Przedświąteczna gonitwa nie dla mnie

Przed świętami staram się wypocząć. W przedwigilijnym tygodniu umówiłam się do fryzjera i do dentysty. Pewnie kupię sobie jakiś ciuch na wyjście do rodziny, częściej nałożę maseczkę na twarz i paznokcie pomaluję. Nie haruję. Mam w nosie. Teraz właśnie więcej czasu spędzam z dziećmi na zabawach. Pieczemy pierniczki i babeczki, dekorujemy je i zaraz zjadamy.
Dziś byliśmy na kolejnych warsztatach dla dzieci, organizowanych tym razem przez Muzeum Narodowe. Był „mini- wykład” o świętach wysłuchany w towarzystwie piętnastowiecznych ikon, były zajęcia plastyczne w piwnicach pałacu biskupa Ciołka.
Potem przeszliśmy się po Rynku, wstąpiliśmy na pizzę. A w domu oglądnęliśmy „Opowieść wigilijną”.
Od wielu lat obserwuję pęd świąteczny. Nic w tym odkrywczego i niezwykłego. Inni pewnie też obserwują. Ale ja stanowczo odmawiam brania udziału w tej błazenadzie. Pełne sklepy ludzi, zdenerwowanie, kolejki, przepychanki, klaksony, no słowem wszystko czego nie cierpię i unikam w życiu.
Robię teraz na odwrót: zwalniam, lenie się, kontempluję, staję i myślę, wspominam, planuję, marzę. Robię to wszystko, żeby nie zwariować, żeby nie poddawać się, żeby ktoś (chyba społeczeństwo mam na myśli) nie dyktował mi co mam teraz robić. Wycofuję się z tego pędu szczurzego. Nie zawsze tak było oczywiście, dojrzałam do tego, odwagi z biegiem lat nabrałam, poczułam, że świętowanie polegające na harowaniu i konsumpcyjnym szale nie podoba mi się. Bez 100 potraw na wigilijnym stole da się żyć, karp nikomu nie smakuje, brudnych okien nie widać po ciemku, prezenty nie służą zaspokajaniu ukrytych, wielkich marzeń. Najważniejsza jest atmosfera, która tworzy wypoczęta i zrelaksowana rodzina. I o to teraz dbam najbardziej.