Rowerami do Tyńca

Gdyby żyć idealnie i idealnie planować, a potem to wszystko idealnie realizować, to byłoby o wiele łatwiej. Myślę, że około czterdziestki człowiek wie już jak być powinno i nawet drogę do tego stanu idealnego zna, ale nadal życie jest tylko życiem, a nie ideałem życia. Piszę tak, bo wiem, że gdyby co weekend organizować wycieczki sportowe, najlepiej na łono natury z dziećmi, to wszystko później w ciągu tygodnia byłoby łatwiejsze. Wyjazdy takie, gdy można się poruszać, poznać coś nowego, odświeżyć głowę pięknymi widokami, powdychać powietrza innego niż swojskie są najlepszą receptą na nudę, zmęczenie szkołą i obowiązkami rodzicielskimi, na wypalenie zawodowe i zanik kreatywności. Gdyby tak jak wczoraj było co weekend, to dzieci byłyby spokojniejsze, bardziej zrelaksowane w tygodniu.
Z Krakowa dojechaliśmy do Tyńca, a po lodach i latte znów na wały w przeciwnym kierunku niż prąd Wisły. Błocko, „cross” – jak to chłopaki mówią, jakaś sarenka po drodze i wierzby przepiękne.
I od razu człowiek planuje na przód, że kolejne wycieczki do Kryspinowa na rowerach, a potem jeszcze z noclegiem pod namiotami, gdzieś na dziko we wschodniej Polsce.