Początek grudnia

Dostałam od organizatorów wystawy maila następującej treści:

„Dzień dobry,

wystawa wisi od poniedziałku i wzbudza duże zainteresowanie. Już w trakcie wieszania podchodziły do mnie osoby zainteresowane kto jest autorem prezentowanych dzieł. 
Proszę powiedzieć – czy Pani sprzedaje swoje prace? Jeżeli tak, to w jakich są cenach? 

Pozdrawiam”


Grzesiek zabrał moje 4 morza, oleje małe do Sheffield. Twierdzi, że rozeszły się jak świeże bułeczki. Właścicielka galerii powiesi je w witrynie by przyciągały klientów do środka. Ponoć była zachwycona pracami.
Te dwie informacje, które dotarły do mnie w ciągu kilku ostatnich dni dodają mi skrzydeł. No i jeszcze kilka lajków z fejsa też mnie cieszy, będę szczera. Jestem przyzwyczajona do pracy bez gratyfikacji, mam bardzo wysoki poziom samomotywacji i siłę odnajduję po prostu w chęci zrobienia czegoś. Tego typu dodatkowe zachęty by coś kontynuować są dla mnie nowością i przyjmuję je ze zdziwieniem. I tu nawet nie chodzi o niską samoocenę. Bo to, co maluję umiem docenić, wiem kiedy coś jest niezłe, a kiedy gorsze, nie potrzebuję, żeby ktoś z zewnątrz mówił mi JAKI JEGO ZDANIEM jest mój obraz, bo ja sama najlepiej to wiem. I jeśli będę potrzebować cudzej opinii to o nią poproszę. Tak więc nieprzyzwyczajona jestem do takich sytuacji jak te, które przytaczam powyżej i ze zdziwieniem zauważam, że pochwały cieszą. Tak, to bardzo miłe, gdy poza autorem ktoś z zewnątrz też docenia pracę.
Morza morzami, ale teraz pracuję nad dwoma, nie, właściwie to nad trzema zagadnieniami naraz. Po pierwsze, kończę serie obrazów współczesnych, namalowanych trochę bardziej po mojemu. Jest ich obecnie 11, a ma być 20.
Po drugie, przygotowuję wystawę fotografii.
Po trzecie, tworzę własną stronę internetową.
Przy tych trzech zagadnieniach pracy jest tyle, że właściwie doba powinna trwać 48 godzin. No i w wersji idealnej przedszkole i szkoła powinny również trwać 2x dłużej.
Dziś byliśmy na zajęciach plastycznych dla rodzin, w muzeum etnograficznym. Robiliśmy ozdoby świąteczne w tradycyjnym stylu: były papierowe i bibułowe zabawki choinkowe, były łańcuchy z różnego rodzaju fasoli, bibuły i słomy oraz tzw. światy zrobione z opłatków. Najbardziej przypadły do gustu dzieciom zabawki choinkowe robione właśnie z opłatków, bo resztki powstałe przy pracy można było po prostu zjeść. Poniższe zdjęcie ilustruje taki recycling:

Ignaś prezentuje własny łańcuch.

 Dziewczyny:

Była z nami babcia Danusia:

A tu zdjęcie z sobotniej zabawy. Wieczorem zrobiliśmy mnóstwo kartek świątecznych. Są takie trochę „nietypowe”…

 Moja sobotnia zdobycz. Botki na obcasie. Boskie! Dziś testowałam wygodę i jak na buty na obcasie, w skali 10 punktowej piękna dziesiątka! A jak noga w nich wygląda! Ukochane od dziś do odwołania.

A tu już printy, które poleciały na Wyspy Brytyjskie:

Po drodze w grudniowym oczekiwaniu na święta był też u nas Mikołaj. Emi dostała wymarzone to:

 Nina natomiast czaszkę:

Oj, będzie się działo teraz w horrorach nagrywanych przez dziewczyny. Już się boję kolejnej serii.