Weekendy bez Grześka

Weekendy bez Grześka są trudne z założenia. Bo od razu wiadomo, że od świtu do zmierzchu będę sam na sam z potrzebami, zachciankami, humorami, sprzeczkami, wrzaskami czwórki dzieci. Że będzie wokół mnie narastał coraz większy chaos, bałagan się mnożył i nawarstwiał, że będzie nie do ogarnięcia i nie do powstrzymania jak fala tsunami. I ta pewność, że weekend będzie właśnie taki często owocuje chęcią ucieczki. Nie, nie samej oczywiście. Ucieczki razem z dzieciakami. Gdziekolwiek. Byle dalej od domu, gdzie to się zazwyczaj weekend rozgrywa. Byle dalej w brak ludzi dookoła, bo w lesie ciężko przecież zrobić bałagan, bo las wszystko wytrzyma, i krzyki, i wrzaski, i spazmy, i zły humor, i dojrzewanie nawet. Bo w lesie nie ma oczu karcących za inność, za brudne spodnie, tanie buty, nieuczesanie i niefirmowość ciuchów. Bo w lesie można po prostu być, łazić sobie bez celu, zawracać w dowolnym miejscu, gdy się uzna, że to właśnie był cel wycieczki. Często tak kiedyś robiłam. Brałam dzieciaki w dala od domu. Ale coraz częściej nie mam siły już na to. Kiedyś też było ciężko, ale umiałam sobie trudne zadania jako wyzwania przedstawić i szło to jakoś do przodu. Teraz na mnie taka motywacja przestaje działać. Wyzwaniom nie chce mi się sprostać. Nie podejmuję ich i nawet coraz rzadziej mam z tego powodu poczucie winy, czy klęski. Traktuję to trochę jak zdroworozsądkowe rozporządzanie własnymi siłami – nigdy nie wiadomo czym skończy się dzień, w jakim stanie będę o 16, 17tej. Więc po prostu nie forsuję się, a nawet celowo oszczędzam baterię, by wieczorami dociągnąć do końca, by nie paść, albo nie wybuchnąć, by mieć siłę zrobić kolację, przeczytać książeczki Ignasiowi i jeszcze wieczorem ze starszakami coś pożytecznego zrobić.