Ufff

Po tych kilku dniach upałów stwierdzam, że zdecydowanie nie lubię ich. Od zawsze miałam wmówione, że lato, że ciepło, a im cieplej, tym lepiej, że skwar, że powyżej trzydziestustopniwcieniu to najlepsze, co może mnie spotkać w lecie. Że jakiekolwiek ustępstwa w kwestii temperatury są niedopuszczalne.
A właśnie, że nie!
Przyszło dwadzieścia kilka, słońce zza chmur, wiaterek i odżyłam.
Wolę tak. Nie męczę się wtedy życiem, lepsze są dni, noce przespane.
Wybraliśmy się dziś na wycieczkę rowerową do lasu. Stąd kilka fotek.

 
 

 

A tu kilka zdjęć z dnia powszedniego. Burdel, który wyrabiają dzieci jest niedoopisania, ale już do pokazania owszem. Więc pokazuję życie me powszednie.
Stół przed posiłkiem wygląda tak:

Ignacy rozsypał zabawki w jadalni (sztuk może kilkaset), bo szukał jednej rzeczy. Resztę sprzątaj ty, mama…

A może tysiąc (dwa tysiące) klocków lego na dodatek?

Parapet? Tak, każda powierzchnia pozioma służy za odstwialnię zabawek, książek, pierdół.

 

 A to mój ukochany kotek z całej czwórki. Rudek. Najbardziej puchaty, najbardziej kanapowy, IDEALNY! Ten zostaje z nami.

Takie rzeczy w rodzinie wielodzietnej, to codzienność:

Żeby nie zidiocieć w te wakacje opętało mnie czytanie. Nakupiłam, jestem w trakcie czytania i planowania kolejnych zakupów w empiku.