Muzealne spostrzeżenia

Ubiegłam go, przechytrzyłam! Zamiast męczyć się z utrzymaniem plusowej temperatury w domu, po prostu z niego wyszłam. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i ruszyłam z całą gromadą na podbój muzelanych sal. Ha, ha, żartuję przecież – nie marne 15 kresek powyżej zera było jedynym powodem, dla którego poszliśmy dziś oglądać malarstwo polskie XX wieku, a chęć jeszcze z grudnia zeszłego roku. Dziś nadarzyła się okazja, a i pogoda sprzyjała. I był Witkacy oraz Malczewski, Tetmajer i Boznańska. I wielu innych też. Głównym uczuciem po dzisiejszej wyprawie jest zaskoczenie, że to malarstwo jest na tak niskim poziomie. Spodziewałam się oczarowania, piękna, inspiracji. A płótna wydały mi się matowe, niekolorowe, niedokończone, jak podmalówki, jak szkice olejem. Nie wiem skąd się to wzięło, ale jedynym słowem, które najtrafniej mogłoby scharakteryzować to, co dziś zobaczyłam jest przeciętność. Współczesne obrazy są o stokroć bardziej domalowane, dopieszczone, wystudiowane, dopracowane. Troska o szczegół i o wykonanie jest dziś o wiele większa – wydaje mi się, że głównym powodem tego jest powszechna dostępność internetu i fotografii. Ta możliwość obserwacji innych i porównywanie prac ludzi z całego świata sprawia, że fuszera nie przechodzi! Emilka trafnie skwitowała te wszystkie „dzieła”: mamo, czy oni się wszyscy na tych obrazach dopiero uczyli JAK malować?”

Dziś znowu nic nie namaluję i nie siądę do maszyny również, choć godzina jeszcze wczesna. Mam książek stos, więc może to jest sposób na przemęczony wieczór. Chciałam jeszcze napisać trochę o swych matczynych troskach dotyczących Ignasia. Już niedługo idzie w świat, pod opiekę obcych. A widzę, że niełatwo może mu być z tymi obcymi. Głównie z powodu niezrozumienia. Bo on jest zupełnie inny od wszystkich dzieci, cały jest jakby bardziej. Mocniej przeżywa uczucia, więcej rzeczy go frustruje, nie łatwo go zrozumieć (jeśli się go nie zna). Swym zachowaniem nie budzi sympatii. Stare babsztyle nazywają takie dzieci „niegrzecznymi”, podejrzewają o złośliwość, o czynienie innym na złość, na przekór. Tylko ktoś, kto liznął choćby podstawy pedagogiki oraz psycholigii rozwojowej wie, co się kryje pod Ignasiowym płaczem i krzykiem. Często jest to nadmiar bodźców, niezaspokojone potrzeby (zmęczenie, głód, zbyt duży hałas, za dużo ludzi itp). Ignaś jest typowym wrażliwcem, któremu przeszkadza niewygodne ubranie, metka na koszulce i tysiąc innych banałów, pierdół, bzdetów. Ja to wiem, bo go znam. Mam nadzieję, że przez niezrozumienie nie doczepią do niego tej wrednej łatki pod tytułem „niegrzeczne dziecko”. Taka etykietka utrudnia życie, psuje to, co przez lata budowałam – jego wiarę w siebie. Mam nadzieję, że jego charakter i sposób wyrażania siebie nie będzie odbierany negatywnie, bo wiem, że on jest dobrym, kochanym, a przede wszystkim wrażliwym dzieckiem. A to, że częściej płacze niż inne dzieci nie bierze się z tego, że chce komuś utrudnić życie, a jedynie z tego, że mu w tym życiu, z jakiś powodów bywa źle.