***

Emi i Ninka znikaja na cale dnie. Duzo Romka wszedzie. Pominal etap chodzenia i zaczal sie wspinac i wlazic wszedzie, a najlepiej na krzesla i stoly, chociaz sofa, czy wysokim lozkiem u Ninki w pokoju nie pogardzi. Troche jest wiec porozbijany tu i owdzie, ale wszystko pod kontrola. Bardzo, bardzo duzo rozumie (powtarzam sie, wiem, ale nadal jestem w lekkim szoku, ze juz taki z niego rozumny maluch sie zrobil.)
Mam wiec z powodu nieobecnosci starszych dzieci duzo czasu i luzu w ciagu dnia. I powiem szczerze, ze wykorzystuje ten czas glownie na nicnierobienie. Jak juz zrobie absolutne minimum (pranie, zmywanie i gotowanie), to po prostu siedze na ogrodzie, bawie sie z malym, pije kawe i odpoczywam. Ciagle odkladam wielkie porzadki, okna jakies, sortowanie zabawek, wyrzucanie starych gratow. Wzielam sie natomiast za ogrod. Razem z mezem sie wzielismy i nasadzilismy troche roslin, lawke ze stolem kupilismy, a w najblizszej perspektywie bedziemy sie grodzic. Poza tym:
-Zimno ostatnio, w maju juz sie chyba cieplej powinno zrobic?
-Przyszly tydzien znow ferie. Dobrze, bo Ninka narzeka na przedszkole, a Emi na nauczycielke (notabene jedna z trzech, ktore ja ucza).
-G. jutro rwie zeba madrosci.
-Zrobilam swoja lustrzanka 10 000 zdjec. Przekrecil mi sie licznik wczoraj. Mysle, ze jakies 8 000 z tego, to zdjecia dzieci.

Dobranoc.

Komunikacja

Z Romkiem mozna sie juz calkiem dobrze porozumiewac. Obserwujac go w tym tygodniu zauwazylam, ze rozpoznaje znaczenie mnostwa slow, a ostatnio bardzo aktwnie stara sie nam uswiadomic, ze on wie o co chodzi. Przyklady? Mowie mu wczoraj, ze jedziemy po Emilke do szkoly, na co on poraczkowal do drzwi i zrobil charakterystyczne bruuum (w naszym jezyku oznacza to jazde autem). Wystarczy, ze zaordynuje „idziemy do gory”, a Romek raczkuje w strone schodow. Widac, ze sprawia mu ogromna radosc „pokazywanie”, ze on zrozumial!
A dzis przeszedl juz sam siebie: Grzes powiedzial, ze nakladamy buciki i Romek sam przyniosl swoje buty.
Tak wiec kochani, zycie idzie do przodu calkiem wartko.
Juz tydzien minal od mojego wyjazdu do Polski. Spedzilam bardzo intensywny i bardzo szybki weekend w Krakowie. Ledwo zdazylam przywitac sie z rodzina, a juz musialam sie zegnac. Jesli plany wakacyjne wypala, to spedzimy kilka tygodni w Polsce i na tym sie aktualnie koncentruje.
Za tydzien dlugi weekend. Chcemy pojechac pod namioty nad morze. Nie wiem, na jak dlugo, bo tez troche prac ogrodniczo – domowych sie nam zachciewa, ale moze uda sie nam wyskoczyc na chwilke.

A tu juz jedno zdjecie z Krakowa, z mama i z Krzysiem, u mamy w ogrodzie. Pozowane, autorstwa samowyzwalacza, ale i tak mi sie badzo podoba.

Juz 1/3 maja za nami!

Katastrofa z tym moim blogowaniem. Sama juz nie wiem, co sie dzieje i dlaczego mi sie tak bardzo nie chce. Dzis tez skrotowo, bom troche przeziebiona i spac ide zaraz.
Z nowosci: Nina chodzi do przedszkola na cale 3 dni. Poczatki dluzszych sesji byly ciezkie, po raz pierwszy pojawily sie lzy i poranne „ja nie chceee”. Odbieralam ja po 6 godzinach zadowolona, pelna nowych wrazen i mnostwa nowych przezyc, ktorym musiala stawic czolo samodzielnie. Jezykowo rowniez znakomity skok: proste zdania, proste piosenki, wierszyki po angielsku slyszymy z ust Ninki coraz czesciej.


Romek jest juz duuuzy. Dzis pierwszy raz slyszalam od niego „nie” (slowo „nie”, bo oczywiscie zaprzeczenie wyrazane w inny, bardziej dobitny sposob slychac juz od czasu jakiegos). Ulubionymi zabawkami Romka sa urzadzenia domowe (suszarki, lokowki, roboty kuchenne itp). Jest on ponadto wiekim milosnikiem zwierzatek (pieski, kotki, ptactwo), ktore obserwuje i nasladuje dzwiekowo. Lubi tez ksiazeczki ze zwierzetami. Romek (niestety) jeszcze nie chodzi samodzielnie, a tyje i robi sie ciezszy z dnia na dzien. Nosic wiec trudno. Plecy pekaja, trzeszcza i wolaja o pomoc.


Grzes zdaje na pas z karate (nastepny po pierwszym, bialym). Cwiczy wiec i uczy sie japonskiego.


U Emilki bez zmian. I dobrze, bo akurat ona zmian nie lubi za bardzo 🙂


Ja wygladam troche inaczej – odwazniej zblondzialam na wiosne.

Przyszly weekend to dla mnie proba – jade na 2 dni do Polski bez dzieci. Bedzie to moja pierwsza noc bez dzieci od 6 i pol roku!!!!!!!!!!!!!!!!! Strach. Trudno uwierzyc. Lekko boje sie o Romka, bo karmie go nadal piersia. No i o swoje piersi tez sie boje, by nie eksplodowaly.


Ostatnio czas nam mija milo i w pelni szczescia rodzinno – towarzyskiego. Grillujemy, spotykamy sie, jemy, plotkujemy, a nawet na potancowce bylismy (z dzieciakami!). W tygodniu jestem przez 3 dni sama z Romkiem do 15tej. Bardzo duzo odpoczynku mi to daje, tym bardziej, ze maly umie sie sam bawic i moge ogarnac dom, ugotowac, w ogrodku posadzic cos lub po prostu poleniuchowac. Pogode tez mamy sloneczna i ciepla, wiec doprawdy narzekac nie ma na co.

Lake District

Bylismy kilka dni pod namiotami w Lake District. Przepiekne miejsce. Ostatnio takie widoki w UK widzialam w Walii – wioski jak z bajki, domeczki malownicze, cale w kamieniu, mnostwo kwiatow, piekne lasy i pastwiska fluorescencyjnozielone od swiezej trawy, a do tego gory i jeziora. Pogoda wspaniala – ani jednej chmurki przez 3 dni. Odpoczelismy na lonie natury, a nawet zatesknilo sie nam za wlasnym domkiem na wsi (ale blisko miasta… ). Dzieci wybawily sie na kampingu, mielismy nocowanie w namiocie w 3 warstwach polarowych i z beczeniem owiec w tle. Co do samego miejsca mamy (ja i G) uczucia bardzo mieszane. Jest przepieknie, ale… wszystko jest ogrodzone, przystrzyzone, okraweznikowane i ogolnie panuje zasada „pay and display” – czyli placenia za absolutnie wszystko. Widzieliscie platny parking w srodku lasu? Jesli nie, to zapraszamy do Lake District. I nie chodzi o to, ze te 2 funty za godzine, to majatek jakis… Chodzi o to, ze swiat tak mocno nastawiony na dojenie turystow, to chyba nie nasza bajka. Niech pozostana na swiecie miejsca dzikie, puste, odludzia. Przynajmniej poki ja na tym swiecie bede.
Zdjec garstka tutaj:
https://picasaweb.google.com/demendecka/LakeDistrict2011?feat=directlink