Coburg

No i pierwsze koty za płoty, a targi za nami! Tak bardzo mi się podobało, że jeździłabym na tego typu wydarzenia częściej. Gdyby nie koszty… 
Poznałam masę nowych ludzi związanych z rynkiem sztuki, zrobiłam kilka fajnych kontaktów, dostałam maile i adresy oraz nazwiska. Złożyliśmy własne stoisko i mogłam obserwować reakcję wielu ludzi na swoje obrazy. Podobało się. Moje malarstwo absolutnie się wyróżniało na tle innych. A to dla mnie ważne. Nie maluję pod kogoś, nie stylizuję się na kogoś, nie naśladuję, nie kopiuję, tworzę coś swojego, odrębnego. 
Było też zainteresowanie ze strony prasy – artykuł w lokalnej gazecie na temat targów opatrzono właśnie zdjęciem z mojego stoiska. Żadnego innego, tylko mojego. I to jest dla mnie duży sukces. Bo artystów było 60-ciu. Prac setki. A tylko moje wyróżnione. Cieszę się z tego!
Sprzedałam tylko dwa obrazy, ale to nic. Bo reszta artystów nie sprzedała wcale. Transakcji na targach było raptem kilka, a wśród nich moje. 
Teraz pora skorzystać z tego – zapisać się do organizacji zrzeszających malarzy, napisać do właściciela galerii, zarezerwować następne terminy targów w Niemczech.
Dzieci zniosły rozłąkę dobrze. Właściwie to nie było żadnych zastrzeżeń. Podobało im się u babci. No i nie trwało to zbyt długo, więc dały radę. Całe szczęście nie wydarzyło się też nic niebezpiecznego dla nich, a bardzo się bałam tych kąpieli w Bagrach, albo chodzenia pod drogach (samochody pędzą po lokalnych drogach w Polsce szybko, zawsze się boję, żeby się coś nie stało…)
Tak więc: jestem szczęśliwa! To wszystko dodało mi pozytywnej energii do pracy i wiary w siebie.