One way ticket

Zaden bilet lotniczy nie budzil takich moich emocji jak ten, ktory kupilismy wczoraj. One way ticket! Skoro znana jest data powrotu, to mozna juz odliczac dni. Niewiele ich! Za moich czasow rok szkolny konczyl sie 24 czerwca (moze teraz jest tak samo, nie wiem) i 25 czerwca byl pierwszym dniem wakacji. Wiec bilet kupiony jest na pierwszy dzien wakacji (liczonych po staremu, jak to za moich czasow bywalo). Wazna jest symbolika tej daty. Z wrazenia, szczescia, niedowierzania nie moglismy (wszyscy) sie wczoraj otrzasnac. Jak pomysle, ze za dwa miesiace o tej porze bede juz mieszkac w Polsce i nie bede juz emigrantka, to czuje, ze wielki ciezar spada mi z serca. Juz sie wiecej w takie cos nie wkopie 🙂 Podroze owszem, uwielbiam, ale zadne emigracje, osiedlania sie na obczyznie nie wchodza w gre… Zbyt duzo energii zyciowej trace i rozmieniam na drobne.
W kazdym razie bilety kupione, kolejnosc pakowania mniej wiecej ustalona, Grzes leci za 3 tygodnie kupic kuchnie, zlozyc meble, przewiezc od rodzicow nasze stare meble (zachomikowane czekaly na nas 7 lat), poukladac czesc rzeczy i ogolnie przygotowac dom na nasz powrot. Potem ruszy transport z rzeczami stad, nastepnie ja z dzieciakami polece (pierwszego dnia wakacji) i na koncu Grzes autem przetransportuje ostatnia ture naszych gratow. Ufff, duzo tego jezdzenia, zalatwiania i organizowania, ale jak sie to rozlozy na mniejsze czesci, pomalu, rozsadnie, to daje sie ta cala miedzynarodowa przeprowadzke ogarnac jakos.
Tak wiec ogrom pozytywnych emocji: radosc, szczescie, podniecenie, niedowierzanie, ciekawosc. Mysle, ze ciezko byloby to zrozumiec komus, kto nie byl nigdy emigrantem… Ciezko byloby wytlumaczyc, ze proste rzeczy moga tak bardzo cieszyc, ze docenia sie drobiazgi i nabiera ogromnego dystansu do wszystkiego po tylu latach tesknoty za ojczyzna. Kto poczuje ze mna radosc przy otwieraniu lodowki, w ktorej sa TYLKO produkty z napisami po polsku? Zadne butter, tylko maslo, zadne frankfurters, tylko paroweczki cielece, zadnego whole milk, tylko mleko laciate. Kto zrozumie, jak bardzo ciesza sliwki wegierki z targu, za 3 zlote kilogram, od wiesniaka, prosto z kraweznika kupione? A jak sie czlowiek budzi w poniedzialek, a potem we wtorek i srode i czwartek i za kazdym razem o poranku widzi blekitne niebo i slonce. Jak dobrze jest zyc nie zwazajac na prognoze pogody, wiedzac, ze w lecie jest cieplo, a w zimie zimno. I jak milo, gdy w radiu leca polskie piosenki, a w autobusie kazdy mowi po polsku. A ten spokoj w niedziele do poludnia – gdy tylko slychac dzwony koscielne? I jak fajnie, ze takich sytuacji, o ktorych moglabym pisac i pisac sa setki. I one wlasnie ciesza. Daja szczescie. Szczescie jedzone malymi lyzkami.
Anglia dala mi jedna wazna lekcje zycia: zrozumialam, ze nie ma na swiecie takiego drugiego miejsca jak Polska. Jest nie do zastapienia.
Kolezanka mowi ostatnio: Dorota, jak wysiadasz z samolotu w Polsce… przeciez tam nawet powietrze INACZEJ pachnie!
I to jest chyba kwintesencja.
A to dopiero poczatek.
Wszystkiego.