Lato w Hrubieszowie. Kiedyś.

Wstałam dzisiaj wcześnie, właściwie jeszcze w nocy. Wyspana. Albo może pobudzona. Skoro świt wyszłam na ogród, jest święto, więc wszędzie słychać jedynie ptactwo domowe i te na drzewach, a poza tym ciszę. I od razu poczułam się jakby mnie ktoś w czasie przeniósł w dzieciństwo, w hrubieszowskie lato, z rosą na stopach i tym błogim spokojem, gdy jadło się śniadanie na dworze, a zaraz potem biegło w babciny ogród. W piaskownicy grzebało się patykiem lub plastikową łopatką (a może raczej starą łyżką stołową) i dziwiło, że wczorajszy, mokry piasek jest teraz zbity w suche grudki. A potem wchodziło się w ten wysoki po szyję gąszcz, gdzie rosły pomidory. I one tak pachniały! Teraz, gdy kupuję na targu pomidory lubię zerwać z nich łodyżkę, na której są przyczepione i wąchać ją. Tylko w tym miejscu pachną tak intensywnie jak kiedyś tamte malinówki. Dziwię się tym wspomnieniom, bo przecież te wyjazdy wakacyjne na wschód nie zdarzały się znowuż tak często. I nie trwały wcale tak długo, góra dwa tygodnie w lecie. A jednak. Były na tyle odmienne dla dziecięcego doświadczenia, że pamiętam je do dziś. Wujek Staszek śmiał się z mojego dziecięcego zdziwienia, że w węgierce znalazłam robaka. Ciocia Marysia przynosiła kuzynce Magdzie szklankę przesłodzonej herbaty z cytryną do ogrodu, gdy siedziałyśmy na wiśni obrażone z jakiegoś powodu. Tata huśtał mnie na drewnianej huśtawce zawieszonej na orzechu. A potem, gdy już wszyscy dorośli poszli sobie do swoich dorosłych spraw w Hrubieszowie i zostaliśmy sami w domu i ogrodzie pamiętam osy, które topiły się w herbacie i nie było co pić przez cały dzień, więc piliśmy wodę prosto z kranu. Ale to było zakazane i nie mówiliśmy nikomu o tym. Pamiętam też z tamtych lat to wspaniałe, ogłuszające, wszechobecne w ciele zmęczenie po całym dniu. Gdy miałam drgawki z senności i ledwo o własnych siłach doczłapywałam do łóżka. Zawsze był ten nieprzyjemny moment, który trwał wieczność, gdy pościel była jak góra lodowa, gdy spotkanie w poduszką bolało jak śnieg na twarzy. I potem, nagle – nic. Zupełne nic. Jakbym umierała. I zaraz, po sekundzie snu ranek. Następny dzień. Jeszcze jeden poranek, cisza, koguty piejące co chwila, ptaki na drzewach jak w raju, śniadanie na rześkim powietrzu, ogród i pomidory po szyję, rosa na stopach… i cały dzień. Od nowa i od nowa. I nie wiedziałam ile to wszystko trwało. Kto by się tym przejmował, gdy czasu liczyć nie umiał. Po prostu trwało. Po prostu żyło się. Jakoś inaczej niż teraz. Żyło się w teraźniejszości. Absolutnie nie przejmując przyszłością, planami (jakimi planami?!), a przeszłość chowając gdzieś w zakamarki umysłu jako doświadczenia życiowe do wykorzystania kiedyś, później, może właśnie dziś, teraz, ponad trzydzieści lat później.
Gdzieś po drodze gubi się tą teraźniejszość, kroi czas na wczoraj, dziś i jutro. I oczywiście to dziś jest najmniej ważne z całej trójcy. Żeby łapczywie przeżyć życie do końca i do cna, pełną parą i w pełni sił człowiek z zadyszką i gorączką planuje, rozmieszcza w czasie, przypina pinezki na dniach kalendarza i patrzy hen przed siebie. A życie po cichutku, spokojnie jak leniwa woda, toczy się teraz. Nie jutro, za tydzień, czy miesiąc ale teraz. Tylko teraz.
Na drugim biegunie są ci, którzy patrzą wstecz, głowa im się już na stałe na plecy odwróciła, idą do przodu po omacku wcale nieświadomi, że jest jakieś dziś i tak bardzo zatrwożeni jutra, że mu przeczą. Rozpamiętują dawne czasy, z definicji lepsze. Na siłę chcą zatrzymać siebie, bliskich, świat cały w przeszłości.
Największą sztuką w życiu jest być.
Dziś.
Teraz.
Tu.