Fascinating power of acceptance

Rano wyszliśmy z mężem na kawę do naszej ulubionej, lokalnej kafejki. Nie było miejsc siedzących, zamówiliśmy kawę na wynos. W międzyczasie zaczął padać deszcz. Idąc ulicami Sheffield, z kubkami gorącej, pachnącej kawy, w strugach deszczu, pod szarym, ciężkim niebem poczułam, że akceptuję to, co się właśnie dzieje. Leje na mnie woda, przemaka kurtka. I nie przeszkadza mi to. Nie psuje nastroju, nie spycha natrętnych myśli w stronę negatywnego narzekania, nie prowadzi do buntu, złości, bezradności.
Przez cały dzień rozmyślam o akceptacji. Rozumiem ją jako zgodę na wszystko co istnieje, począwszy od świata zewnętrznego, poprzez zgodę na innych ludzi i to, jacy są, a skończywszy na zgodzie na siebie samego, na własne uczucia. Myślę o akceptacji rzeczy, na które wpływu nie mamy, ale również tych, których autorami jesteśmy my sami. Akceptacja jest pochodną szczerości. Wynika z niej. Najpierw jestem szczera i prawdomówna wobec samej siebie. Przyznaję, że coś czuję, coś myślę, w jakiś sposób postępuję. Życie bez kłamstwa jest nie tylko prostsze, mniej skomplikowane. Przyznawanie się samemu sobie do ciężkich, trudnych, często nie chcianych uczuć jest wyzwalające, dające właściwie nieograniczoną wolność i poczucie siły. Dopiero potem przychodzi akceptacja. Nie tak od razu – powoli, leniwie. Pamiętam sytuację, w której koleżanka ze szkolnej ławy powiedziała mi, że mnie podziwia, że daję sobie radę z czwórką dzieci. Wyprowadziłam ją z błędu, przyznałam, że wcale nie daję sobie rady. Była zszokowana tym, że ośmieliłam się przyznać do własnej słabości i bezradności. W tamtym momencie życia potrafiłam się już nie tylko zdobyć na takie szczere wyznanie, ale również akceptowałam tą sytuację: zmęczenia, chaosu, zagubienia, nie radzenia sobie z obowiązkami i powinnościami. Akceptacja jest dla mnie punktem zero, początkiem. Dopiero zgadzając się na coś zaczynamy sobie z tym radzić. Zgadzając się na angielski deszcz uruchamiamy w sobie działanie. Do akcji wkracza kreator, pełen pomysłów i rozwiązań. Ok, leje non stop. Czy mogę zrobić coś, żeby ten dzień był miły? Co mogę zrobić? Gdzieś wyjść? Gdzie? Ubrać płaszcz, kalosze, zabrać parasol. A może wspólnie z rodziną coś ugotować? A może porysować? Oglądnąć film w domu? Kino jakieś?
A co ze wspomnianą sytuacją nieradzenia sobie z obowiązkami przy czwórce dzieci? Skoro akceptuję ją, to wiem, że zaraz przyjdą pomysły na ułatwienia. Nie pamiętam już dokładnie jakie one były, bo mówię o sytuacji sprzed kilku lat, ale jak widać coś wymyśliłam, bo do tej pory wszyscy żyjemy (ha, ha, ha!).
Wielu ludziom z trudem przychodzi akceptowanie własnych uczuć, szczególnie tych negatywnych, trudnych. Każdy ma jakiś słaby punkt, jeden nie znosi w sobie agresji, inny z całych sił wypiera zazdrość, jeszcze ktoś ucieka przed smutkiem, innemu sen z powiek spędza brak kontroli. I dopóki nie ma zgody w sobie samym na te uczucia, dopóty jest ucieczka, samookłamywanie, wypieranie, ignorowanie, obwinianie innych, złość na siebie lub świat. Upychanie po kątach własnej osobowości negatywnych uczuć, zamiast po prostu je przeżywać i akceptować, prowadzi nie tylko do życia mało satysfakcjonującego, ale też do utrwalenia się tego mechanizmu, który z wiekiem zaczyna budować charakter człowieka. I potem mamy starego, nieszczęśliwego, złego na cały świat, ponurego, zawistnego człowieka, którego nic już nie cieszy, którego nic już nie zadowala, który nie widzi w świecie stron pięknych i jasnych, takiego który tylko wszędzie i w każdym szuka potwierdzenia własnej smutnej i przerażającej wizji istnienia. Wszystko przed czym z całych sił starał się uciec, wszystko czego nie akceptował w sobie wróciło do niego z zewnątrz ze zdwojoną siłą.
Akceptacja nie oznacza dla mnie bierności. Jest to raczej spokojna zgoda. Przyznanie się. Zauważenie rzeczywistości taką jaka jest ( o ile to w ogóle możliwe?!). Potem przychodzi czas na działanie. A jeśli działanie jest niemożliwe, to jest to czas na zmianę w sobie, na zmianę podejścia, na zdystansowanie się, na przewartościowanie. Do głowy przychodzi mi teraz pewne polskie przysłowie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma. Przecież jest to prosta kwintesencja akceptacji i zmiany priorytetów. Można coś polubić, dostrzec dobre, pozytywne strony, wyciągnąć dla siebie naukę. Ponoć na tym polega „ćwiczenie na szczęście” – doszukiwanie się pozytywów tam, gdzie ich na pierwszy rzut oka nie ma. Czytałam kiedyś o wspaniałym eksperymencie psychologicznym polegającym na tym, że grupa osób miała codziennie przed snem zapisywać kilka dobrych, pozytywnych wydarzeń z mijającego dnia. Eksperyment trwał trzy tygodnie. Jego efekty, w postaci poprawy ogólnego nastroju badanych, a nawet zaniku stanów depresyjnych (!) trwały przez kolejne pół roku. Czyż nie jest to fascynujące?

In the morning, we went with my husband for a coffee at our favorite local cafe. There were no free seats so we ordered coffee for take – away. In the meantime, it started to rain. Walking the streets of Sheffield, with cups of hot coffee, in the pouring rain, under a gray, heavy sky, I felt that I accept what is happening. Water pours on me, the jacket is fuzzy. And it does not bother me. It does not spoil the mood, does not push the intrusive thoughts towards negative complaints, does not lead to rebellion, anger, helplessness.

I am thinking about acceptance throughout the day. I understand it as a consent to everything that exists, starting from the outside world, by agreeing to other people and how they are, and ending with the consent to themselves, to their own feelings. I am thinking of accepting things that we do not have influence, but also those whose authors are ourselves. Acceptance is a derivative of sincerity. It follows from it. First, I’m honest and truthful to myself. I admit that I feel something, think something, act in some way. Living without a lie is not only simpler, less complicated. Admitting myself to the hard, difficult, often unwanted feelings is liberating, giving virtually unlimited freedom and a sense of strength. Only then comes acceptance. Not so immediately – slowly, lazily. I remember the situation in which a friend from the school bench who told me that she admires me that I manage four children. I led her out of the mistake, I admitted that I could not cope. She was shocked that I dared to admit my own weakness and helplessness. At that moment in my life I was able not only to get such a sincere confession, but also accepted this situation: tiredness, chaos, confusion, not dealing with duties. Acceptance is for me the zero point, the beginning. Only when we agree to something  we’re starting to deal with it. By agreeing to the English rain, we start the action. A wizard comes in, full of ideas and solutions. Ok, it pours non-stop. Can I do something to make this day nice? What can I do? Somewhere to go out? Where? Wear a coat, wellies, take an umbrella. Or maybe cook something with my family? Or maybe scratch? Watch a movie at home? Cinema?
And what about the situation of not dealing with the duties of four children? When I accepted it, I knew that ideas will come soon. I do not remember exactly what they were, because I’m talking about a situation from a few years ago, but as you can see, I came up with something, because so far we are all alive (ha, ha, ha!).

Many people find it difficult to accept their own feelings, especially those negative, difficult ones. Everyone has a weak point, one does not tolerate aggression in himself, another one disavowals his own jealousy, someone else escapes from sadness, another one hates his own lack of control. And as long as there is no agreement in yourself about these feelings, there is escape, self-shattering, displacement, ignoring, blaming others, anger at yourself or the world. The deposition of negative feelings on the corners of one’s own personality, instead of simply experiencing and accepting them, leads not only to a life that is not very satisfying, but also to the consolidation of this mechanism, which with age begins to build the human character. And then we have an old, unhappy, evil for the whole world, a gloomy, envious man who does not enjoy anything anymore, who does not see in the world the beautiful and bright sides, who seeks confirmation of his own sad and a terrifying vision of existence. Everything he tried to escape from, everything he did not accepted in himself returned to him from the outside world with redoubled strength.
Acceptance does not mean passivity for me. It is rather a peaceful agreement. Admission. Noticing reality as it is (if it is possible at all ?!). Then the time comes for action. And if the action is impossible, it is a time for a change in yourself, for a change of approach, for distancing yourself, for reevaluation. A Polish proverb comes to my mind now: if you do not have what you like, you like what you have. After all, it is a simple quintessence of acceptance and change of priorities. You can like something, see good, positive sides, learn for yourself. It seems to be the „happiness exercise” – the search for positives where they can not be noticed at first sight. I once read about a wonderful psychological experiment consisting in the fact that a group of people had to record several good, positive events from a passing day every day. The experiment lasted three weeks. Its effects, in the form of improving the general mood of the respondents, and even the disappearance of depressive states (!) lasted for another six months. Isn’t it fascinating?