Krzątaczki

Najtrudniejszym momentem w ciągu doby bywa często wieczór i pora położenia wszystkich dzieci do spania. Trzeba je wyciszyć – nakarmić, wykąpać, wysuszyć, przebrać w pidżamy, przeczytać książeczki, wyperswadować kolejne i kolejne książeczki, położyć się z nimi do łóżka, przytulić i poczekać aż zasną. Rzecz się tyczy chłopaków obecnie, bo dziewczynom nie czytamy już i same się szykują do spania. Ale i tak się ociągają, zagadują, wracają na dół z byle powodu, po sto razy chcą się napić wody, jeszcze coś przekąsić, a gdy mają gorszy dzień, to się po prostu kłócą w łóżkach, skarżą na siebie nawzajem. Rodzice w tym czasie są już na skraju sił i wytrzymałości psychicznej – po całym dniu skakania przy nich, zaspokajania potrzeb, pracy w domu, jeżdżeniu po kursach i zajęciach dodatkowych. Mnie też towarzyszy często zniecierpliwienie – cały dzień obiecywałam sobie, że wieczorem zrobię „coś” –  czyli namaluję obraz, uszyję cokolwiek albo po prostu napiszę wreszcie wpis na blogu. Cały dzień czekam na wieczór, by móc coś wreszcie zrobić „dla siebie”. I gdy już wreszcie jest w domu cisza, gdy już śpią spokojnie okazuje się, że nie mam na nic siły. Tak jest teraz. Patrzę bezradnie na blejtram. I mimo, że przez cały dzień oszczędzałam siły, to moja bateria wewnętrzna wskazuje zero. W tej chwili zszedł na dół zapłakany Romek – ścierpła mu ręka w czasie snu. Musiałam go, po raz nie wiem który zaprowadzić na górę, do łóżka. Z przedsionka dochodzi odgłos pralki (dzisiaj to już czwarta!) i suszarki (trzecia!), a w kuchni „leci” druga tego dnia tura zmywarki. Zaraz idę spać, a od jutra to samo. Od samego rana pranie, suszenie, układanie w szafach i pokojach, zmywanie, gotowanie, odkurzanie. Krzątnie. Tak to się niewinnie nazywa. A kobiety, które przez setki lat wykonywały te małe, drobne, codzienne czynności zapewniające funkcjonowanie i przetrwanie potomstwa gatunku ludzkiego nazywają się krzątaczki. Krzątaczki są ciche, jak robotnice mrówki wykonują od świtu do nocy te same żmudne, nudne, czynności – czynności, po których często do wieczora nie ma śladu. Ciuchy się pobrudzą, pogniotą, gary znów urosną w zlewie pod sufit, dom zakurzy, jedzenie się strawi i wysra. A z pracy wykonywanej latami nie ma żadnej, poza symboliczną, gratyfikacji. Za zapłatę ma wystarczyć wdzięczność. I sukcesem życiowym można określić sytuację, gdy rzeczywiście ktoś tą pracę doceni. I myślę, że homo sapiens źle to wszystko zorganizował. Jesteśmy najagresywniejszym ze stworzeń stąpających po tej planecie – nie dość, że wszystkie inne stworzenia zdominowaliśmy i stworzyliśmy sobie podległymi, nie dość, że w ramach własnego gatunku stworzyliśmy „podgatunki”, czyli wszystkich ludzi innej rasy niż biała, to na dodatek 50% ludzkości haruje za darmo, by wychować kolejne pokolenia. Niesprawiedliwością jest nieodpłatna praca w domu. Kobiety wychowują dzieci, które są tylko w 50% przekaźnikiem ich genów. Kolejne 50% genów należy do samców. U podstaw niesprawiedliwości leży sposób rozmnażania się ludzi – kobieta oddaje swoje ciało, by wychodować dziecko, potem swym ciałem karmi to dziecko, a następnie powinna wychowywać to dziecko. Współczesna nauka mówi, że przynajmniej do 3 roku życia dziecko powinno STALE przebywać z matką. Tak więc kobieta jest przez 3 lata i 9 mcy de facto wyłączona z walki o przetrwanie. Ma ręce pełne roboty. Co więc zrobili z tym czasem panowie? Z tym czasem, gdy kobiety (z przyczyn biologicznych, naturalnych) nie mogą z nimi konkurować? Jak się zaopiekowali słabszymi w tym czasie kobietami? Wcale się nie zaopiekowali. Sprowadzili w wymiarze instytucjonajnym pracę kobiet do zera. Zapłata za wychowywanie dzieci? Ha, ha, ha. Przecież to się samo robi. Przecież to nie praca. A już napewno nie praca za płacę. Co więc robią współczesne kobiety – wbrew sobie, wbrew instynktowi, z katastrofalnymi skutkami dla dzieci, oddają swe potomstwo na wychowanie obcym – babciom, niańkom, żłobkom. Nie znam kobiety, która nie cierpiałaby i nie miała poczucia winy, że oddaje swoje maleństwo na wychowanie innym. Każda w głębi duszy wyje. I każde dziecko na tym traci. Jestem współczesną kobietą, ale postąpiłam zupełnie niewspółcześnie w swym życiu. Posłuchałam instynktu. Tego głosu, który zakodowany milionami lat życia istot człekopodobnych mówił, że opieka nad własnym potomstwem to absolutny priorytet. Absolutny. Miałam to szczęście, że dzięki mężowi, w sensie finansowym, nigdy nie musiałam martwić się o przetrwanie. W tym względzie można powiedzieć, że jesteśmy jak jedna istota, wyznajemy te same wartości. Postawa mojego męża podtrzymuje moją wiarę w człowieka. Ale cała reszta ją kruszy. Żeby cały system opieki nad potomstwem był tak zorganizowany, że kobiety na tym tracą? A gdybym tak chciała teraz powrócić do swojej ścieżki zawodowej, to przepraszam gdzie bym była? Tam, gdzie 12 lat temu? A co sie działo przez tych 12 lat? Nie żyłam? Byłam w śpiączce? Nie pracowałam? To kto to wszystko robił??? Za te same lata przeharowane na zatrudnieniu byłyby pieniądze. Byłaby zapłata. A za moje 12 lat nic. I naprawdę, tylko dzięki mądrości i przyzwoitości mojego męża, tam na górze śpi teraz syta czwórka małych ludzi. Kolejne pokolenie ludzi. Mam nadzieję, że to pokolenie zajmie się naprawianiem świata i likwidowaniem niesprawiedliwości. Nasze tego nie zrobiło.