Wrażenia z Chorwacji

Miałam pisać na miejscu. Nie było internetu. Miałam pisać po powrocie. Nie było chęci.
Teraz mam powyższe dwie rzeczy naraz. Piszę.

Chorwacja jest dla mnie zdecydowanie miłością od drugiego wejrzenia. Pierwsze wrażenie zrobiła fatalne. Było to lat temu kilka (w lipcu 2014). Pamiętam byle jakie wybrzeże (miejscowość Sukosan), drożyznę, byle jakie jedzenie i jakieś takie ogólne wrażenie dziadostwa. Nie wiem skąd się to we mnie wzięło, ale tak było, przyznaję się dobrowolnie.
Więc wyjazd tegoroczny był podszyty szczególnym sceptycyzmem.
I Chorwacja zaskoczyła mnie absolutnie! Trafiliśmy w prześliczne miejsce przyrodniczo, z mnóstwem pięknych plaż, widoków zapierających dech w piersiach, ciepłym morzem.
Warunki lokalowe mieliśmy również bardzo fajne. Brakowało wi-fi oraz klimy, ale dało się przeżyć! Niestety, znów, dobrych rzeczy tam nie jedliśmy (wyjście do restauracji, lodziarnia oraz owoce – to totalna porażka), ale mogliśmy gotować w domu.
Bardzo miłą niespodzianką była możliwość dogadania się z lokalsami po polsku. Nie tylko dzięki podobieństwu obu języków, ale też dzięki temu, że Chorwaci przyzwyczajeni do mnóstwa turystów z Polski znają jako takie podstawy naszego języka, a te kilka zwrotów w mowie ojczystej zawsze jakoś za serce chwyta na obczyźnie.
Dzieciaki nurkowały jak szalone. Wszystkie! Nie tylko dziewczynki, nie tylko starszy Romek, ale Ignaś też. Chłopcy nie pływają jeszcze wcale, ale dzięki płetwom i maskom (a Igi skrzydełkom) mogli nurkować na kilku metrach! To są bardzo dzielne, odważne, szalone dzieci. Nie boją się życia, nie chronią się przed nim. Jest wyzwanie – jest wykonanie! Żadnego ciamajdowatego płakania, beczenia, że się boję, że fala i woda i sól i zimno. Zresztą, mam tyle wspaniałych filmików, muszę je tylko razem w movie makerze połączyć i będzie oglądania po dziesięć razy z rzędu, wspominania i śmiania.
Teraz zdjęcia:

Aha, miejscowość, w której byliśmy nazywa się Pag.

Lato rozczytane

Domowe lato powoli się toczy. Już sierpień. Upał dobija nawet najbardziej odporne jednostki (czytaj: mnie). Moim najlepszym przyjacielem jest wiatrak pokojowy. Przyjemnie chłodzi. Korzystamy też z basenu. Jemy (właściwie to dzieci tylko) za dużo lodów. Ale chyba przede wszystkim i ponad wszystko: leniuchujemy! Mamy taką fajną, letnią rutynę: świeże bułeczki z rana, czytanie, rysowanie, kawka, wspaniały obiad, wszystko zdrowe, świeże, pachnące i pyszne. Kąpiele w basenie. Odpoczynek. Dzieci dużo czytają. Dziewczyny zupełnie oszalały na punkcie Harrego Pottera (Emi po raz kolejny, Ninka pierwszy raz) – czytają wszystko, oczywiście w oryginale. Romek przeczytał w te wakacje swoją pierwszą, prawdziwą książkę (Korczaka „Król Maciuś Pierwszy”), a teraz nałogowo czyta wszystkie komiksy „Tytus, Romek i A’Tomek”. Jestem taka szczęśliwa z powodu tego szaleństwa lekturowego w domu! To jedna z najważniejszych rzeczy w życiu: DUŻO CZYTAĆ! Będą z nich mądrzy, dobrzy ludzie. Jeśli tylko będą czytać, to jestem spokojna o nich.
Postanowiłam, że sierpień przeżyję w szczęściu – chcę naładować baterie na kilka miesięcy na przód. Koncentruję się na sprawach dobrych, pozytywnych aspektach życia, staram się być tu i teraz. I ogólnie: mieć w nosie wszystkie troski, problemy, zgryzoty codzienne.