Piec kaflowy

Ale zmiana! Jest ziiiimnooo. Co prawda slonce wspaniale, niebo bezchmurne, ale temperatura w nocy w okolicach 5 stopni! Jak dla nas, o tej porze roku, to jednak nowosc. Spimy w polarach, poranki takie chlodne i ciezko wyjsc spod koldry. Nie grzejemy narazie, bo kominy mamy w rozsypce. W poniedzialek wchodzi ekipa dekarska i maja nam rowniez wymurowac kominy, wiec za dwa, trzy tygodnie uruchomimy piec (weglowy! to tez bedzie nowosc i frajda). Jak do tej pory rozpalilismy raz pod piecem w kuchni, tym ktory rowniez, a wlasciwie przede wszystkim, sluzy do gotowania. Troche sie ogrzala kuchnia i jadalnia. Milo sie zrobilo.

cd zmeczenia

Po pulpicie mi sie to zdjecie walesa i az samo prosi o wstawienie na bloga. Ignaska wszedzie pelno. Lazi po calym domu, prawie raczkujac, wspina sie do wstawania, drze, ze zeby mu rosna i juz prawie potrafi sam siadac i siedziec.
Reszta (w porownaniu do niego) wypada blado, cicho.
Grzesiek ryje ogrod.
Dach nam beda zmieniac. Juz zeby to bylo z glowy, bo to taka droga sprawa i meczy.
Pogoda ladna, ciepelko, slonca troche.
My niewyspani, wymeczeni i czekajacy lepszych czasow. Nadejda. Tylko poczekac kilka miesiecy trzeba. Bedzielatwiej, bedzielatwiej, bedzielatwiej… A tak okolo roku (w okolicach lutego w naszym wypadku), to juz zupelnie latwo sie zyje.

Orka

 
Orka sie konczy o dzwudziestej. Zaczyna o 6:30. Jest co robic. Wlasciwie non stop sie robi. Moze to smieszne, moze tragiczne, ale lubie sobie wyobrazac, co bede robic na emeryturze. I ile to ja rzeczy wtedy bede mogla! Od najprostszych, takich jak sen zaczynajac, a na luksusie ciszy konczac. I jakie to bedzie niesamowite, gdy sobie posprzatam w domu i nikt mi nie pobrudzi. Rutyna, monotonia, a przede wszystkim ciezka fizyczna praca od switu do nocy czasem mnie przerasta. Dzis wstalam i zobaczylam, ze musze zrobic to, co zawsze – cala liste domowych obowiazkow odwalic – i ucieklam z domu. Przed praniem, ukladaniem, sprzataniem, ladowaniem zmywarek, ukladaniem garow, gotowaniem, wycieraniem, odkurzaniem, noszeniem Ignasia, zabawianiem Romka i setka innych rzeczy, ktorych mi sie ani wymieniac, ani nawet w swiadomosci kodowac nie chce. Ucieklam na zakupy. Byle dalej z chalpy (czytaj: z roboty). Dom to dla mnie miejsce pracy i nawet teraz, gdy mam niby czas na odpoczynek, to patrze na sterte rozpierniczonych zabawek w livingu i wiem i czuje, ze powinnam schylic sie po raz setny i je poukladac. Poukladac, by jutro, o 6 rano zostaly w radosnym huuurrra rozwalone po wszystkich katach przez dzieciaki… Z dziecmi w domu to jest tak, ze wystarczy pol dnia nieuwagi, wystarczy przez pol dnia nie sprzatac, nie ogarniac i jest absolutnie wszystko do gory nogami. Nie wiem, a moze to nie ma sensu? To cale ogarnianie, porzadkowanie, szukanie ladu w chaosie? I co? Jutro tez mam isc na zakupy, zeby sobie odpoczac i nie patrzec na ta sterte obowiazkow i rzeczy niezrobionych?
 
Fotka ponizsza w temacie. Ignas miske do samego dna wyczyscil. 
 

Ignas sie rwie

Najmlodszy zwyczajnie przegina. Nie siedzi samodzielnie jeszcze. Nie siada samodzielnie. Pelza. Nie raczkuje (chociaz musze uczciwie przyznac, ze progi miedzy pokojami pokonuje brawurowo!), a rwie sie do stawania na dwie nogi. Wspina sie po czlowieku (ktory lezy obok niego na podlodze) i chce do gory!
Aaaa, i jeszcze cos. Krzyczy do mnie: mamamamama.
Jak chce, zebym go podniosla, przeniosla lub ponosila.

Dzis duzo mysle o Anglii. Po raz pierwszy od naszego przyjazdu tutaj leje non stop, tak jak w UK. Grzesiek dzis polecial do Sheffield. To wszystko nastraja mnie wspominkowo i – ciezko w to uwierzyc – ale tak, nostalgicznie. Przegladam stare fotki, bloga sprzed paru lat, gdy jeszcze mialam NADZIEJE na Anglie, na zycie tam, na ludzi.
Potem wszystko sie po kolei rozsypywalo i nadziei coraz mniej bylo, a ROZCZAROWANIE roslo wielkie. I chyba apogeum tego rozczarowania bylo ostatnie spotkanie ze znajomymi, ktorzy nie kryjac juz zawisci i zlosci starali sie zbrzydzic mi powrot do Polski. Zenujace zachowanie, zalosne wolanie „nie zostawiajcie nas tutaj”… rozpacz nad wlasnym losem wygnanca.

Gabrysia, sushi i dywany


 
 
Dziewczyny maja swietna kolezanke ze wsi, Gabrysie, wnuczke Jozka (tego co nam oral dzialke). Jest starsza i po prostu uwielbiana (z wzajemnoscia) przez nasze dzieci. Ja tez ja bardzo lubie – odwiedza nas i cala trojka dzieci „znika” razem z nia na gorze. I tylko slysze jak swietnie sie razem wszyscy bawia. I jeszcze pokoje na blysk posprzatane zostawiaja!!!


 

A tu juz sobotnie sushi, po raz pierwszy w Polsce przez Grzeska serwowane. Skladniki mozna dostac na Zakopianskiej, czyli blisko od nas.

No i na koniec ekspresowego posta: kupilismy najwazniejszy element domowy – dywany! Najwazniejszy, bo Ignas spedza na podlodze 97 procent czasu i wymaga miekkiej i cieplej podlogi.
A jak jej brakuje, to spedza 100 procent czasu na rekach – a to boli, oj jak bardzo boli.
Tak wiec dywany odciazyly nasze zbolale rodzicielstwem plecy.

I jeszcze 2 krotkie „z zycia dzieci wziete”:

Romek pyta sie mnie: to idziemy  kupic gruszki?
Ja: tak.
R: a jak nie bedzie gruszek, to kurwa mac?

Emi wlaczyla na youtubie bajke po polsku. Nagle biegnie zatroskana:
-Mamo, mamo, cos dziwnego jest z ta bajka! Dziewczynka mowi w swoim jezyku, ale zaraz gada glosniej jakis pan…
Wytlumaczylam wiec dziecku co to jest dubbing po polsku. Rozczarowalam ja tym.

Jesiennie?

W swetrach juz siedzimy.
Ciezkie zmeczenie po tym tygodniu, nogi puchna, kregoslup wyje na pomoc, rece do kolan.
Duzo sie zdarzylo remontowo w domu – mamy nowe okna (nie wszystkie, ale te, ktore planowalismy przed zima jeszcze wymienic), mamy plytki skonczone, mamy nowe kontakty i elektryke czesciowo zrobiona.
Jeszcze „tylko” dach, kostka przed domem i lazienki. Oraz trawnik. A takze ogrodzenie. No i garaz. No i juz koniec. Juz wystarczy tego pakowania kasy w sprawy materialne, w rzeczy. Duzo tego. Ciezko. Ale to koniecznosc. Dom jest w stanie koniecznosci remontowej, sypie sie i czekac nie mozna.
A jutro odpoczywamy od remontu. Czyli sprzatamy po remoncie 🙂 Zakurzone wszystko, nic juz nie ma swojego miejsca.
Ma lac. Jak fajnie! Bedzie wymowka by nigdzie nie musiec wychodzic, by sobie w domku siedziec i kulinarnie dogadzac (kupilismy skladniki na sushi, Grzes obiecal na jutro wielka tace!). By sie pobawic z dziecmi, porysowac razem. Ciesze sie.

Nadrabiam troche zaleglosci blogowo – fotkowych. Poniezej zdjecie z pierwszego dnia szkoly.
  

A tu jeden z pieknych zachodow slonca. Zachwycam sie takim niebem ciagle, bo przez tyle lat ogladalam jedynie czarne chmury na tle stalowych i sinych.

Maly Ignas, zwany przez dziewczyny Krol Igi siedzi juz w krzeselku i zaczyna powoli sam zajadac. Sprzatania jest po nim masa, czesto cala garderoba do prania, ale co tam, najwazniejsze, ze juz sam siedzi i stara sie jesc.

Wczoraj byl u nas Jozek i jego dwa konie. Zaoraly nam cala dzialke.

Jozek to nowy kolega Grzesia. Maz moj byl wczoraj u niego w domu i stodole, podziwial trzode, kury i dostal nawet kilka jajek. U tego samego Jozka dzieci kilka dni temu wykopywaly ziemniaki. Dostalismy potem worek darmowy, a Jozek stwierdzil: „nastrugosz dzieciom frytkow”.
Nastrugalam 🙂

Romek na koniu.

I Ninka. Siedzi na koniu dwuglowym:

Nasza dzialka zorana wyglada tak:

No i remontow ciag dalszy. Tutaj podloga (ta, ktora byla skuta), jeszcze bez fug.

I schodek przed domem tez wyflizowany.

 
Jutro zakladaja okna nowe. Boze, ale bedzie brudu. Powaznie rozwazam pomoc sprzataczki…

Koniec bloga

No dzisiejszy wieczor, to w sam raz na randke na Rynku… piekny mamy wrzesien, wakacje sie niby skonczyly, ale pogoda nadal wakacyjna, slonce, bezchmurne niebo, no marzenie po prostu! Od powrotu z UK mielismy 3 deszczowe dni. Reszta bez zarzutu.
Koncze pisanie bloga. To ostatni wpis. Farmula „zdjecia + lapidarny tekscik” sie wyczerpala, mam pomysl na cos innego, w innym miejscu w sieci. Za tydzien zamykam dostep, a blog na pamiatke dzieciom/wnukom zostawiam. Dziekuje wszystkim za podczytywanie, od czasu do czasu komentowanie.
U nas wszystko sie toczy przewidywalnym torem: Emi dostala szostke z czytania, Ignas przeszedl trzydniowke, Ninka sie dziwi, ze w szkole jej koledzy sa tacy duzi (7latki), a nie potrafia czytac, Romek wypstrykal mi dzis cala klisze, remont w przyszlym tygodniu ruszy pelniejsza para… ot, zwykle zycie zwyklych ludzi…

 

Wakacje na kliszy

 

Chyba nigdy w zyciu wakacje nie minely mi tak szybko.
Chociaz w sumie, to moje wakacje trwaja nadal. A moze ja wlasnie nigdy wakacji nie mam?
Przy okazji wazna wiadomosc dla Ignasia: chlopie, niedzielne pobudki o 5 nad ranem, to nie jest dobry pomysl! To jest wrecz bardzo zly pomysl.