Potrzeba tak niewiele

Stojąc na brzegu morza w Czarnogórze i obserwując dzieci w trakcie nurkowania, jak samodzielnie nakładają płetwy i maski, jak sprawnie pokonują fale i własny lęk, jak dzielnie sięgają po nowe doświadczenia poczułam dumę połączoną z niedowierzaniem. Pierwsze chwile ich życia stanęły mi przed oczyma przywołując obraz tych sinofioletowych, maleńkich żółwików, które wychodziły z mego brzucha. I to dziwne uczucie, że trzymam w rękach kawałek swojego ciała, jakiś organ wewnętrzny, który właśnie od teraz jest już zewnętrznym i na dodatek nie moim kawałkiem. A potem widzę każde z tych dzieci w morzu – pływające, wesołe, podekscytowane i tak bardzo samodzielne w porównaniu do tego jakimi powitały świat, jakimi dostałam je w swoje ręce.
Mój tato, zanim do reszty poświęcił się (i nie tylko się) zarabianiu pieniędzy bardzo lubił fotografować. W malutkiej blokowej łazience wkręcał czerwoną żarówkę i płukał klisze, płukał odbitki, a potem przyklejał je na płytkach, żeby obciekły. Następnie czarno – białe fotki zamiast prania suszyły się na sznurach nad wanną. Nie mogły to być lata siedemdziesiąte, raczej początek kolejnego dziesięciolecia, ale mnie z tamtego kresu utkwił w głowie taki obraz taty: dżinsowe dzwony i czarny podkoszulek z ogromną prasowanką znaku graficznego shell. Tata miał falujące, czarne, długie do ramion włosy i był tym rodzicem, który uśmiecha się częściej. I w tej pracownio – łazience uśmiechał się często do mnie i do swojej pasji pewnie też. Robiąc tysiące zdjęć rocznie wiem skąd się to we mnie wzięło.
Gdy ludzie, zazwyczaj mający pojęcie o malowaniu – sami malujący lub chociażby po asp – dowiadują się w jakiej technice tworzę obrazy, zadają najczęściej jedno pytanie: czy nie przeszkadza ci zapach farb olejnych? Benzyna lakowa, werniksy, sykatywa, terpentyna i farby olejne same w sobie mają dla mnie zapach hipnotycznie wspaniały. Gdzieś tam głęboko w mózgu dochodzi do wybuchu, gdy nozdrza transportują woń pracowni malarskiej. Są to te same obszary, które się cieszą zapachem rosołu, smażonej kiełbaski lub jakiejkolwiek innej potrawy, która kojarzy się z dzieciństwem, domem, bezpieczeństwem. Nie, nie to, żeby moja mama była zapaloną lub zawodową malarką, namalowała za mojego dzieciństwa może ze 20, no góra 30 płócien, ale to, że malowała zapisało się we mnie, zostało wprogramowane i zaszufladkowane jako czynność przynosząca szczęście, spełnienie, radość, uśmiech. Mojej mamie. Ale nie tylko jej. Każdemu. Bo ona, ten pierwowzór kobiety, był szczęśliwy w trakcie malowania.
A równomierny turkot maszyny do szycia? Czyż nie jest melodią wspaniałą? I te równe szwy, które tworzy igła – przecież samo patrzenie na szyjącą maszynę dostarcza przyjemności. Stoję przed mamą, która w ustach trzyma szpilki, ręce mam rozrzucone na boki, myślę tylko o tym, żeby ona przypadkiem nie połknęła tych igieł, bo umrze i równocześnie robię za manekina krawieckiego. A ona coś dopina, marszczy, poprawia na mnie wykrój, by dobrze leżał kłując co chwila tymi szpilkami. I wtedy ja się złoszczę i już nie lubię tej sukienki, której jeszcze nawet nie ma. A tych sukienek wcale nie było tak wiele. Tak jak tych obrazów. I tak jak niewiele było zdjęć taty autorstwa. Bo to właśnie tak z dziećmi jest: wystarczy tak niewiele. Żeby im pokazać, z czymś zaznajomić, zapalić do czegoś, obudzić pasję. Człowiek mały uczy się tylko i wyłącznie przez naśladownictwo. Żadne tam trele – morele, pogadanki umoralniające, kursy, szkolenia. Jeśli rodzic coś robi – z zapałem, z uśmiechem i z życiem – jest ogromne prawdopodobieństwo, że dziecko jego będzie to naśladować. Że będzie chciało zrobić coś z życiem własnym.
I patrzę tak na te moje córki i synów w wodzie rozumiejąc, że to ich nurkowanie to z pewnością dlatego, że mama i tata nurkują. Potrzeba tak niewiele – zacząć od siebie.