jesień nadeszła w 11 dni

11 dni dzieli te zdjęcia.

Najważniejsza wiadomość zeszłego tygodnia jest
taka: Ignaś skończył z pieluchami!!!
Po 11 latach roboty w gównie definitywnie skończyliśmy ten etap życia rodzinnego. Ciężko w to uwierzyć. Mogę szerokim łukiem omijać sklepowe stoiska z kaszkami, mleczkami, pieluchami, chusteczkami, zasypkami, kremikami, smoczkami, butelkami. Ostatnie atrybuty niemowlęctwa – wózek i nocnik – są nadal z nami, chociaż pewnie już niedługo, pewnie mniej niż rok. Za 3 miesiące Ignaś ma zacząć przedszkole. Myślę, że odbije się to na moim zdrowiu psychicznym – z nadmiaru czasu oszaleję. Co ja zrobię z 5 godzinami CODZIENNIE wolnymi od dzieci??? No co? Przecież od 11 lat nie miałam takiej ilości czasu dla siebie. Muszę wygooglować co ludzie robią w takiej sytuacji.
Ostatnio miałam tyle czasu dla siebie w sobotę. Plany były wielkie. Skończyło się na tym, że przez pół dnia gapiłam się tępo w białą ścianę. Bez ruchu. Jak manekin. Potem spałam. Czasem się martwię, że gdy już Ignaś pójdzie do przedszkola, to moje ciało zechce odpocząć i będę te wszystkie lata odsypiać. Gdy już ich wyszykuję do placówek, to będę wracać do łóżka, do ciepłej pościeli by spać, ziewać, przeciągać się, przewracać z boku na bok i wykorzystywać zaległy urlop. Ile tego się nazbierało? Czy pracujące weekend też doliczyć? A wieczory, nadgodziny? Noce nieprzespane, zarwane też, tak?
Długi sen mnie czeka.

Rudek, Rudolf, Rudzik oto on:

Maszyna mi się zepsuła. Zanim się to stało taki jesienny polarek uszyłam Nince. Wszyscy jej go zazdroszczą:

 
 
Emi ostatni tydzień przechorowała w domu.
Zdjęcia z wyjazdu na Folusz.
 


Nina wzięła na siebie ciężar bycia prymusem. Same szóstki ostatnio przynosi. Mam nadzieję, że jej to przejdzie wkrótce.

 Z niedzielnego spaceru zdjęcie. Co weekend robimy wycieczkę do muzeum, a potem obiad na mieście.

W archeologicznym największą uwagą cieszyły się mumie egipskie. No i te kule na zewnątrz:

 Domówka: