Kot second hand i Beksiński

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak cieszyła się z faktu, że kot coś zjadł. Psotka wczoraj po raz pierwszy od ponad tygodnia zjadła kawałek mięsa. Pożarła go wręcz! Znaczy to, że wraca do zdrowia, kroplówki i karmienie strzykawką kończymy, antybiotyk też. Ma przykazane być unieruchomiona jeszcze przez 2 tygodnie, więc siedzi, a raczej śpi, w klatce. Całkowicie ze szpitalem kocim jeszcze nie skończyliśmy, bo w sobotę przyplątał się do nas nowy kotek! Grześ znalazł go… w wychodku. Schorowana, malutka kicia. Myśleliśmy, że to córka Rudka, bo ma długie włosy tak jak on. A na dodatek ubarwiona jest zupełnie jak nasza Czarnusia, więc w ogóle myśleliśmy, że to te same geny. Ale weterynarz nas uświadomił, że kotka ma co najmniej 8 lat, więc mogłaby być prapraprababcią naszych kotków. Dajemy jej antybiotyk (na wszystko) i leczymy. Zostanie już z nami. Jest bardzo milutka, łasi się do ludzi, mruczy i w ogóle bardzo jej zależy.
Mamy piękną pogodę, którą staramy się wykorzystywać na maksa. W niedzielę byliśmy na wycieczce rowerowej z Krakowa do Nowej Huty. Jest taka fajna ścieżka rowerowa, która prowadzi wzdłuż Wisły do Huty właśnie. Pojechaliśmy oglądnąć obrazy Beksińskiego w NCK, co jest w ogóle świetnym zbiegiem okoliczności, bo jestem właśnie świeżo po biografii malarza i bardzo zależało mi na tym, żeby zobaczyć jego dzieła na żywo. Planowałam wyjazd do Sanoka, gdzie mają jego 600 prac na ekspozycji, ale wobec wczorajszej wystawy nie jest to takie palące, mogę pojechać przy okazji w wakacje.
Dzieciom bardzo się wystawa podobała, nawet Ignaś coś z niej zrozumiał. Mnie najbardziej spodobał się obraz, który tak do końca nie jest w stylu Beksińskiego – była to taka jakby kamienna maska, bez oczu, całość w szarościach. Chciałabym mieć to na ścianie. Zdjęcia obrazu nie mam, bo zakazane fotografowanie. Przypadkowo udało mi się zrobić jakieś 3 fotki zanim mnie upomniano.
Po drodze byliśmy w maku – po raz drugi w tym roku. Ale to w celach naukowych – żeby poczuć bardziej atmosferę Beksińskiego, którego ukochanym żarciem był właśnie McDonald (!).
Wracając zjedliśmy lody na Placu Wolnica i tak nam minęła piękna, majowa niedziela.