Wspólnota

Dawniej siadały kobiety razem: przy stole, przy ognisku, na ziemi, gdziekolwiek. Stare, dojrzałe, młode, nastoletnie, jakiekolwiek. I coś wspólnie, lub tylko obok siebie, robiły: gotowały, szyły, nawlekały koraliki, garnki lepiły, cokolwiek. Wokół kręciły się dzieci. Albo na rękach, przy piersi przysypiały. A one śmiały się, rozmawiały, pewnie śpiewały czasami. Dobrze się poczuć częścią takiej grupy, małym, ale mającym swe znaczenie trybikiem całości, częścią czegoś większego, co otacza opieką i wsparciem. Gdzie jest miejsce właśnie tylko dla Ciebie, gdzie są bardziej doświadczeni od Ciebie i zupełne żółtodzioby tuż obok. Gdzie od starszych płynie mądrość, doświadczenie i życzliwość, gdzie od młodszych płynie podziw i zachwyt. Nie ma już takich miejsc. Nic ich nie zastąpiło. Została dziura, pustka. Myślę o przyczynach takiego obrotu spraw i częściowo wiem, skąd się to wzięło. Ale tylko częściowo wiem.
Namiastkę takiej grupy, ale jedynie namiastkę, bo były w niej tylko moje rówieśnice, stworzyliśmy w Sheffield. Krąg kobiet, z malutkimi dziećmi, w podobnej sytuacji życiowej, w podobnym momencie życiowym – to wystarczyło, by można było odnaleźć wspólny język, by stworzyć wspólnotę.
Kolejną namiastką takiej grupy są zajęcia z lepienia gliną, na jakie regularnie uczęszczam: jest grupa kobiet, przy wspólnym stole, jest rozmowa, śmiech, w tle muzyka, życzliwość, żadnej rywalizacji i wyścigu szczurów w rozmowach i… żadnych młodych kobiet. Są tylko emerytki, babcie i ja. Co się takiego stało w Polsce, że moje rówieśnice nie mają czasu na życie, na hobby, na rozmowę nieśpieszną, na dzieci? Nie, nie osądzam po tym jednym przykładzie, o którym wspomniałam wyżej. To moja obserwacja kilkuletnia, poczyniona po powrocie do Polski z emigracji. Kilka lat temu chodziłam w Krakowie na zajęcia z jogi. Też tylko z samymi emerytkami… Byłam jedyną kobietą w tzw. wieku reprodukcyjnym. Szukałam też w okolicy spotkań dla mam z dziećmi. Bezskutecznie. Szukałam grup w Krakowie – znalazłam jedynie grupy dla mam ze świata anglojęzycznego. Chciałam kiedyś zabrać małego Ignasia na „piłki” przed południem – zamknięte. Pytam dlaczego. Bo nie było chętnych – dzieci są w żłobkach, przedszkolach, z babciami i nianiami w domach. Chodziłam z Igim na basen, myślałam, że tam może spotkam młode mamy. Były tylko zajęcia dla szkół. No i ja z Ignaśkiem.
Teraz to wszystko już się nie bardzo liczy, teraz mam to już w nosie, bo on i tak jest już w wieku przedszkolnym. Każde z moich dzieci zaczynało po kilka godzin dziennie w placówkach między 3 a 4 rokiem życia. Ale wcześniej był to problem, było zdziwienie i smutek, że jednak dzieci aż tak bardzo się nie liczą, że jednak inne rzeczy są ważniejsze w życiu, w świecie. Oczywiście zaraz pojawiają się pytania retoryczne: kto się ma poświęcać? W mię czego ma się poświęcać? I w zamian jakiej gratyfikacji ma to robić? Jaki frajer będzie za darmochę dobrowolnie pchał się na stanowisko najpodlejsze w całym systemie społecznym, gdzie na szacunek nie zapracujesz nigdy, a doczekasz się jedynie społecznego ostracyzmu i co najwyżej łatki niedokształconego idioty… Trochę jest jeszcze takich frajerów tu i ówdzie. W Polsce garstka.
Ostatnie dni są piękne, jest moje ukochane słońce. Trochę prac domowych robimy: Grześ odnowił stół, pomalował drzwi wewnętrzne na grafitowo, stolarskie robótki pokończył. Chłopcy od razu złapali za młotki i też coś swojego stworzyli. Ja maluję serię obrazów zainspirowaną afrykańskimi chustami, mam dopiero dwie prace, więc właściwie cała robota jeszcze przede mną. Alergia złapała już Grzesia i Ninkę na całego. Dziewczynki przygotowują się do egzaminów do szkoły muzycznej w Świątnikach. I całkiem dużo myślą o zielonej szkole – pojadą nad Bałtyk w tym roku. W ogóle będą miały wspaniałe wakacje – najpierw Bałtyk, potem Śródziemne, a jeśli wszystko pójdzie zgodnie z nadambitnym planem, to być może i Morze Czarne!