Chustowanie i wszystko inne

Trwaja wakacje. Moje rowniez, wiec i bloga troche mniej. Jak sie juz raz zaniedba pisanie, to ciezko potem wrocic do rutyny i regularnie aktualizowac pamietnik. A czas pedzi, dzieci rosna i zmieniaja sie szybko. Najwiecej – z racji wieku i dynamiki pierwszego roku – Romus. Jest juz bardzo aktywny i rozumny, czesto sie smieje, zywo reaguje na ludzi, nowe sytuacje i na zabawki. Wszystko ciamka, wszystko „gryzie” bezzebnymi dziaselkami, wszystko slini. Spi jeszcze calkiem duzo, a jak nie spi, to bardzo lubi poznawac swiat z perspektywy moich rak. Nosze go czesto i chetnie. Wlasciwie moglabym juz dzisiaj sprzedac wozek, nie przydaje sie nam i nie bedzie uzytkowany z pewnoscia. Oboje z Romkiem pokochalismy chusty i za zadne skarby nie zamienilabym „chustowania” na wozenie w wozku.


Wyprobowujemy nowe wiazania, nowe chusty i ostatnio nowe nosidlo azjatyckie mei tai. Idea zakupu byla taka, by nosic Romka na plecach, a poniewaz jak do tej pory nigdy nie udalo mi sie zawiazac chusty na plecach, wiec kupilam znacznie latwiejsze i szybsze w obsludze nosidlo:

Romcio jest jeszcze troszke za maly na nie, wiec odkladamy do szafy na miesiac (a moze troche wiecej), by mlody pewnie samodzielnie siedzial. Bedzie w sam raz na szybkie wypady po Emilke do szkoly. Nosidlo nosidlem, ale i tak nic nie przebije chusty. Sprawilam sobie pierwsza tkana, w moich ulubionych barwach:

Jest po prostu bajecznie kolorowa. Uwielbiam te pasy! Nie moge sie na nia napatrzyc… I potwierdzam: zmiana chusty elastycznej na tkana, to jak przesiadka do mercedesa! Fantastycznie sie nosi i wiaze. Mam wrazenie, ze Romek rowniez czuje roznice, bo jego cialko jest jakby stabilniej trzymane przez tego rodzaju material. Gdy go zamotam, to przewaznie usypia w 5 minut, wiec wnioskuje, ze mu dobrze.

Nincia miala od wrzesnia isc do przedszkola, ale przesuniemy ta date najwczesniej na styczen 2011 roku. Mamy z Grzesiem wrazenie, ze jeszcze nie dojrzala do rozstania ze mna. Wiekszy pozytek bedzie miala z czasu spedzonego z mama, niz z kontaktow z rowiesnikami.

Emilka niestety takiego wyboru nie ma i juz niedlugo musi isc do szkoly. W glebi duszy martwie sie o to bardzo. Teraz, gdy trwaja wakacje Emilka znow jest ta sama dziewczynka co dawniej. W czasie roku szkolnego byla przemeczona, zamknieta w sobie i taka jakby za szyba – trudno bylo nam wyciagnac od niej informacje na temat szkoly, nie dzielila sie z nami swymi przemysleniami i przezyciami. Dopiero teraz „zasypuje” mnie historyjkami szkolnymi – zupelnie jakby chciala nadrobic stracony czas i wszystko mi opowiedziec.

Pojawienie sie na swiecie Romka wywolalo w Emilce instynkt macierzynski. To oczywiscie ten czas, gdy dziewczynki zaczynaja naturalnie bawic sie lalkami, opiekowac maskotkami i trenowac przyszle role spoleczne, wiec spodziewalismy sie, ze pojawienie sie brata (jako duzej, zywej lali) wzmocni jeszcze ten etap w rozwoju Emi. Zabawia Romeczka, stara sie go rozsmieszyc, chce trzymac na rekach, glaskac. Ciagle powtarza, ze Romek jest slodki. Ninka zreszta tez nie jest gorsza i czesto slyszymy, ze „Jomek jest slodziutki”, albo, ze „Jomek ma piekne malutkie nozki”. Kochane to, bo przeciez Ninka sama jest jeszcze calkiem malutka…

Wakacje wiec trwaja, dziewczyny bawia sie calymi dniami (ulubione: rysowanie, painting face), ale tez bywaja chwile nudy i brzydkiej pogody.

Sushi

Warunki pogodowe sprzyjaja eksperymentom kuchennym. Dzis zrobilam swoje pierwsze sushi. Pysznosci. Swoja porcje zjadlam jeszcze w kuchni, Grzes dwa wielkie talerze pochlonal na raz, Emi nie mogla sie zdecydowac, czy jej smakuje, czy nie. Reszta druzyny nawet nie tknela jedzenia.

Wrocilismy

Jestesmy juz po wakacjach. Jestem na maksa wypoczeta. Mimo, ze bylismy pod namiotami z trojka dzieci (w tym z 4 miesiecznym niemowleciem) czuje, ze po raz pierwszy od bardzo dlugiego czasu odsapnelam, odpoczelam i… przestalam sie nudzic. Bylo slonecznie, cieplutko (idealna temperatura jak dla mnie – 30 stopni na plusie), jezdzilismy po Korsyce, kapalismy sie w cieplutkim morzu, szum fal, pelno zapachow, kolorow, kwiatow, soczyste owoce (niezapomniane czeresnie…), zadnej cywilizacji, malo ludzi, za to duza, bogata przyroda. Myslalam, ze tak pieknych plaz nie zobacze w Europie. Mylilam sie – Korsyka jest nadal nierozdeptana i warto sie tam wybrac, szczegolnie na poludniowym zachodzie, gdzie nie ma tandetnych kurortow. Sa za to piekne, wysokie gory, drogi ledwo przejezdne, no i wspomniane wczesniej przepiekne morze. Wracac bylo bardzo, bardzo ciezko. Teraz mam jedno marzenie: wlasny kamper! I wyprawa na koniec swiata, albo i jeszcze dalej 😉

Narazie to tyle, na wyjezdzie pisalam pamietnik, ktory tu pewnie jeszcze przepisze, ale narazie jestem mocno zajeta domem (bleeee…). Zdarzylam obrobic czesc zdjec i sa tutaj: