Pożegnanie

Nowy Rok, spacer po naszych ulubionych terenach wędrówkowych, w okolicach Trzebuni:

Nowy Rok nadszedł wraz ze śniegiem. Jest biało. Czekałam i na śnieg i na 2017. Święta i końcówka grudnia zaskoczyły nas niemiłym wydarzeniem. Zmarł wuj Staszek. Osoba, co do której cały niemalże świat miał pretensje, człowiek, który – moim zdaniem – zupełnie niecelowo skrzywdził wiele osób. Jestem jedną z tych, którzy nie czuli do niego żadnych złych uczuć. Którzy nie mieli wobec niego żadnych oczekiwań, a więc i zawiedzionych nadziei. Co więcej, lubiłam go z całego serca za to kim i jaki był, ale chyba najbardziej za to jakim człowiekiem był dla mnie. Wobec niego mogłam mówić szczerze i prosto z serca o uczuciach i przemyśleniach. I chyba jako jedna z niewielu osób w rodzinie po prostu dał mi akceptację. I tym samym mu się odwdzięczałam i odwdzięczam ja – akceptacją. Dla niego… i jego alkoholizmu. Nigdy, przenigdy w życiu nie widziałam go pijanego, więc to całe zamiłowanie do wódki jest dla mnie nierzeczywiste. Choć wiem, że to prawda.
Teraz już się chłopina na świecie nie męczy. Cieszy mnie, że zdążyłam się z nim jeszcze spotkać rok temu. Przywitał mnie uściskiem i słowami: „córeczko moja”. Tak bardzo podobały mu się moje dzieci. Wiele mówił o kotach, którym urządził w domu schronisko. Mówił też, że on następny pójdzie „do piachu” – nie pamiętam, co wtedy mu odpowiedziałam. Czy go pocieszyłam? Czy zaprzeczyłam?
Teraz, gdy wrzawa rodzinna już przycichła, gdy jestem sama mogę go pożegnać. Przywołać wszystko, co dobre. I zapamiętać go tak:

Teraz już się nie męczy.