cemetery on the way. Imagination is prompted by the picture of my own funeral. There is not a single friend on this event. No one. As in life, apart from children, husband and old family, I have no one.

I do not like to shift responsibility for my life’s choices to fate, luck, bad luck, or anything else that serves to do it. However, I have enough common sense to objectively admit that life circumstances make things easier or more difficult. If you live in a lonely Bieszczady cabin, you will not be a regular visitor of events in the capital city. The same was true of my circle of friends. Neither emigration nor quadruple motherhood and the related harsh in the home for a dozen years were conducive to sustaining acquaintance. I remember that my grandmother bragged about this: „I have never had time with friends!” For me, this is not a reason to be proud. In her view, female loneliness was associated with diligence, perhaps also with reason, being „decent”. I do not attribute any positive values ​​to it. Rather, I see as a set of negatives, a list of what you do not get, and you could. There are missing in your life: support, understanding, hugging, consolation, laughter to tears and crying together.

January 2019. In a moment, my first exhibition in London. I refine the details, cover with the varnish canvases, sign paintings on the back, I look for the appropriate hooks in B & Q. I submit leaflets in photoshop, I promote the show on the internet. One friend from high school declares the desire to come to the exhibition. Another will report in a moment. Then one more and still more. They take kids and husbands with them. I follow whatsapp all day, I do not trust what is happening. I count the number of people who will be present at the art fair, we are looking for accommodation for 22 people. They buy tickets from Kraków, Bydgoszcz, Berlin, Munster and Frankfurt. They fly to me to London. Because of me they are flying to London! There will be no exaggeration if I write that it is one of the most beautiful moments that is happening in my life. In particular, when you look at the beginning of this post and embrace my specific life situation a few years ago. Until recently, the most important for me was participation in the fair, now I am most happy with the arrival of friends for this exhibition. It is such a huge support for me as the presence of parents at the school performance for a child. I do not want to infantilize myself with this comparison. I only show the strength of my feelings and their taste. I would never have expected such a turn of events in my life! I am thoroughly moved, shocked and above all grateful. It’s a great mix of feelings. I would like to keep it in myself and celebrate it for as long as possible. I want to share it too. If not in real life, then here, dear reader. I wholeheartedly wish you the experiences of such moments when the people you care for show reciprocity. It’s a bit like someone has attached you wings and encouraged you by shouting: fly! I just started to glide.

Our first meeting, August 2017, a rural playground on which our children break the first ice. We are doing the same. It is rare for me to be shocked by someone. Her honesty and truthfulness crush me into the ground. And then I find out that she can honestly enjoy my little successes, that she is worried about my worse mood, that she remembers what I told her once that she does not interrupt and listens. The only thing that worries me about this relationship is me. Am I empathic enough? Can I give her as much as I receive from her? Do not I neglect? I know she doesn’t need me as much as I do about her. I feel it subcutaneously. And I do not think I would even dare to apply for such a role in her life. However, I would like her to know that she can always count on me. And it seems to me that a good streak in my social life has just begun from this meeting on.

Ready to use set of myths

Każdy z ludzi posiada własny zestaw mitów. Jest to zestaw poglądów, które dotyczyć mogą każdej dziedziny życia i które nabywamy w trakcie całego życia, zazwyczaj jednak dzieje się to w okresie dzieciństwa i dorastania. Poglądy te nieprzypadkowo nazywam mitami, gdyż ich prawdziwość jest dyskusyjna, często wcale nie weryfikowana przez nas samych, przyjmowana bez zastrzeżeń i tworząca swoistą, odmienną dla każdego mitologię. Nosimy przy sobie tę księgę, korzystamy z niej zazwyczaj bezrefleksyjnie do momentu, gdy świadomie zechcemy poddać ją w wątpliwość. Dzieje się tak w kilku przypadkach: gdy życie uświadamia nam niewłaściwość owych mitów lub gdy sami czujemy, że mijamy się z prawdą. Mity pełnią bardzo ważną funkcję w naszym sprawnym funkcjonowaniu w świecie. Informują nas, ostrzegają, wyznaczają granice, definiują marzenia, pomagają zrozumieć siebie, innych, świat. Są potrzebne i pożyteczne. Są jednak również bardzo groźne. Zamykają drzwi do szczęścia, spełnienia, do życia pełnią. Współcześnie możemy sobie pozwolić na o wiele odważniejsze niż dawniej kwestionowanie owych mitów. Weźmy kilka, pierwszych z brzegu mitów i szybko przeanalizujemy je:

„Kobieta powinna urodzić pierwsze dziecko przed trzydziestką” – proszę bardzo, oto on, mit, w którym może wyrastać dziewczynka, a potem żyć z nim dorosła kobieta. Kto się zgadza? A kto nie? A tutaj kolejny:

„Tylko dzieci wychowane w pełnych rodzinach mają szansę, by być szczęśliwymi dorosłymi” – oj, jeszcze „piękniejszy” mit. Czy mamy samotnie wychowujące dzieci też tak sądzą? Albo inny:

„Będę szczęśliwa w życiu, jeśli znajdę miłość” – a co, jeśli się jej nie znajdzie? A może ten:

„Dziadkowie zawsze kochają swoje wnuczęta” – taaak?

Jak widać są to poglądy, które w całości bazują na stereotypach. I jako takie zawsze są uogólniające i krzywdzące. Często najbardziej ranią osobę, która daje im bezkrytyczną wiarę i traktuje jak drogowskaz w życiu. Nie jesteśmy w stanie funkcjonować w życiu bez swojej własnej mitologii, to fakt. Jesteśmy jednak w stanie zweryfikować ją, wziąć pod lupę jak największą liczbę mitów, które nam wtłoczono. I po prostu przemyśleć. Czy rzeczywiście jest tak, jak myślimy, że jest. Dawno temu przeczytałam książkę, która na zawsze odmieniła moje spojrzenie na pojęcie szczęścia. Jest to pozycja, w której autorka na podstawie najnowszej dostępnej wiedzy psychologicznej rozprawia się z mitami, które skutecznie uniemożliwiają osiągnięcie szczęścia przez jednostkę. Nie jest ich dużo. Ale są silne. Potrafią sabotować dążenie jednostki do spełnienia, a nawet kwestionować zadowolenie już osiągnięte przez człowieka. Książka, o której piszę, to: „Mity o szczęściu” – Sonji Lyubomirsky.

Mam takie swoje blogowe marzenie, by w tym półroczu szerzej opracować kilka wpisów dotyczących tej tematyki i oprzeć się w swojej pracy na wyżej wymienionej książce. Jest to dla mnie szczególnie ważne, bo wiadomości w niej zawarte są bezcenne i burzące mitologię niejednej osoby. Książka nie pozostawia jednak czytelnika na pogorzelisku – autorka daje konkretne wskazówki, jak osiągnąć w życiu szczęście w oparciu o najnowszą, mierzalną i sprecyzowaną wiedzę psychologiczną. Zawsze byłam fanką uczenia się od innych. I wierzę, że szczęśliwego podejścia do życia da się nauczyć.

Each human has its own set of myths. This is a set of views that can affect every area of ​​life and which we acquire during the whole life, but usually it happens during childhood and adolescence. These views are not accidentally called myths, because their truth is debatable, often not verified by ourselves, accepted without reservations and creating a peculiar, different for each mythology. We carry this book with us, we use it usually unreflectively until we consciously want to question it. This happens in a few cases: when life makes us aware of the impropriety of these myths or when we ourselves feel that we are passing the truth. Myths play a very important role in our efficient functioning in the world. They inform us, warn us, set boundaries, define dreams, help us to understand ourselves, others, the world. They are needed and useful. However, they are also very dangerous. They close the door to happiness, fulfillment and fullness to life. Nowadays, we can afford to much more boldly than to question these myths in the past. Let’s take some of the first myths off the coast and quickly analyze them:

„A woman should give birth to her first child in her thirties” – here he is, a myth in which a girl can grow up, and then an adult woman can live with him. Who agree? Who is not? Here’s another one:

„Only children brought up in full families have a chance to be happy adults” – oh, yet a „more beautiful” myth. Do we have single-parent children also think so? Or else:

„I will be happy in life if I find love” – ​​and what if you do not find it? Or maybe this one:

„Grandparents always love their grandchildren” – yeees?

As you can see, these are views that are entirely based on stereotypes. And as such they are always generalizing and hurtful. Often the person who gives them uncritical faith most often hurts them and treats them as a signpost in life. We are not able to function in life without our own mythology, it is a fact. However, we are able to verify it, take as much as possible the number of myths that have been jammed under the microscope. And just think about it. Is it really how we think it is. A long time ago I read a book that changed my view of happiness for ever. It is a position in which the author, based on the latest available psychological knowledge, deals with myths that effectively prevent the individual from achieving happiness. There are not many of them. But they are strong. They are able to sabotage the individual’s pursuit of fulfillment and even question the contentment already achieved by man. The book I am writing about is: „Myths about happiness” – Sonja Lyubomirsky.

I have such a blog dream that in this half-year wider develop a few entries on this subject and resist in his work on the above-mentioned book. This is especially important to me, because the messages contained in it are invaluable and destroying the mythology of many people. The book, however, does not leave the reader at the site of a fire – the author gives specific tips on how to achieve happiness in life, based on the latest, measurable and precise psychological knowledge. I have always been a fan of learning from others. And I believe that a happy approach to life can be learned.

3:1 for happiness

Czy nauka o emocjach człowieka, o czymś tak nieuchwytnym jak natura ludzkich uczuć może mieścić się w ramach obliczeń matematycznych? Czy psychologia jest nauką humanistyczną, czy może w połączeniu z najnowszymi metodami badawczymi polegającymi na neuroobrazowaniu pracy mózgu staje się na naszych oczach dziedziną nauki ścisłą? Och, gdybym tylko mogła urodzić się jeszcze raz wiedziałabym dokładnie jaką dziedzinę wiedzy studiować! Dziś pozostaje mi jedynie hobbistyczne zagłębianie tajników działania pracy ludzkiego umysłu, czytanie dostępnych i zrozumiałych dla laików opracowań i książek z pogranicza psychologii, neurologii, socjologii i dziedzin pokrewnych. To nic. I tak mnie to cieszy, że dostęp do tego typu informacji jest obecnie szeroki.

Moim szczególnym zainteresowaniem cieszy się psychologia pozytywna, a więc taka, która (najogólniej rzecz ujmując) zajmuje się badaniem pojęcia szczęścia. Jak to się dzieje, że niektórzy ludzie są zadowoleni z życia? Co wpływa na taki stan rzeczy? Czy istnieje recepta na szczęście? A jeśli tak, to jaka?

Zakres zagadnienia jest ogromny, nie sposób zająć się nim w jednym krótkim poście na blogu. Z pewnością będę wielokrotnie wracać do tej tematyki w tym roku pisania. Dziś chcę przestawić pokrótce niesamowite według mnie wyniki badań nad szczęściem, które mają wiele wspólnego z matematyką! Zafascynowały mnie rezultaty analiz przeprowadzonych przez psycholog Barbarę Fredrickson, która od lat postuluje konieczność poszukiwania sposobów na wzbogacenie naszego życia w pozytywne emocje. Z jej badań wynika, że abyśmy czuli się szczęśliwi, na każde negatywne uczucie w naszym życiu MUSZĄ przypadać trzy pozytywne. Mogą to być na przykład: zachwyt, współczucie, zadowolenie, wdzięczność, radość, nadzieja, miłość, pożądanie. Negatywne uczucia, o których mowa to między innymi: gniew, pogarda, obrzydzenie, wstyd, strach, smutek, zażenowanie. Badaczka udowodniła, że chcąc osiągnąć zadowolenie z życia wcale nie trzeba eliminować negatywnych uczuć (jest to, jak wiemy, niemożliwe), trzeba raczej starać się zwiększyć liczbę tych pozytywnych, by utrzymać odpowiednie proporcje, a więc trzy do jednego. I tyle! Krótkie, treściwe, logiczne jak cała matematyka świata. Prosto zapamiętać tą metodę, łatwo wdrożyć w życie mając na uwadze tylko zależność między tymi dwoma cyframi. Trzy do jednego dla szczęścia. Ciekawsze jeszcze wydaje się podążenie tym tropem i analiza kolejnych badań psychologicznych, na podstawie których naukowcy obliczyli coś, co nazwali „współczynnikiem pozytywności”.Tworzy się go, dzieląc całkowitą liczbę uczuć pozytywnych przez sumę negatywnych. Co więcej, współczynnik pozytywności jest również receptą na udany związek. Doktor John Gottman badał naukowo relacje między partnerami. Po dokładnej analizie czynników wpływających na szczęście w małżeństwie doszedł do wniosku, że trwałość związku można przewidzieć na podstawie proporcji pozytywnych i negatywnych doświadczeń danej pary. Wydaje się, że idealną kombinacją jest pięć do jednego. Im mniej pozytywnych interakcji przypada na jedną negatywną, tym większe prawdopodobieństwo rozwodu.

I znów matematyka wkracza do umysłów. Warto o tym pamiętać, gdy w powietrzu wisi sprzeczka. Aby ją zneutralizować trzeba wspólnie przeżyć aż pięć miłych uczuć. Co oczywiście samo w sobie jest miłe, niemniej jednak warto dbać o właściwy współczynnik pozytywności i pamiętać o dwóch liczbach: pięć do jednego kochani! Dla miłości.

/Przy pisaniu tego wpisu korzystałam z książki „Między pesymizmem a optymizmem” Elaine Fox/

Is the study of human emotions, something as elusive as the nature of human feelings, fit into mathematical calculations? Is psychology a humanistic science, or maybe combined with the latest research methods based on the neuroimaging of brain work, it becomes an area of ​​exact science? Oh, if only I could be born again, I would know exactly what field of knowledge to study! Today, I am left with only a hobby of exploring the secrets of the work of the human mind, reading available and understandable studies and books from the borderline of psychology, neurology, sociology and related fields. That`s ok. It makes me happy anyway that access to this type of information is currently wide.

Positive psychology enjoys my special interest, which is one which (generally speaking) deals with the study of the concept of happiness. How is it that some people are happy with life? What affects this state of mind? Is there a recipe for happiness? And if so, what is it?

The scope of the issue is huge, it is impossible to deal with it in one short blog post. I will certainly come back to this subject many times this year. Today, I want to briefly review the results of research on happiness that have much in common with mathematics! I was fascinated by the results of analyzes carried out by the psychologist Barbara Fredrickson, who for years has been postulating the necessity of searching for ways to enrich our lives with positive emotions. Her research shows that for us to feel happy, there must be three positive feelings for each negative feeling in our lives. These can be, for example: admiration, compassion, contentment, gratitude, joy, hope, love, desire. The negative feelings mentioned are, among others: anger, contempt, disgust, shame, fear, sadness, embarrassment. The researcher proved that in order to achieve satisfaction with life, it is not necessary to eliminate negative feelings (this is, as we know, impossible), but rather try to increase the number of positive ones in order to maintain proper proportions, ie three to one. And that’s it! Short, rich, logical like the whole mathematics of the world. It is easy to remember this method, it can be easily implemented with only the relationship between these two figures in mind. Three to one for happiness. It seems even more interesting to follow this path and to analyze subsequent psychological tests, on the basis of which the scientists have calculated what they called the „coefficient of positivity”. It is created by dividing the total number of positive feelings by the sum of negative ones. What’s more, the positivity factor is also a recipe for a successful relationship. Dr. John Gottman has researched scientifically the relationship between partners. After carefully analyzing the factors affecting happiness in marriage, he came to the conclusion that the durability of the relationship can be predicted on the basis of the proportion of positive and negative experiences of a given pair. It seems the ideal combination is five to one. The less positive interactions there is for one negative, the more likely you are to divorce.

Again mathematics enters the minds. It is worth remembering when there is an argument in the air. To neutralize it, you have to experience five nice feelings together. Which, of course, is nice in itself, but it’s worth taking care of the right positivity and remembering two numbers: five to one dear! For love.

/ When writing this entry, I used the book „Between Pessimism and Optimism” by Elaine Fox /

Emotional intimacy

Nie wiem, czy każdy ma w sobie coś, co potrafi go otrząsnąć z codzienności, wytrącić z zamartwiania się, przenieść w nieczas, gdzieś daleko stąd, nie tu i nie teraz. Dla mnie czymś, co uruchamia taki stan umysłu jest słuchanie śpiewu ptaków, a w szczególności gruchania gołębi.

Wróciliśmy z Polski, ze świąt, sylwestrów i nowych roków, z imprez, odwiedzin, spotkań, przyjaciół, znajomych i rodziny. Jechaliśmy te dwa tysiące kilometrów autem wyładowanym nieracjonalnym bagażem – bo przecież polskie jabłka smakują najlepiej – z zapasem farb akrylowych na kolejne sześć miesięcy malowania, z walizką polskich książek. Najcenniejsze bagaże nie ważyły jednak nic, miejsca nie zajmowały wcale. Najcenniejsze to bagaże doświadczeń. Wśród nich perełką było przeżycie bliskości emocjonalnej z grupą ludzi, która była mi bliska ponad dwadzieścia lat temu. Potem nasze ścieżki się rozeszły, każdy pobiegł do swojego życia, by przeżywać je jak najlepiej. Kilka lat temu znów zaczęliśmy się widywać przy okazji świąt i sylwestra. Kolacja, wino, wspomnienia, śmiechy, te same twarze. Zawsze miło, zawsze przyjacielsko. Teraz, w tym roku, poczułam od grupy (albo w grupie) masę pozytywnej energii, ogromne wsparcie i tą bliskość emocjonalną, którą nawiązuje się tylko z niektórymi i raczej bardzo rzadko. Jestem pewna, że każdy z nas czuł podobnie, bo w ciągu 10 dni spotkaliśmy się aż 3 razy, a rozejść się do domów nie było łatwo – nie wiadomo kiedy czas zleciał i rozstawaliśmy się o 3 nad ranem.

O świcie dobiegł mnie zza okna śpiew ptaków. Spotkania z przyjaciółmi z dawnych lat otrząsnęły mnie z codzienności. Tak jak gruchające gołębie.

Zazwyczaj, gdy myślimy o bliskości emocjonalnej, mamy przed oczyma obraz relacji, którą tworzymy z ludźmi bardzo bliskimi: z przyjaciółmi, rodziną, dziećmi, partnerem. Wydaje się to być naturalne, być może nawet oczywiste, bo płynące ze specyfiki owych więzi. Chciałoby się wręcz powiedzieć: tak powinno być. Relacje z osobami najbliższymi obciążone są oczekiwaniem takiej właśnie zażyłości. Oczekiwania mają jednak to do siebie, że mogą zostać zawiedzione.

Na spotkaniach z dalszym kręgiem znajomych, a czasami nawet spotkaniach z ludźmi, których się widzi po raz pierwszy w życiu, nie ciąży balast wymagań dotyczących bliskości emocjonalnej. Nikt nie wyobraża sobie po relacjach tego typu, że zaspokoją jego potrzebę bliskości. I właśnie dlatego moje około-świąteczne spotkania z grupą znajomych z dawnych lat tak bardzo mnie zaskoczyły.

Bliskość emocjonalną rozumiem jako świadomość, że w relacji z kimś możesz komuś zupełnie zaufać, powiedzieć wszystko, zwrócić się z każdą sprawą – niezależnie od tego, co akurat przechodzisz we własnym życiu. Otwierasz się przed tą osobą, bo czujesz się bezpiecznie. Czerpiesz przyjemność z łączącej was bliskości oraz świadomości, że ktoś widzi cię dokładnie takim jakim jesteś. Tego typu więź ma szansę zaistnieć tylko wtedy, gdy druga osoba chcę cię poznać naprawdę, a nie jedynie osądzać. Bardzo ważne jest zainteresowanie jakim drugi człowiek obdarza twoje uczucia. Jest on żywo i autentycznie zaangażowany w to, co akurat czujesz, chce cię wysłuchać, zrozumieć twoje przeżycia, decyzje, wybory, rozterki, twój tok rozumowania. W trakcie rozmowy z tobą nie „załatwia” własnych spraw, nie używa cię do własnych, psychologicznych celów: nie podnosi sobie poczucia własnej wartości wywyższając się ponad ciebie lub wartościując, nie poucza, nie traktuje protekcjonalnie. Gdy w kontakcie z drugim człowiekiem brakuje bliskości emocjonalnej czujesz pustkę, ogarnia cię poczucie samotności. Mimo, że rozmowa toczy się wartko czujesz, że odbijasz się jak od ściany z własnymi uczuciami, że mur, jakim otoczona jest ta druga osoba uniemożliwia prawdziwy, głęboki kontakt. Powierzchowność relacji przejawia się płytkim dialogiem, rozmowami mającymi zapełnić jedynie pustkę między wami. Czujesz, że otwartość emocjonalną, jaką ofiarowujesz drugiemu człowiekowi nie ma dla niego wartości, że twoje przemyślenia i przeżycia, ale chyba przede wszystkim uczucia są dla tej osoby po prostu nieważne. Unikanie bliskości emocjonalnej przejawiać się może na wiele sposobów: ktoś może ci jawnie okazywać, że nie słucha. Może ci przerywać, w trakcie mówienia zmieniając temat lub ochoczo wykrzykując „ja też tak mam”, po czym gładko przechodzi do rozprawiania na swój temat ignorując fakt, że pozostawił cię z urwanym w pół słowa tokiem myślenia. Ludzie, którzy nie potrafią, lub nie chcą nawiązać bliskości emocjonalnej otaczają się grubym murem: nie dopuszczają do tego, by rozmowa zeszła na temat twoich emocji, często (choć nie zawsze!) emocji trudnych, niemiłych, złożonych, ciężkich, ambiwalentnych. Nie są też chętni do rozmowy na temat ich własnych uczuć.

Poczucie bliskości emocjonalnej z drugim człowiekiem nie musi się nawiązywać poprzez roztrząsanie jedynie kwestii emocjonalnych, poprzez rozmowę stricte o uczuciach. Nie w tym rzecz! Można prowadzić dialog o czymkolwiek, o przysłowiowej pogodzie i czuć, że oto jestem z kimś kto chce ze mną być na prawdę, kogo interesuje, kto słucha i stara się zrozumieć, kto chce być blisko.

Zawsze przy tego typu rozważaniach na temat natury ludzkiej rodzi się we mnie chęć znalezienia odpowiedzi na pytanie skąd się to bierze, dlaczego niektórzy ludzie nie nawiązują bliskości emocjonalnej, dlaczego jej aktywnie unikają. Wydaje mi się, że głównym powodem może być w tym przypadku niedojrzałość emocjonalna wynikająca ze strachu przed uczuciami i przed bliskością. Człowiek świadomy własnych stanów emocjonalnych, człowiek znający samego siebie, człowiek akceptujący w sobie każde uczucie nie boi się bliskości. Osoba dojrzała emocjonalnie czuje się bezpiecznie i ufa, zarówno sobie, jak i innym. Z dojrzałości emocjonalnej płynie ogromna siła. Moc człowieka, który jest dojrzały polega też na tym, że akceptuje on fakt istnienia relacji płytkich i powierzchownych, byle jakich. Rozumie, że z niektórymi osobami nigdy nie nawiąże relacji bliskich, że spotkania z nimi zawsze będę jedynie kurtuazyjną wymianą uwag na tematy poboczne, że zamiast rozmowy toczyć się będą dwa, oddzielne monologi, że spotkania takie będą w nim pozostawiać poczucie pustki, samotności, niedosytu, braku, smutku.

I do not know if everyone has something in them that can shake him out of everyday life, get out of worrying, move in a moment, somewhere far away, not here and now. For me, something that triggers this state of mind is listening to birds singing, and in particular cooing pigeons.

We came back from Poland, from holidays, New Year’s Eve, from events, visits, meetings, friends, acquaintances and family. We traveled these two thousand kilometers by car unloaded with unreasonable luggage – because Polish apples taste best – with a supply of acrylic paints for the next six months of painting, with a suitcase of Polish books. However, the most valuable luggage did not weigh anything, did not occupy any place at all. The most valuable is the baggage of experience. Among them, the pearl was the survival of emotional closeness with a group of people who was close to me more than twenty years ago. Then our paths diverged, everyone ran to their lives to experience them as well as possible. A few years ago, we began to see each other again on the occasion of Christmas and New Year’s Eve. Dinner, wine, memories, laughter, the same faces. Always nice, always friendly. Now, this year, I felt a lot of positive energy from the group (or in a group), huge support and emotional closeness, which can be associated only with some people and rather very rarely. I am sure that each of us felt similarly, because in 10 days we met up three times, and it was not easy to go to the home – we didn’t even realized when time went by and it was 3 AM.

At dawn, I heard birds singing from behind the window. Meetings with friends from the old days brought me back from everyday life. Just like pigeons cooing.

Usually, when we think about emotional closeness, we have the image of a relationship that we create with very close people: with friends, family, children, and a partner. It seems to be natural, perhaps even obvious, because of the specificity of these bonds. One would even like to say: it should be this way. Relations with loved ones are burdened with the expectation of such familiarity. The expectations, however, are to the point that they can be disappointed.

In meetings with further circles of friends, and sometimes even meetings with people you see for the first time in your life, you do not have to worry about emotional proximity requirements. No one can imagine this type of relationship that will satisfy his need for closeness. And that is why my christmas meetings with a group of friends from the old days surprised me so much.

I understand emotional proximity as being aware that in a relationship with someone you can completely trust someone, say everything, turn to every matter – regardless of what happens in your own life. You open yourself to this person because you feel safe. You take pleasure in the closeness that connects you and the awareness that someone sees you exactly as you are. This type of bond has a chance to exist only when the other person wants to get to know you really, not just judge you. It is very important to be interested in what the other person gives you. He is lively and genuinely involved in what you are feeling, wants to listen to you, understand your experiences, decisions, choices, dilemmas, your reasoning. During the conversation with you, he does not „take care” of his own affairs, he does not use you for his own psychological purposes: he does not raise his self-esteem by exalting himself above or appreciating, he does not teach, he does not patronize. If you feel emptiness in contact with another human being, you feel a sense of loneliness. Although the conversation goes on you feel that you are bouncing off the wall with your own feelings, that the wall surrounded by the other person prevents real, deep contact. The surface of the relationship manifests itself in a shallow dialogue, conversations that only fill the emptiness between you.

You feel that the emotional openness that you offer to another man has no value for him, that your thoughts and experiences, but probably first and foremost feelings are simply irrelevant to that person. Avoidance of emotional closeness can be manifested in many ways: someone can show you clearly that he is not listening. He may interrupt you while speaking, changing the subject or eagerly shouting „I also have it,” and then smoothly goes on to discuss it, ignoring the fact that he left you with a half-word of thought. People who can not or do not want to establish emotional closeness surround themselves with a thick wall: they do not allow the conversation to go down on your emotions, often (but not always!) emotions that are difficult, unpleasant, complex, heavy, ambivalent. They are also not willing to talk about their own feelings.

The feeling of emotional closeness with another person does not have to come about by discussing only emotional issues, by talking strictly about feelings. It’s not the point! You can have a dialogue about anything, you can have a small talk about weather and feel that here I am with someone who wants to be with me, who is interested, who listens and tries to understand who wants to be close.

Always with this type of consideration on the subject of human nature, I am eager to find the answer to the question where it comes from, why some people do not establish emotional closeness, why they are actively avoiding it. It seems to me that the main reason may be in this case emotional immaturity resulting from fear of feelings and closeness. A man aware of his own emotional states, a man who knows himself, a man accepting in himself any feeling is not afraid of closeness. An adult who is emotionally mature feels safe and trusts, both himself and others. Emotional strength flows enormously. The power of a mature man is also based on the fact that he accepts the existence of shallow and superficial relations. He understands that with some people he will never relate to close relates, that meeting them will always be only a courtesy exchange of remarks on side subjects, that instead of conversation there will be two separate monologues, that such meetings will leave him feeling empty, lonely, unsatisfied, lack, sadness.