Wybory, sądy i rozwój własny

Od tygodnia Ignaś jest jedynakiem. Dzieci szkolne pojechały nad morze, dziewczyny znów, a Romek po raz pierwszy. W domu jest cicho, czyściej, bez chaosu. Odpoczywam, bo mama, jak to Grześ trafnie zauważył, to instytucja. Do mnie zgłaszane są wszelkie problemy, uwagi, wątpliwości, sprawy błahe i cięższego kalibru, jestem dla nich poradą i pogotowiem psychologicznym, rozmawiamy o wszystkim i bardzo, bardzo dużo. A ja, jak to ja, chłonę wszystko, uważnie słucham, myślę nad wszystkim, co mi przekazują. Teraz tego wszystkiego nie ma, więc i w głowie więcej miejsca. Chociażby na bloga. Chociaż w sumie, Emilka dzwoni do mnie codziennie. Bardzo mnie to cieszy. Bardzo! Bo wiem, że okazuje mi tym samym zaufanie, że jestem jej potrzebna, pomocna i najzwyczajniej na świecie – ważna. Jak dla mnie, te relacje, to najwyższe wyróżnienie i zaszczyt. I ogromna radość, bo właśnie o tym marzyłam wychowując córkę, córki, dzieci. Żeby będąc osobami nastoletnimi widziały we mnie przyjaciela, osobę godną zaufania, kogoś kto zawsze i wszędzie będzie stał po ich stronie, bez względu na wszystko. Moje doświadczenie życiowe obfituje w inne obrazki, gdzie świat „starych” boleśnie rozjeżdża się ze światem latorośli, gdzie jest brak akceptacji, porozumienia, zrozumienia, dobrej woli, tolerancji, dialogu. Znam smak samotności nastoletniej i „wczesnodorosłej”, wiem, jak się żyje bez wsparcia. Nie łatwo.
Na bardzo wczesnym etapie macierzyństwa zrozumiałam jedną prawidłowość, która rządzi wychowywaniem dzieci. Życie każdego dnia stawia rodziców przed wyborami. Są dwie lub więcej form zaspokajania potrzeb dziecięcych. Rodzić w domu, czy szpitalu? Naturalnie, czy przez cc? Karmić piersią, czy butelką? Zostać z maluszkiem w domu, czy zatrudnić nianię? Pojechać na wakacje całą rodziną, czy tylko z mężem? Wziąć do łóżka w nocy płaczące niemowlę, czy dać mu się w samotności wypłakać? Poczekać z nocnikiem na gotowość dziecka, czy konsekwentnie zakazywać korzystania z pieluch? I tak mogłabym mnożyć bez końca te pytanie i możliwe drogi, którymi może podążyć matka. Ale już chyba z grubsza wiadomo, co mam na myśli pisząc o wyborach, przed jakimi staje się bez przerwy będąc rodzicem. I tu dochodzę do sedna: tego, że dorosłe życie jednak różni się od dziecięcego, że takie niepopularne słowa, jak poświęcenie jednak istnieją i że dorosłość i poświęcenie idą w parze pod rękę. Najczęściej jest tak, że interes dziecka nie pokrywa się z interesem rodzica. Ktoś musi ustąpić, wytrzymać, przetrzymać. Żeby dziecku było dobrze, rodzic musi wykonać dodatkową pracę, być ponad tym, ponad własnymi potrzebami, ponad własnymi marzeniami. Musi zrezygnować, musi zrozumieć, że jego własne ja nie jest już najważniejsze, że skończyło się. Że od teraz to ktoś inny jest ponad nim. Oczywiście jedna decyzja podjęta „pod siebie”, z myślą o własnym interesie kosztem dziecka nie zepsuje wszystkiego. Ale bardzo ważne jest, by tych decyzji było mniej. By jednak stając przed wyborem to dobro dziecka było absolutnym priorytetem. I te malutkie klocuszki, z których buduje się dzieciństwo swego potomka, te małe wybory codzienne składają się na dobre, spokojne, szczęśliwe dorastanie. Budują osobowość silną, pewną własnej wartości, ciekawą życia i świata. Dziecko, które wie, że jego potrzeby i uczucia są dla rodziców bardzo ważne wyrasta na człowieka, który sam będzie potem z szacunkiem i miłością traktował siebie oraz innych ludzi. Człowiek, któremu od pierwszych chwil życia okazywano lekceważenie, zmuszano do ignorowania własnych potrzeb będzie tak samo traktowało się, jako człowieka dorosłego. Co więcej, będzie miało małe szanse, by dojrzeć, by wyjść z tego absurdalnego kręgu samooszukiwania się, bo prawda o ludziach jest gorzka: niewielu pracuje nad sobą, niewielu doskonali się, widzi własne ułomności i chce (a także potrafi) się zmienić. Łatwiej jest oskarżać świat, innych, życie, los, niż z pokorą przyznać się do błędów. Zresztą pokora, wydaje mi się kluczem do samorozwoju. Pokora rozumiana jako ciągłe przyznawanie się do niewiedzy. Mieć przekonanie co do własnej nieomylności jest według mnie jedynie dowodem na własną głupotę. Nigdy nikt nie dochodzi do momentu w życiu, w którym byłby wszechwiedzący. I warto ciągle to sobie przypominać, wątpić, wahać się, rozważać różne opcje, patrzeć na świat wielowymiarowo i z przeróżnych punktów widzenia. Nie ma i nigdy nie było świata czarno – białego. Istnieją jedynie pewniki (dopóki nikt ich nie podważy…) w postaci wiedzy naukowej, najnowszych i najrzetelniejszych badań naukowych, na których można oprzeć własne sądy. Które i tak trzeba nieustannie aktualizować. Czytając, ucząc się, dowiadując, wątpiąc i pokornie pamiętając o własnej omylności i ułomności.

A teraz idźcie w pokoju. I czyńcie dobro.

Ha, ha