Sylwester 11/12

Do Nowego Roku jeszcze 2 godziny, a my juz PO zabawie sylwestrowej!

(Na tym zdjeciu mial byc rowniez Romek, ale wlasnie strzelil focha, obrazil sie, trzasnal drzwiami i jestesmy my, same dziewczyny. O obrazaniu sie Romana moze kiedy indziej calego posta napisze, narazie pokaz zdjec):

My:

Agnieszka (2 w 1) i Pawel z dziewczynkami Judysia i Gosia:

Hania (rowniez w ciazy) i Maciek oraz ich dzieci: Piotrus, Lukasz i Zosia:

Monika (tez zaciazona) i Dawid oraz dzieciaki: Joachim, Barnaba i Miriam:

Wszyscy. Narazie 11 dzieci. Jakos udalo sie zebrac na chwilke cala gromade w jednym pomieszczeniu:

Spiewalismy kolendy:





7 lat



Sa tacy, ktorzy wierza, ze zycie ludzkie podzielone jest na interwaly trwajace 7 lat. Nasza Emi wlasnie dzis przeszla w kolejna siedmiolatke.
Robimy tort, tata i Romek pojechali dokupic swieczki urodzinowe, po obiedzie jedziemy zrobic cos przyjemnego (jest kilka propozycji, wiec narazie nie wiemy co…). Emilka i Ninka – jak to maja w zwyczaju – z zapalem wielkim i w skupieniu rysuja, wycinaja, kleja, jednym slowem: tworza. Przydaloby sie, z okazji urodzin jakies male podsumowanko – w kilku slowach chocby opowiedziec o Emi jaka jest teraz. Zadanie niewykonalne, aczkolwiek zawsze, gdy mysle o Emilce towarzyszy mi reflaksja, ze jest jedna z najbardziej tworczych osob jakie spotkalam w zyciu. Nie ma dnia, by czegos nie stworzyla, nie wymyslila, nie narysowala, nie skonstruowala, nie ulepila. Absolutnie daleka jestem od etykietowania wlasnych dzieci, od doklejania im przeroznych przymiotnikow i okreslania jakie sa, a jakie nie sa, co potrafia, a z czym maja trudnosci, co lubia, a czego nie. Wiem, ze wszystko to bedzie tylko moja subiektywna (byc moze mylna) opinia. Slepcem jednak nie jestem i ten zapal, energia, pomyslowosc i wrazliwosc jakie towarzysza Emilce od najmlodszych lat wskazuja na wybitnie artystyczna nature. I taka wlasnie jest Emi dzis, w wieku 7 lat.
Wszystkiego najlepszego coreczko!

Swieta, swieta i…

Moja mama kazdego roku o tej porze mawiala: „swieta, swieta i po swietach”. Niesposob zaprzeczyc. Aczkolwiek dla nas labowanie nie skonczylo sie jeszcze, powiem wiecej: dopiero sie zaczelo, bo i dzieci i Grzes maja wolne do 4 stycznia, wiec dopiero sie rozkrecamy 😉
Tegoroczne swieta byly wyjatkowo wypoczynkowe. W pierwszy dzien, wbrew codziennym przyzwyczajeniom, pozostalismy w pidzamach do samego wieczora; snulismy sie w tym niewyjsciowym stroju miedzy kuchnia, a sypialnia, potem znow kuchnia, by w koncu wypoczac w lozku. Cudem prawdziwym znalazlam w biblioteczce nietknietego Lema („Pokoj na ziemi”) i delektowalam sie nim do wieczora.
Dzis natomiast wygrzebalismy sie z domowych pieleszy okolo poludnia, a ze bylo fantastycznie cieplo wykorzystalismy pogode i pojechalismy na plac zabaw, a potem na obiad i moja ulubiona gingerbread latte „na miasto”.

A tu juz pokaz slajdow. Grzes przygotowuje uszka:

Jeszcze schowane, nikomu nie udalo sie znalezc przed oficjalnym rozdaniem:

A tak bylo po Wigilii, istna stajnia Augiasza:

Przedswiatecznie jest tak:


Swieta w tym roku olewam. Znaczy sie: kulinarnie i porzadkowo olewam. I zamierzam robic tak juz zawsze. Zadnych wielkich kolacji z 12 potraw, zadnych wielkich przygotowan z porzadkami generalnymi na czele. Lepiej niech bedzie tak: w miare schludnie i czysto, na obiad barszczyk, ktory kazdy bardzo lubi, potem losos, ktory lubia rodzice i Emilka (Romek jeszcze nie jadl, Nina zdecydowanie nie lubi) i na deser makowiec. Do tego zadowolona, wypoczeta, szczesliwa mama. Tata tez taki. No i mile bycie ze soba. Zabawa. Sluchanie kolend itp.
Tak wiec powziawszy taka decyzje mialam nawet nie piec bozonarodzeniowych piernikow. Wyszlo jednak inaczej. Ciasto robila maszyna. Reszte corki. Dekorowanie z przyjaciolmi. Piernikow juz nie ma. Ale wspomnienia pozostaly. I fotki.


I jeszcze Nina nocny Marek:

15:48


Jutro zachod slonca o 15:48. Niewiele dnia w czasie doby zostaje na normalne zycie. Dzis bylo strasznie ciemno, zimno, deszczowo. Ciezko jest wytrzymac ten czas. Zyciodajnego slonca brakuje bardzo. Skad czerpac energie i sile wiec? Z solarium? Moze z samoopalacza…?
Swieta niedlugo, ferie dzieci juz teraz. Ubieralismy choinke. Od nowego roku zmiany: Nina zaczyna szkole. Ja ciagle choruje, juz ponad miesiac katar, bol glowy, kaszel, raz lepiej, przewaznie gorzej. Humor tez – jak widac – nie najlepszy. Byl mily akcent w sobote. Spedzilam 7 godzin jak singielka – Grzes zabral dzieci na ten czas poza dom i moglam odpoczac, poczytac ksiazke, na spacer pojsc samej, zdjecia porobic, zjesc gore frytek z ketchupem, nie gotowac obiadu i ogladnac komedie w tv. Odsapnelam.


Nie zagladajcie tu

Jesli ktos zaglada, to niech nie zaglada tu. Czuje sie zmeczona, bez sil na pisanie, na zdjecia, na cokolwiek. Ochoty tez nie mam. Pewnie to nie koniec bloga, bo byloby zal skonczyc wieloletnia przygode z kronikarstwem z tak prozaicznych powodow jak przemeczenie, ale narazie nie bede pisac, zmuszac sie do poswiecania ostatnich chwil wolnych na blogowanie. Moze po swietach odetchne, moze slonca i dopaminy brak?
W kazdym razie trzymajcie sie grudniowo – swiatecznie – noworocznie.