Homo sapies się adaptuje

Zadziałała cecha ludzka, dzięki której opanowaliśmy cały świat. Adaptacja. Przestałam czuć smród śmieci. Po kilku dniach przyzwyczaiłam się i nie czuję tego zapachu, który wcześniej był tak dokuczliwy. Jeśli chodzi o śmieci, to też przestałam na nie zwracać uwagę… Taaak, wielka jest siła w przyzwyczajeniu.
Wczoraj byliśmy w miejscowości Ksamil. Plaża reklamowana wszędzie jako raj na ziemi rajem nie jest (z pewnością nie było w nim tylu ludzi), natomiast warto było pojechać te 15 km i zobaczyć przepiękną, turkusową wodę. Nigdy w życiu nie miałam okazji podziwiać tak pięknego koloru morza. Wpatruję się w zdjęcia i nie mogę oderwać oczu od tej barwy – marzę o obrazach w tej tonacji, o biżuterii z takimi kamieniami (dobra, wiem, że to będą szmaragdy, na które mnie nie stać, ale pomarzyć zawsze można) i na 100% uszyję sobie coś turkusowego po powrocie do domu.
Dziś znów się relaksowaliśmy. Rety, jak to brzmi! Wakacje i relaks. I odpoczynek. Czy to byłoby możliwe jeszcze pare lat temu? O wakacjach z dziećmi zawsze mówiłam angielskim aforyzmem: the same job, different location. Chyba muszę zmienić repertuar złotych myśli, bo tamto już nieaktualne. Do tego też się już zaadoptowałam. Klasyczny homo sapiens.

A dziś tutaj:

 Państwo nie wiecie, ale ja właśnie pozuję przy plażowej kopalni muszelek:

Albania – pierwsze i drugie wrażenie

Podróżując człowiek poznaje nie tylko nowe miejsca, ale również siebie. Nie jestem z gatunku paniusiek, którym zbyt niski standard przeszkadza, mało wyszukane wnętrza rażą, a bieda brzydzi. Jadąc do Albanii wiedziałam gdzie jadę i czego się mogę spodziewać. Byłam bardzo ciekawa inności. Zdziwiła mnie jednak MOJA reakcja na to, co widzę. Po pierwsze czułam obrzydzenie, autentyczne obrzydzenie. Po drugie poczułam strach. Prawda jest taka, że boję się SAMA wychodzić z hotelu. Czuję się tymi reakcjami zszokowana, bo uświadomiły mi, jak mało znam świat (poza tym naszym, europejskim) i jak bardzo nieznajomość świata wpływa na jego percepcję. Człowiek nie znając czegoś po prostu się tego boi.
Wjechaliśmy do Albanii i zachwyciły nas widoki zza okien. Wspaniałe góry, kolory, roślinność, strome, niemiłosiernie kręte trasy (biedna Nina!) oraz cudowne morze z plażami jak z bajki. To jedna strona medalu. Wszędzie tam, gdzie pojawiały się domy, skupiska ludzkie wyrastały też śmieci, tony śmieci, odpady plastikowe, metalowe, stare meble, sprzęt agd. Wioski przypominające śmieciowiska. Potem znów odludzia, których było po drodze mnóstwo i znów piękna przyroda. Trafiliśmy do naszego miasteczka, typowej turystycznej miejscowości, z wielkimi hotelami, płatnymi plażami, knajpami etc. I niby wszystko to się zna z poprzednich wakacji. Ale od wyjścia z auta uderzyło nas jedno – odór. Smród tak paskudny, że ciężko go zignorować. Coś jakby gnijąca padlina, pomieszana z zapachem śmieci, czyli plastiku, odpadów żywnościowych i gówna. Rozejrzeliśmy się dookoła – wszędzie śmieci, po prostu wszędzie. Nasz nowiutki hotel stoi w śmieciach. Dojście do plaż przez śmieciowiska. Znów posłużę się wyświechtanym hasłem: nie do opisania. Obserwowałam mieszkańców z balkonu: oni po prostu wyrzucają śmieci (plastikowe wory z domowymi odpadami) gdzie popadnie. W przypadku naszej lokalizacji – po prostu na puste działki. Dla turystów z zachodu przygotowane są dwa kosze… Reszta wali śmieci za płot, w krzaki, w dziury jakieś.
Nie przesadzam. Chciałabym przesadzać, ale nie da się. Jest tak jak to opisuję.
Właściwie tylko na plażach – płatnych, przyhotelowych – nie śmierdzi i jest czysto. Jakoś bryza morska odgania odór i czuć jedynie miłe powietrze znad wody. Reszta miasteczka cuchnie.
Apartament mamy bardzo duży, czysty, nowy, średnio wyposażony, ale do przeżycia. Brakuje czajnika elektrycznego i pralka jest zepsuta, ale poza tym ok. Prawie ok, bo i w domu śmierdzi śmieciowiskiem. I właściwie nie wiemy dlaczego, bo czy mamy okna pozamykane, czy pootwierane cuchnie tak samo. Przez pierwszą dobę walczyłam z odruchem wymiotnym. Teraz już przywykłam, aczkolwiek cieszę się, że nie muszę spędzać tu życia. Bo bym uciekła.
Kolejna sprawa to Albańscy kierowcy… za nic w świecie nie siądę tutaj za kierownicą. A dobrym jestem kierowcą – zero stłuczek, kolizji, ani jednego mandatu (!) przez te 10 lat jazdy (i to z angielską kierownicą). Ale obserwując co się tutaj wyprawia człowiek zaczyna rozumieć po co jest prawo i że zasady na drodze są koniecznością, by cię inni nie zabili. Tych zasad się tutaj nie przestrzega. Do prawdziwego szczęścia można zaliczyć trzymanie się przez kierowców prawej strony jezdni. A czyni to niewielu z nich. Jadą środkiem. Pasy na drodze? Są dwa. Ale jeśli zmieszczą się cztery auta, to jadą cztery. Klakson jest w użyciu (ich użyciu) non stop. Światła awaryjne również.
Nonszalancja, niecierpliwość, besserwisserstwo, samczyzm, te graty – mercedesy z Niemiec jako obowiązkowy atrybut każdego Albańczyka. Pieszy na drodze ma tylko jedno prawo – spieprzać.

Tak więc reasumując, bo późno się robi: jestem w ogromnym szoku i cieszę się jak cholera, że mnie tu przygnało. Nie sądziłam, że te „Indie Europy” tak na mnie oddziałują.
Jutro wybieramy się autem na najpiękniejszą plażę Albanii (wg. Trip Advisor). Będę zbierać wrażenia wszystkimi zmysłami, nosem również. Zdam relację.

W tym budynku, w środku miasta jest śmieciowisko:

 Zdjęcia z drogi, którą Nina dobrze zapamięta:

zdjęcia

 Dziś wszyscy padamy z nóg. Nie wiadomo, czy to nas upał tak wykończył, czy aktywność nad wodą, a może niedostatek snu. W każdym razie już o ósmej wieczorem wszystkie dzieci poszły spać, a my zaraz też padniemy. Tak więc tylko kilka słów dzisiaj, w skrócie wszystko.
Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyjazdu. Piękna pogoda i przyroda. Morze cudownie ciepłe. Nurkujemy ciągle, nawet Romek nakłada maskę i na materacu z tatą wypływa troszkę głębiej, by popodglądać morskie rybki i stworzonka.
Czarnogóra tonie w śmieciach. Spodziewałam się biedy, ale nie spodziewałam się takiej ilości plastiku, puszek, siatek i syfu wszędzie. Ciężko to nawet opisać. Trzeba zobaczyć. Każdy kawałek ziemi jest zaśmiecony. Dojście do plaż przypomina przedzieranie się przez śmieciowisko. Nie do wiary jak można tak zniszczyć tak cudowną przyrodę. Płakać się chce patrząc na to wszystko. Mam tylko nadzieję, że jednak położenie geograficzne wymusi na tych ludziach zmianę zwyczajów, Europa nauczy kultury, a turystyka wymusi pewne standardy. Bo jak na razie to jest katastrofa. Ekologiczna.

 Stare miasto Bar:

 Obrzydliwie takie rzeczy na fotkach z wakacji uwieczniać, ale MUSIAŁAM:

 ZAPOMNIAŁAM raz jedyny nasmarować twarz kremem przeciwsłonecznym. Tak się to skończyło, kefir na czoło i nos:

 Jedyny kosz jaki udało się nam namierzyć, więc jest pamiątkowa fotka: