Sikanie

nPEguq on Make A Gif, Animated Gifs

make animated gifs like this at MakeAGif

Romek przed kapiela podszedl do mnie i mowi „siiikuuu”. Prowadzi mnie do kibelka, a tam czeka podstawiona pod toalete podstawka. Romek na nia wchodzi, ale nie umie usiasc na kibelku, potrzebuje mojej pomocy. Sciagam mu pieluche (sucha!) i sadzam go. A on, jak gdyby nigdy nic, robi siku do kibelka!
Nie wiem co o tym sadzic. Glupio by bylo przegapic ten moment, gdy dziecko samo chce i wie jak korzystac z toalety. Z drugiej strony, wydaje mi sie, ze on jeszcze za maly na odpieluszanie. Ma 23 miesiace. Dziewczyny mialy 2 i pol roku, gdy konczylismy pieluszki.
Jutro przyniesiemy nocniki z szopy. Jesli jest to jego czas, to zalapie o co chodzi. Jesli za wczesnie, to sie je schowa na 6 miesiecy i w lecie odpieluszy.

Krakow na zdjeciach stad

Wolna sobota. Ilez to ja mialam dzis zrobic! Czuje sie jakby czekal mnie jutro egzamin, a ja zamiast sie uczyc – obijala. Tyle planow, slonce, ciepelko (no takie wzgledne ciepelko, kilka stopni na plusie), na zdjecia mialam jechac, trzy rolki wypstrykac, cyfra kolejna setke machnac, a zamiast tego popijam herbate owocowa (co samo w sobie jest wedlug mojego meza oznaka starzenia sie, podobnie jak kazde inne tzw dbanie o siebie), zamiast obiadu ciastka i czipsy podjadam (co oznaka czegos innego jest, wg mnie) i lenie sie. I mysle i tesknie. Za Polska oczywiscie. Latam po forach i blogach, a tam zewszad sranie na Pl. Zaprosilabym tych wszystkich narzekaczy na kilkuletnia emigracje nauczyc pokory troche.
Natknelam sie przypadkowo na kamere nadajaca obraz na zywo z Krakowa. I – bedac w Sheffield, nie ruszajac sie wlasciwie sprzed komputera w swoim domu – zrobilam dzis kilka fotek Krakowowi! Alez mi sie ten pomysl spodobal!

Dokladnie taki widok mialam z okien sali, gdy chodzilam na wyklady na amerykanistyke:
Tutaj, obok czerwonego neonu, wprost z okienka sprzedaja kebaby, po ktorych strasznie zgaga pali:

Ehhh, no i wychodzimy z Brackiej. Bylismy wlasnie na kawusi i cieplej szarlotce (koniecznie z galka lodow smietankowych) w Prowincji. I jestesmy tacy rozgrzani, buchajacy cieplem (w czasach studenckich rowniez cuchnacy nikotyna) i idziemy na prawo do Empiku, albo na lewo na zajecia:
A ten widok tez pamietam. Bylismy z Grzesiem na weselu jego kolegi ze studiow w knajpie nad Jubilatem i na 100% stamtad wlasnie jest to zdjecie:


Bardzo duzo myslimy i dyskutujemy ostatnio o powrocie do Polski. Decyzja zapadla. A wlasciwie zapadla ona chyba zanim jeszcze tutaj wyemigrowalismy. Wracamy. Ostateczna date wyznaczylismy sobie na 2013 rok. Pozno tak (jedynie!) ze wzgledu na Romka, ktory powinien miec okolo 3 lat, zebym bez poczucia winy mogla go puscic do przedszkola. A samej pojsc do pracy. Nie ograniczamy sie do Krakowa. Wracamy do jakiegokolwiek miasta w Polsce, w ktorym znajdziemy dobra prace dla Grzeska i szanse na znalezienie takowej dla mnie. Czy bedzie to Warszawa, czy Trojmiasto, czy inne miejsce? Obojetne. Najwazniejsze, zeby byla to Polska. Ten 2013 rok to data ostateczna, bo tak naprawde juz teraz Grzesiek przeglada oferty pracy. I jak sie trafi cos konkretnego, to sie stad zmywamy wczesniej.

Zwierzatko










Bylismy dzis na spacerze, karmilismy konie marchewkami (chcialoby sie rzec: zaprzyjaznione konie, gdyz odwiedzamy je ostatnio czesto). Kupilibysmy dzieciom zwierzatko. Bardziej ogrodowe niz domowe. Szukamy. Narazie nie ma. Poczekamy na nie, znajdzie sie. I nie bedzie koniem.

***


Nina wrocila do szkoly. Siedzenie w domu nie bardzo jej przypadlo do gustu: nuda, nuda, nuda (to cytat szanownej uczennicy). Wiec powrot do rutyny powitala z wielka ulga. Rownie niechetnie przyjela wiadomosc o piatkowym lunchu w szkole, ktory mial byc dla niej (i Emilki) czyms z zalozenia przyjemnym. Nina nie lubi zmian. Ani nowosci.
Emi niedlugo bedzie swiecila piekna dziura po gornych jedynkach. Narazie prezentuje jeszcze taki usmiech:

Poszly konie





W sumie to nic nowego. Ninka zdrowieje, Romek w fazie lapania pierwszych objawow. Emi zdrowa jak ryba. Klisze wywolalam, to zdjec kilka ze spaceru do lasku wklejam. Konie bardzo przypadly do gustu Ninie, ktora uwielbia zwierzeta. Roman natomiast, mam wrazenie, ze boi sie ich najbardziej na swiecie. Ale na rekach, z odpowiedniej odleglosci obserwuje i wola „koni, koni”. Na spacery lazimy z siata pelna marchewek.

(Ps. Jak zobaczylam na zdjeciu, bo czlowiek takie rzeczy dopiero na zdjeciach zauwaza, wiec jak zobaczylam na zdjeciu, ze Emilka siega mi juz do piersi, to o maly wlos nie zemdlalam!)





Dzis na mocnym haju od drugiej polowy dnia. Wyszlo slonce, a ze spedzalismy czas w ogrodzie, od razu zagrzalo i wystrzelily endorfiny w ilosci niekontrolowanej. No po prostu zwariowac idzie. Roman dzis w sesji kuchennej, ale taki z niego garowy chlopak, bo ja matka gastronomiczna. Grzebie w szafach, w zmywarce, gotuje, miksuje, piecze i tylko wejsc w posiadanie noza kuchennego mu sie marzy. Zabeczany powtarza w kolko „nu, nu”, co w jego – juz bardzo rozbudowanym jezyku – znaczy „noz”. Czasem okresla tak tez nozyczki. Przyznajcie niewielka roznica miedzy jednym a drugim. Oba ostre i oba niedostepne.