New Years’ resolutions

Kilka razy do roku weryfikuję swoje życie, robię przegląd celów i osiągnięć, spowiadam się samej sobie z porażek. Koniec grudnia, mimo zabiegania świątecznego jest dla mnie momentem, w którym odczuwam na plecach, silniej niż kiedykolwiek, oddech roku poprzedniego. Już za chwilę 2018 przejdzie do historii.

Spisywanie planów na kolejny rok zostało doszczętnie skompromitowane. Cynicy wyśmiali je jako niedorzeczne, niedojrzałe i bezcelowe. Już w lutym, w politowaniem pytają: jak tam twoje plany? Rzuciłeś palenie? Nadal się odchudzasz, biegasz, chodzisz na siłownię, nie jesz mięsa? I dziś, gdy kończy się 2018 chcę im odpowiedzieć: tak, nadal trzymam się swojego postanowienia, nadal idę zgodnie z planem, konsekwentnie go realizuję. Co więcej, mam zamiar podzielić się swoim sukcesem i gorąco zachęcić ludzi wiary, że warto robić plany, podpowiem jak je realizować i trzymać się ich z żelazną konsekwencją, choćby cel był długoterminowy, obciążony żmudną, ciężką i często (tak, tak!) bardzo nudną pracą.
Uważam, że plany warto robić. Plany jako jasne, konkretne, mierzalne cele. W moim przypadku są to jednak plany mało szczegółowe, niedopracowane co do najdrobniejszego szczegółu. Wyjaśnię może na przykładzie o co mi w tym chaotycznym myśleniu chodzi. Planuję wakacje. Planuję, że pojadę pod namioty na Korsykę, na 10 dni, że nocować będę na różnych kempingach i że wynajmę auto na lotnisku. I tyle. To jest ten mój plan. Zauważ, że nie ma w nim ani wypisanych miejsc, w których będę nocować, ani nawet trasa mojej mini podróży nie jest znana. To, jaką drogą pojadę, gdzie spędzę dzień, a gdzie trzy inne pozostawiam życiu, spontanicznym decyzjom, ufam swojej elastyczności i możliwości dostosowywania się do zmieniających się okoliczności i moich własnych zachcianek. W taki sposób rozumiem również planowanie celów życiowych na kolejny rok.
Chcę Wam teraz pokazać, jak ten sposób myślenia, planowania i postępowania doprowadził mnie do realizacji jednego z moich celów na 2018 rok. W styczniu trafiłam na fantastyczną, inspirującą i nieprawdopodobnie ciekawą biografię Tonego Halika „Tu byłem” autorstwa Mirosława Wlekłego. Połknęłam ją w trzy dni, przerywając czytanie jedynie na kilka chwil refleksji dotyczących mojego życia. Historia polskiego podróżnika uświadomiła mi moją małość. W trakcie lektury łapałam się co chwila za głowę z bolącym pytaniem: co ja właściwie wyrabiam z własnym życiem? Jego skończoność, przemijalność czasu, jaki został mi przypadkowo podarowany na ziemi, ale przede wszystkim własna śmiertelność obudziły we mnie ogromną siłę i poczucie odpowiedzialności za własne życie. Zobaczyłam swoje życiowe cele w jaskrawym świetle. Nie było to przyjemne. Uświadomiłam sobie, że gdzieś w codziennym zabieganiu zgubiłam ambicje. Że to, do czego dążę jest dużo poniżej moich możliwości. Co więcej, że nawet boję się marzyć. Boję, by samej siebie nie zawieść, by nie borykać się z porażką, która w moim przypadku tak często nosi miano zaniechania. Zostawiam, odpuszczam, olewam, nie kończę. Nie jestem nawet na tyle silna, by sprawdzić, czy moje własne plany mają szansę się powieść, bo ich po prostu nie doprowadzam do finału. Od świata nie otrzymuję żadnej informacji zwrotnej, czy to, co robię jest dobre, mądre, wartościowe. Wiele było tego typu przemyśleń tamtego stycznia. I były to gorzkie refleksje. Zamknęłam książkę i powiedziałam sobie: koniec! Koniec z przesypianiem własnego życia. Wstyd, jaki mnie ogarnął popchnął mnie do działania. Wyznaczyłam sobie cel, moim zdaniem, bardzo ambitny. Obiecałam sobie, że nauczę się nowego języka obcego. Bez wahania padło na język hiszpański. Przyznaję, że prawdopodobnie było to spowodowane niedawną lekturą – w myślach podążałam śladami Tonego Halika po Ameryce Południowej. Ciężko jednak było iść jego tropem nie znając hiszpańskiego, więc postanowiłam, że w swojej sytuacji życiowej, jedyne, co mogę na razie zrobić z rzeczy bardzo konkretnych a przybliżających mnie do wymarzonych podróży, to zacząć się uczyć języka hiszpańskiego. Proces nauki języka obcego przechodziłam już 2 razy. Wiem, jak ciężka jest to praca. Znam też realistyczne ramy czasowe, w których można umieścić finalizację tego celu. Nie jest to 6 miesięcy. Dużo dłużej. Zaczynając naukę wiedziałam jedno: tylko i wyłącznie codzienna praca przyniesie efekt. 365 dni nauki w ciągu roku. Absolutnie każdy dzień z 2018 roku się liczy. Realistycznie wyznaczyłam sobie systematyczność jako tą jedną niezmienną, którą będę się kierować w trakcie nauki. Powiedziałam sobie: „Dorota, cokolwiek by się działo w twoim życiu w tym roku, MUSISZ CODZIENNIE uczyć się hiszpańskiego.” Te dwa słowa: „musisz” i „codziennie” były moim motorem do działania. To wszystko nie powiodłoby się prawdopodobnie bez jednej rzeczy: metody nauki, a właściwie narzędzia, któremu w 100 procentach zaufałam. Znajoma poleciła mi aplikację na telefon, która była i nadal jest moim jedynym nauczycielem. Aplikacja ta nazywa się duolingo. Przyznaję, że nie wiem, jak wypada ona na tle innych tego typu aplikacji, nie szukałam, nie porównywałam, nie sprawdzałam, nie googlowałam. Zaufałam. To była moja  pierwsza przygoda w życiu z nauką języka obcego w „nowoczesny” sposób: bez podręcznika, zeszytu ćwiczeń, słownika, kursu językowego, lektora, kartki i długopisu. Byłam tylko ja i telefon. Telefon, który przecież i tak ciągle towarzyszy mi w życiu. A skoro jest tak często obecny, to dlaczego nie wykorzystać go pożytecznie do tak ambitnego celu jak nauka języka obcego? Wiem, że brzmię teraz jak analogowy dziad z końcówki dwudziestego wieku… Cóż, chyba nim jestem, bo moje poprzedni doświadczenia z nauką języka obcego były bardzo tradycyjne: ławka, tablica, kreda, lekcja, słownik (taka książka papierowa, nie ten internetowy), no i co ja wam będę pisać dalej, przecież sami wiecie, jak to się kiedyś robiło. Moim zdaniem gorzej, dużo gorzej, dużo trudniej. Nauka z duolingo polega na tym, że codziennie musisz wykonać swój „dzienny cel” (daily goal), który sam sobie na początku nauki ustalasz. W moim przypadku był to najwyższy z możliwych celów, czyli 4 zestawy testów językowych. W każdym z takich zestawów jest około (nie liczyłam, szacuję!) 12 – 15 ćwiczeń. Od razu zapewniam: wykonanie „dziennego celu” zajmuje każdego dnia nie więcej niż 6 – 10 minut. Tylko! Jedynie! Jest to wydatek czasowy minimalny, niezauważalny niemalże. Ale jest to wydatek czasowy, który musisz ponieść każdego dnia. Kolejną zaletą aplikacji, która jest nie do przecenienia jest coś, co nazywam „wałkowaniem” – powtarzanie do znudzenia tych samych słów, zwrotów, wyrażeń, kalek językowych. W ten sposób wchodzą one do umysłu na stałe. Lokują się w nim na zawsze. Obudzona w środku nocy umiałabym powtórzyć nauczone zdania. Mam je wykute na blachę jak pacierz. Nie uczę się gramatyki, nie znam ani jednej reguły, wszystko jest wkute na blachę i powtarzane niemalże automatycznie. I to działa. Uwierzcie mi, codzienna, systematyczna nauka po troszeczku, po kawałeczku daje spektakularne efekty. Przekonałam się o tym już po czterech miesiącach nauki, gdy zamówiłam w barcelońskiej restauracji rybę, kawę i sangrię po hiszpańsku. Niby kilka zdań, niby nic, ale jednak cieszy. Aplikacja ma również swój system motywacyjny, w który wciągasz się samoistnie – zaczyna ci zależeć na tym, by nie przerywać dni nauki, gromadzisz je i dodajesz do siebie. Zbierasz punkty. A jeśli chcesz i działa to na ciebie możesz zapisać się do klubu i rywalizować z innymi uczącymi się tego języka. Kto będzie miał więcej punktów w danym dniu? Kto uzbiera więcej dni nieprzerwanej nauki? To działa! Mam za sobą rok codziennej nauki hiszpańskiego. Swój cel na 2018 roku wykonałam. Jestem z tego dumna. Uczę się trzeciego języka obcego! Uczę, rzeczywiście uczę, a nie udaję, symuluję. Po roku widzę też rezultaty systematyczności i tzw. jedzenia małą łyżeczką. Nawet wielki plan, jakim jest znajomość języka obcego można rozłożyć na maluśkie kawałeczki i powoli, bez stresu i wyrzeczeń realizować.
Na rok 2019 również mam swój plan. I zamierzam realizować go tak, jak naukę hiszpańskiego: małymi kroczkami, ale codziennie. Po doświadczeniach z ostatnich dwunastu miesięcy wiem, że osiągnę swój cel. Po prostu wiem to.
Świąteczne przygotowania mają jedną zaletę. Są to zazwyczaj czynności angażujące ciało: sprzątanie, gotowanie, pieczenie, zakupy. Można jednocześnie zajmować swój umysł rozmyślaniem. Pomyślcie trochę nad kolejnym rokiem w waszym życiu. Co chcecie osiągnąć? Wyznaczcie jeden cel. I za rok świętujcie jego realizację. Z całego serca życzę tego sobie i wam.

I verify my life several times a year, review my goals and achievements, and confess myself to my failures. The end of December, despite festive solemnity, is for me a moment in which I feel on my back, stronger than ever, the breath of the previous year. In a moment 2018 will go down in history.
Writing down plans for the next year has been completely discredited. The cynics laughed at them as absurd, immature and pointless. Already in February, they ask in pity: how are your plans? Did you quit smoking? Are you still losing weight, running, going to the gym, avoid eating meat? And today, when 2018 ends, I want to answer them: yes, I am still sticking to my resolutions, I am still going according to plan, I am consistently implementing it. What’s more, I’m going to share my success and warmly encourage people of faith that it is worth making plans, I will tell you how to implement them and stick to them with consistency, even if the goal was long-term, tedious, heavy and often (yes, yes!) boring job.

I think that plans are worth doing. Plans as clear, specific, measurable goals. In my case, however, these are plans that are not very detailed or finished in the smallest detail. Let me explain it by using an example. I am planning a vacation. I plan to go to the tents to Corsica, for 10 days, I know that I will spend the nights at various campsites and that I will rent a car at the airport. And that’s it. This is my plan. Note that I don’t indicate the places in which I will be sleeping and even the route of my mini journey is unknown. These are spontaneous decisions, I trust my own flexibility and the ability to adapt to changing circumstances and my own whims. In this way, I also understand the planning of life goals for the next year.
I want to show you how this way of thinking, planning and acting has led me to achieve one of my goals for 2018. In January, I found a fantastic, inspiring and incredibly interesting biography of Tony Halik, „I was here” by Mirosław Wlekły. I swallowed it in three days, interrupting reading only for a few moments of reflection on my own life. The story of a Polish traveler made me aware of my smallness. During the reading, I caught my head every now and again with the painful question: what exactly am I doing with my own life? Its finiteness, transitoriness of time, which was accidentally given to me on earth, but above all my own mortality awakened in me enormous strength and sense of responsibility for my own life. I saw my life goals in a bright light. It was not pleasant. I realized that I lost my ambition somewhere in my daily routine. That what I am striving for is far below my capabilities. What’s more, I’m even afraid to dream. I am afraid that I will let myself down, not being able to struggle with failure, which in my case is so often called desist. I leave the goal and I’m aware that I’m not finishing my plans. I am not even strong enough to check if my own plans have a chance to succeed, because I simply do not lead them to the final. I do not receive any feedback from the world, whether what I do is good, wise, and valuable. There were many reflections of that type on January. Bitter reflections. I closed the book and said to myself: that is the end! No more sleeping through your own life. The shame that engulfed me has pushed me to action. I set a goal, in my opinion, very ambitious. I promised myself that I would learn a new foreign language. Without hesitation, it fell to Spanish. I admit that it was probably due to recent reading – in my mind I followed the footsteps of Tony Halik in South America. However, it was difficult to follow his trail without knowing Spanish, so I decided that in my life situation, the only thing I can do that brings me closer to my dream travels is to start learning Spanish. I have been learning the foreign language twice in my life. I know how hard this work is. I also know a realistic time frame in which to finalize this goal. This is not 6 months. Much longer. Starting learning, I knew one thing: only daily work will bring results. 365 days of learning during the year. Absolutely every day from 2018 counts.
I have systematically set myself a regularity as the one unchanging that I will follow during my studies. I said to myself: „Dorota, whatever happens in your life this year, you MUST learn Spanish every day.” These words: „you must” and „daily” were my driving force. All this would probably fail without one thing: learning methods, or rather tools, which I trusted 100 percent. A friend recommended to me an application for a telephone which was and still is my only teacher. This application is called duolingo. I admit that I do not know how it falls in comparison with other applications of this type, I have not searched, I did not compare, I did not check, I did not google it. I trusted. This was my first adventure in my life with learning a foreign language in a „modern” way: without a textbook, exercise book, dictionary, language course, teacher, paper and pen. It was just me and the phone. A telephone is still present in my life anyway. And since it is so often by my side, why not use it for such an ambitious goal as learning a foreign language? I know that I sound like an analogue grandfather at the end of the twentieth century… Well, I think this is who I am, because my previous experience with learning a foreign language was very traditional: school bench, blackboard, chalk, lessons, dictionary (a paper book, not the Internet), you all know how it was done long time before the internet was discovered. In my opinion learning was much more difficult previously. Learning from duolingo means that every day you have to do your daily goal, which you set yourself at the beginning of learning. In my case it was the highest possible goal –  4 sets of language tests. In each of these sets there are about (I estimate!) 12 – 15 exercises. I immediately assure you: it takes no more than 6-10 minutes every day to complete the daily goal. Only! It is a minimum, your minimal expense of time, almost unnoticeable. But it is a time expense that you have to bear every day. Another advantage of the application, which can not be overestimated, is what I call „rolling” – repeating to the boredom the same words, phrases, expressions, language cripples. In this way they enter the mind permanently. They stay in it forever. Awaken in the middle of the night I would be able to repeat the learned sentences. I have them carved like a prayer. I do not learn grammar, I do not know a single rule, everything is repeated almost automatically. And it works. Believe me, everyday, systematic learning a little bit, gives spectacular results. I found out about the results after just four months of learning, when I ordered fish, coffee and sangria in Spanish in a restaurant in Barcelona.
Only a few sentences, maybe nothing, but still pleases. The application also has its own motivational system, in which you get involved spontaneously – you start to care not to interrupt the days of learning, accumulate them and add. You collect points. And if you want and it works for you, you can sign up for a club and compete with other learners of that language. Who will have more points on a given day? Who will collect more days of continuous learning? It works! I have a year of everyday Spanish learning behind me. I made my goal for 2018. I am proud of it. I’m learning a third language! I learn, I actually learn and I do not pretend or simulate. After a year, I see the results of regularity and the so-called eating with a small spoon. Even the great plan, which is the knowledge of a foreign language, can be spread into small pieces and slowly, without stress and sacrifices, be carried out.
I also have my plans for 2019. And I’m going to implement it just like learning Spanish: small steps, but everyday. After the experience of the last twelve months, I know that I will achieve my goal. I just know it.
Christmas preparations have one advantage. These are usually activities involving the body: cleaning, cooking, baking, shopping. You can simultaneously occupy your mind with thinking. Think a little bit over the next year in your life. What do you want to achieve? Set one goal. And celebrate the completed goal next year. This is what I wish you and myself for 2019.