Kon

W googlu wpisalam dzis nastepujace haslo: ile kosztuje kon. Tak, zainteresowalo mnie to, bo moje dzieci wrecz ubostwiaja konie i tak z ciekawosci czystej chcialam sprawdzic po ile to daja. Ponizej fotki sprzed chyba 2 tygodni, z wycieczki pewnej. Piekne zwierzaki. Choc rozmiarami troche strasza.

A konia juz za 2, 3 tysiace zlotych mozna kupic.

A w Ochojnie

Grzes twierdzi, ze nie bedzie mi sie chcialo na zadne wakacje z domu wyjezdzac. Tam jest jak na wakacjach. Pytam co slyszy. „Wiatr, tylko szum wiatru slysze.” Pytam co widzi. Dookola mnostwo zieleni, drzew, swieze powietrze, z dala od miastowego zgielku, huku, spalin, samochodow, mrowia ludzi.
Wies.
A dzis swieci slonce i jest 20 stopni.
Zostalam na tydzien sama. Ferie mamy. Grzes przygotowuje dom na nasz przyjazd: kupuje kuchnie, montuje ja, AGD, zwozi stare meble i nadzoruje kopare (wymieniaja szambo). Romek by ze szczescia oszalal, gdyby ta kopare widzial – tata zrobil zdjecia specjalnie dla syna.
Mowie Grzeskowi, ze u nas leje i jest 11 stopni. A on sie smieje i pyta: „U nas??? U nich. U nich. To juz nie jest u nas”.
Tez tak czuje. Juz mnie to nie boli, ze dopiero w piatek moge liczyc na odrobine slonca. Wytrzymam. Jeszcze mniej niz miesiac pod chmura! Odliczam.

Pomocnik

 

Najwiekszym pomocnikiem w domu jest Romek. Uwielbia robic ze mna (i tata) wszystko: gotowac, piec, wkladac pranie do pralki, ladowac zmywarke, kosic trawe, nie wspominajac nawet o reperowaniu czegokolwiek przy pomocy prawdziwych narzedzi.

Potteromania

Emilka namietnie czyta cala serie Herrego Pottera. Razem z nia czyta Grzes. W domu zapanowala wiec Potteromania – Emilka wszystkim opowiada tresc ksiazek, zaraz po wstaniu biegnie na dol, siada na sofie i czyta, zaraz po szkole je obiad i czyta. Jest juz w trakcie polykania trzeciego tomu, gonia sie z tata, kto pierwszy przeczyta calosc.
Kto by osiem lat temu taki scenariusz wymyslil?

(a zdjecie nieaktualne, sprzed roku)

Zeszloroczny maj

Zachowalam sobie niespodzianke. W szufladzie czekala na swoj czas klisza. Zapomnialam co na niej bylo. Celowo. Lubie tak. To cala frajda z analogowej fotografii. Niewiadoma. A swoja droga, czy wspominalam juz, ze uwielbiam fotografie analogowa? Wspominalam, wspominalam, wiem. Ma sie tak do cyfrowej, jak domowy obiad do jedzenia z mcdonalda.

 
 

Deszcz

Przeliczylam sie. Jakos tak, nie wiem czemu, wydawalo mi sie, ze juz takich weekendow nie bedzie. Takich, gdy nie ma gdzie sie z dziecmi podziac, bo leje. Wczoraj, mimo wszystko, wybralismy sie na spacer na swieze powietrze. Padalo, potem coraz bardziej, coraz mocniej, az w koncu zorientowalismy sie, ze jestesmy jedynymi ludzmi na placu zabaw. Wrocilismy wiec do domu, po drodze zahaczajac o „reastauracje inna niz wszystkie”, by kupic dzieciakom i sobie lody na pocieszenie.

A nie pisalam jeszcze, ze z Anglii przywieziemy sobie do Polski malego Anglika 😉
Ignas dostal paszport angielski i jest oficjalnie „british citizen” (polish rowniez…). Sama nie wiem po co mu to, ale jak daja, to trzeba brac 😉 Od przybytku glowa nie boli.

Oto on, z mniej oficjalna mina: