Czarnogóra

Grześ zabrał dzieci na spacer wieczorny po promenadzie, mam czas, więc piszę. Internet mamy baaardzo wolny, więc zdjęcia powklejam później.
Mieliśmy fantastyczną drogę, trochę z niespodziankami i przygodami. Nawigacja wymyśliła dla nas przedziwną, ponoć najszybszą, drogę do Baru. Do Czarnogóry wjechaliśmy od południa – z Serbii wjechaliśmy do Kosowa, potem Albanii i dopiero do Czarnogóry. Część trasy przejechaliśmy autostradami, ale dużą część drogami lokalnymi do bólu: małymi, dziurawymi, prowadzącymi przez miejsca wyglądające jak Indie. Serbia rolnictwem stoi – wszędzie pola, pola, pola. I piękne krajobrazy. Potem Kosowo, które jest wielkim placem budowy – ciągle tylko składy budowlane, hałdy piachu, żwiru, wszystko nowe. No i rozpiernicz dróg, zero chodników, stare graty mknące w kurzu po tych niby – drogach. A potem Albania, która jest po prostu… ALBANIĄ. Tak jak ją sobie wyobrażacie, tak właśnie jest – bieda domy, śmieci, tony śmieci, bieda, przecudne góry, pustkowia, wszystko rozwalone, zardzewiałe. I niespodzianka: fantastyczna, puściutka, płaska jak stół autostrada prowadząca przez wspaniałe góry i doliny. Nie można się było napatrzeć i nadziwić.
A teraz jesteśmy tu, w Barze, typowo turystycznym miasteczku. Warunki mamy znośne, chociaż skromne. Wszystko tu takie skromne, ale piękne morze, plaża, pogoda, roślinność, wspaniałe owoce i warzywa zadość czynią niedostatkom. Porozumiewamy się po polsku. I to jest wspaniałe w byciu Słowianinem.
Dzieci oszalały z radości. Dosłownie oszalały. Z wody nie wychodzą, bawią się non stop, śmieją. Szczęście patrzeć na nie.
A ja zdałam sobie spraw z faktu, że po raz pierwszy odkąd zostałam mamą wypoczywam na wakacjach. Ignaś jest już na tyle duży, że mogę leżeć na plaży, że mogę wyspać się rano, a w ciągu dnia książkę poczytać na tarasie. Jest cudnie. I tyle jeszcze czasu przed nami tych wspaniałych wakacji. Myślę, że zasłużyłam na nie jak mało kto.