zdjęciowo

Zdjęć  się nazbierało znów mnóstwo. Po co nam te zdjęcia? Setki fotek, filmików, dokumentacji. Kto to będzie po nas oglądał – tak czasem się zastanawiam. Taka ilość, że wysprzątać w pamięci komputera i na dyskach trudno, ogarnąć, przeselekcjonować, odgadnąć co ważne, a co mniej.
Święta i ferie minęły szybko. Mnie zawsze ogarnia w grudniu zdenerwowanie. Nie lubię tego. I chyba wcale za grudniem, właśnie z tego powodu, nie przepadam. Nie jestem mamą, która sprząta i gotuje przedświątecznie, ale mimo wszystko gorączka bożonarodzeniowa mnie dołapuje. Nie lubię jej. Tak więc cieszę się w duszy, że to już za mną. A stresuję się świętami też z tego powodu, że czekają nas zawsze wizyty rodzinne. I w związku z nimi te wszystkie sprawy, które są niezałatwione. I które nigdy nie będą. Trudne uczucia. Wspomnienia. Żale.
U mamy Wigilia była bardzo miła. Babcia Danusia stara się zawsze, by było przyjemnie, smacznie, domowo, odświętnie i by dzieci miały góry prezentów. I to jest takie miłe. Ale też ciężkie, bo na codzień z mama jest tak strasznie trudno. I tak mi żal nie jest z nią tak miło zawsze…
Odwiedziliśmy też dziadków Czeluśniaków. Beatka i Artur kupili dzieciom żywego króliczka. Oddaliśmy go im. U nas stałby się karmą dla naszych 5 kotów. Zginąłby śmiercią tragiczną pewnie jeszcze przed końcem świąt.
U taty było niemiło. Chociaż tata fajny… Dzieci lubią dziadka Tadka. Cieszę się. I nie chcę, by zagłębiały się w przeszłość, w to wszystko, co jednak rzuca się cieniem na relacje z nim.
Potem musieliśmy odpocząć. Emilki urodziny spędziliśmy w Białce, na nartach. Dzieci fantastycznie dają sobie radę na stoku. Nawet Ignaś miał na sobie pierwszy raz narty. I przy pomocy Grzesia wjechał wyciągiem i zjechał z górki.
Sylwester spędziliśmy w domu, zorganizowaliśmy imprezę z naszymi jedynymi znajomymi w Polsce. Były rozmowy, próby tańca (niestety znajomi się nie postarali i po kilku kawałkach poddali – wróciliśmy do imprezy siedzącej). Piekliśmy pierniczki. Dekorowaliśmy je lukrem. Gadaliśmy.
No i leci styczeń. Jest śnieżnie. Mroźno.
Za chwilę wyjazd w Alpy na narty. Nasz pierwszy, rodzinny wyjazd narciarski. Mam stresa. Czy damy radę??? Damy. Jak zawsze damy. Ale się troche boję o sprawy organizacyjne.
Zaraz w lutym Ignaś zaczyna przedszkole. I jest to największa zmiana w naszym, w jego i w moim życiu. W jego, bo wiadomo co. W moim, bo po raz pierwszy odkąd zostałam mama będę mieć 5 godzin wolnego. Codziennie. Nie umiem sobie tego wyobrazić. Jak to jest mieć tyle czasu dla siebie? Codziennie. Nieodwołalnie. I ile rzeczy można w tym czasie zrobić. Od tylu lat żyję wbrew prawom fizyki – czas rozciągam i dopakowuję setką czynności wykonywanych ekspresowo, w mgnieniu oka, w ćwierć sekundy, zawsze po kilka naraz. A teraz będę mogła robić JEDNĄ rzecz naraz. Szybko się człowiek przyzwyczaja do dobrego – a dla mnie ważne jest bym nigdy nie zapomniała, jak strasznie było ciężko z małymi dziećmi. Bo to, że dałam radę daje mi siłę na całe życie, udawadnia, że skoro potrafiłam, to już nic w życiu nie zdoła mnie złamać. Już nic nie będzie tak trudne, jak wychowywanie czwórki małych dzieci. Ach, zresztą, i tak jest już od roku tak prosto, lekko, łatwo – przecież śpię po nocach. Z nadmiaru sił nauczyłam się malować i przez rok stworzyłam 45 obrazów. Teraz będę malować od rana. Przy świetle dziennym. Pełna sił. Energii. Cieszę się bardzo. Ruszy też blog. Bo wieczorami już sił na niego nie starcza. Ale od lutego: nowe życie. I nowe posty! Więcej. Treściwiej. I pełnymi zdaniami!