Samotność

Samotność rozumiem jako nieprzyjemny stan bycia wykluczonym. Mniejsza o przyczyny jego – czy to na własne życzenie, czy to z winy otoczenia. Samotności się nie chce. Bycia samemu chce. I właśnie w tym szczególe tkwi zasadnicza różnica. Zastanawiam się nad zmianą, która zaszła w naszym życiu po przeprowadzce do Polski. Zostaliśmy sami. Za nami zostawiliśmy całą grupę ludzi, bardzo dużą grupę. Tutaj nie odbudowaliśmy sieci kontaktów. Dawna znajoma z Sheffield przysłała mi ostatnio link do filmiku z imprezy urodzinowej swoich dzieci, z roku bodajże 2011. Pierwszy raz widziałam to nagranie sprzed 6 lat. Wiele rzeczy mnie w nim zadziwiło, ale chyba najbardziej uderzające było jedno: w malutkim pokoiku bawiło się na kinderbalu 7 rodzin, ilość dzieci ciężko byłoby mi nawet zliczyć. Po prostu tłum ludzi. Z dzisiejszej perspektywy rzecz szokująca dla mnie. I zastanawiam się dlaczego tak się stało, że dziś nie miałabym kogo na taką imprezę zaprosić. I tu spotykam się z początkiem tego wywodu: prawdopodobnie samotność, o której piszę jest sprawą naszego wyboru. Prawdopodobnie nie chcieliśmy otaczać się już taką ilością ludzi. Prawdopodobnie sami tak pokierowaliśmy naszym życiem, żeby tych ludzi wokół nas nie było. I taka samotność, z wyboru była wtedy najlepszym rozwiązaniem – ilość pracy, obowiązków przytłoczyła nas do tego stopnia, że najnormalniej w świecie zabrakło tych chwil na innych ludzi, na ich sprawy i na spotkania. Bo żeby mieć z ludźmi relacje trzeba je budować, a to kosztuje czas. Pamiętam, że kilka lat temu stałam przed wyborem: albo tych kilka godzin tygodniowo przeznaczę na malowanie (ewentualnie szycie), albo poświęcę go na spotkania lub też myślenie o innych. Zdając sobie sprawę z własnego wieku wybrałam siebie. Inną ważną sprawą jest też jakość znajomości, która nabiera szczególnego znaczenia przed czterdziestką. Człowiek już po prostu nie ma ochoty na przyjaźnie na siłę, na relacje krzywdzące, asymetryczne, niedopasowane, byle jakie byle były. Wśród ludzi szuka się tych właściwych, pasujących światopoglądem, wyznawanymi wartościami. Starych, sprawdzonych znajomości pewnie nie weryfikuje się tak ostro, przymyka oko częściej, docenia ilość lat i wspólnych doświadczeń. Nowym ludziom przygląda się pilniej mając na uwadze prostą zasadę: czy z tej nowej znajomości będzie coś w mym życiu wartościowego? Czy moja inwestycja, w postaci czasu i uwagi będzie właściwa? Na te pytania odpowiadaliśmy przecząco. A konsekwencją tego jest dzisiejsza samotność, która wobec powyższego wydaje mi się jednak dużo lepsza niż tłum ludzi, z którymi niewiele łączy.
Myślę, że nadejdzie jeszcze czas, gdy spotkamy kogoś, jakieś rodziny może, bliskie światopoglądowo. Jak to mówią, lepiej jest mieć jednego prawdziwego przyjaciela niż tuzin znajomych.

Załączam zdjęcia z wczorajszego spaceru, który był ostatnim letnim anno domini 2017:

Po lecie

Dzisiaj jest tak. Chyba nie najgorzej?

Lato zakończyło się brutalnie z buta wkraczając z pełnym asortymentem znanym z Sheffield – deszcz, szmata na niebie, wiatr. Dzieci w przeciwdeszczówkach poszły do szkoły, my w podskokach do obowiązków. Ciachnęłam od razu obraz, który teraz cieszy oko na ścianie. Czasem, chcąc zobaczyć konsternację w oczach rozmówcy, na pytanie pełne niekrytego podziwu, jak sobie radzę z czwórką dzieci odpowiadam, że sobie nie radzę wcale. Co po części dla mnie, jako doświadczonej mamy wielodzietnej, jest prawdą dnia codziennego. Chociaż przyznam, że częściej nie jest to zgodne ze stanem rzeczywistym. Teraz, gdy zaczęły się obowiązki i rutyna czuję, że znów rozwijam organizacyjne, matczyne skrzydła – wszystko pozapinane na ostatni guzik, zazwyczaj dużo przed czasem, skoordynowane plany zajęć pozalekcyjnych dla całej trójki, co do minuty ustalone kto i gdzie kogo zawozi i przywozi, cztery razy w tygodniu szkoła muzyczna dziewczyn, trzy razy w tygodniu treningi piłki nożnej Romka i jeszcze angielski u Tonego. W wakacje, gdy wyjazdy mamy już za sobą burzę się czasem i buntuję jak nastolatka, że nie mam czasu, by malować. Jest to dla mnie bolesne, bo mimo tego, że jestem mamą czwórki dzieci, też jestem sobą, Dorotą, kimś kto ma swoje plany, marzenia i poza opieką nad potomstwem chciałby też mieć czas, by coś poza tym zawodowo zrobić. I potem wkurzam się, że jacyś hipotetyczni „inni” czas na pracę mają, a mnie ciągle go brakuje. A fakt, że całymi dniami zasuwam przy domu i dzieciach, a pod koniec dnia nie widać żadnych efektów też jest dołujący. Posiłki zjedzone, gary znów brudne, dom porozwalany, kolejna góra prania itd. No ale cóż, nic nie poradzę, że moja praca polegająca na podtrzymaniu status quo taką ma specyfikę – nie ja pierwsza i nie jedyna muszę znajdywać radość w tymczasowości. Chociaż czytałam ostatnio, że warto w przypadku takich rozterek nagradzać siebie samego za pracę, której efektów nie widać – wzmacnia to poczucie własnej wartości i sensowności codziennego znoju.
Sierpień i lipiec minął mi na czytaniu. Dosłownie każdą wolną chwilę przeznaczałam na książki, co dało ponad jedną książkę tygodniowo. Czuję się wspaniale, gdy patrzę na stosik pozycji, które przetrawiłam. Emilka jest od dawien dawna zarażona tym samym bakcylem – w wakacje podsunęłam jej Georga Orwella „Folwark zwierzęcy”. Tak bardzo się cieszę, że ona jest już starsza i mogę powoli podpowiadać jej arcydzieła literatury. Mam tyle pozycji, które chcę jej polecić. Wprowadziliśmy ważną zmianę w domu – codziennie Grześ czyta Romkowi książkę wieczorem. Nie są to te malutkie książeczki dla dzidziusiów, które teraz przerabiam z Ignasiem, ale prawdziwe powieści. Widać, że Romek czeka na te wieczory i słucha z zainteresowaniem. Dopinguję też Ninkę, żeby przed snem poświęcała chociaż godzinkę na lekturę. Bardzo bym chciała, żeby i ona (tak jak Emilka) pokochała książki, bo tylko w książkach jest nadzieja na lepsze jutro i pełnię człowieczeństwa.
Ostatnie dni mijają nam na przygotowaniach do ważnego rodzinnego wydarzenia. Krzyś bierze ślub z ukochaną ciocią (no prawie już ciocią) dzieci, z Elą. Pod koniec sierpnia zaczęłam się tym wszystkim mocno denerwować, ale dziś, gdy mam już prawie wszystko przygotowane (dziś jeszcze wymieniam chłopakom buty, bo za duże z rozpędu kupiłam), to czuję tylko radosne podniecenie i radość. Sukienki, bolerka, buciki, garniturki maluśkie, żeby to wszystko pasowało do siebie i do pogody… A potem i tak najważniejsze są wszystkie inne sprawy, a wśród nich radość i zabawa, bo to przecież wspaniałe wydarzenie – powstaje nowa rodzina! Często wracają wspomnienia naszej uroczystości sprzed siedemnastu lat. I podsumowania, refleksje, bilanse, wzruszenia roku 2000. Pamięta się to wszystko bardzo wyraźnie. Choć założę się, że nie bez przekłamań, bo nie ma chyba nic bardziej zawodnego, subiektywnego i zwodniczego niż pamięć ludzka. Na co chyba koronnym dowodem jest niemożność przypomnienia sobie wydarzeń sprzed miesiąca – co my robiliśmy w sierpniu? Były jakieś wyjazdy, spotkania, wycieczki, codzienność letnia w Ochojnie, słońca mnóstwo, gorąc czasem nie do zniesienia, wspaniałe polskie owoce… Ot, lato w domu. Takie zwyczajne, spokojne, czasem nudne.