Slonce

My (ja+Romek) nadal tak sie prezentujemy. Jestesmy na dobrej drodze do wejscia w 10 miesiac ciazy. Co ma tez i swoje dobre strony, bo juz niedlugo zacznie krolowac astrologiczny baran, ktory – jak wiadomo – jest jednym z fajniejszych znakow zodiaku.
U nas dzis slonce od rana, wiec wygonilam dzieci na ogrodek, by przed poludniem nieco witaminy D nalapaly. Wszyscy jestesmy bardzo zakatarzeni – meczace to bardzo, aczkolwiek sa tez i tacy, ktorych „choroba” cieszy, bo moga zostac w domu z mama i siostra:

Nina:

Dziewczyny wybrzydzaja ostatnio przy jedzeniu niemilosiernie. Pierwszym od kilku dni posilkiem zjedzonym do konca okazly sie byc waniliowe mini – nalesniczki z dzemem.

Pierwszy dzien wiosny

Wczoraj kupilam sobie rozowe okulary. Nie chodzi mi o oprawki (aczkolwiek te tez sa rozowe), ale o kolor szkiel. Nie zauwazylam w sklepowym swietle, ze sa bladorozowe. I dobrze. Pomylki tego typu bywaja bardzo mile: swiat jest piekny w tej kolorystyce.
Zreszta i bez tych rozowych oszustw bylby dzisiejszy dzien calkiem znosny. Od rana swieci (blade, bo blade, ale jednak!) slonce. Zauwazylam, ze u nas w ogrodzie jest zawsze cieplej niz poza nim. Pewnie to zasluga odgrodzenia od wiatru ze wszystkich czterech stron. Emilka i Ninka uczcily cieplejsza pogode obiadem zjedzonym na swiezym powietrzu:

Spedzilam dzis bardzo „rozmowny” dzien z Nina. Cora (byc moze pod wplywem pierwszych promieni sonecznych) bardzo sie rozgadala. Nie zeby wczesniej byla malorozmowna, ale teraz – jak to sie mowi – buzia jej sie nie zamyka. Rownie czesto opowiada, co pyta, zaczynajac od swojego, charakterystycznego dla trzylatkow „dlaczego…”
Emilka natomiast bardzo dobrze zaaklimatyzowala sie w nowej szkole. Rano nie ma tragedii, gdy trzeba wyjsc z domu. Odbieram ja ze szkoly rowniez w dobrym humorze. Jeszcze nam nie opowiada co sie dzialo w ciagu dnia, ale wiem, ze na to przyjdzie czas, gdy poczuje sie pewniej w nowym gronie. Ma juz pierwsze kolezanki, z ktorymi zamierza umowic sie w lecie na wspolna kapiel w fontannach w centrum miasta… 🙂

A nam zostalo jeszcze 9 dni. Ponoc…

Udajemy, ze nie czekamy

Ostatnie niedzielne godziny uplywaja zazwyczaj na fantazjowaniu na temat „co by bylo, gdyby tydzien skladal sie z 3 dni pracujacych i 4 weekendowych”… Niestety, rzeczywistosc jest nieublagana i jutro poniedzialek.
Weekend minal nam – generalizujac – na dwoch czynnosciach: na gotowaniu oraz udawaniu, ze WCALE nie czekamy na Romka. Jak widac na zdjeciach to pierwsze udalo sie nam calkiem dobrze: w sobote Grzes zaserwowal calej rodzinie pieczonego dorsza z kolendra i cytryna, a niedzielny obiad to juz moja zasluga – pieczone papryczki faszerowane. W kolejce planowanych przysmakow czeka legumina gruszkowa, ale nie wiem, czy taki hedonizm nie jest juz lekka przesada.

Farsz do papryczek jest nastepujacy: kasza kus kus, serek quark, 2 jajka, natka pietruszki i 3 dymki, gotowane miesko z udek kurczaka oraz przyprawy.
Pychotka! Polecam!

BBC informowalo, ze pogoda ma sie juz teraz poprawiac i dalo sie nawet zauwazyc – zgodnie z prognozami – tzw sunny intervals, ktore niezmiennie rozbudzaja nadzieje na odrobinke slonca.

Rodzinnie wybralismy sie na spacer po lesie. Tata ochrzcil przechadzke mianem „spaceru porodowego” z racji tego, ze mial on wywolac Romana. Nic takiego jednak nie nastapilo, wiec czekamy do kolejnych pobolewan i skurczow, ktore byc moze okaza sie byc porodem, a nie jedynie bezczelnym bimbaniem Matce na nosie 🙂

Tata zaproponowal kalosze.

Kaluz bylo pod dostatkiem…

Czas sie przeprosic

Znajoma przeslala mi wlasnie to zdjecie poddane obrobce cyfrowej. Wniosek mam jeden: czas NAJWYZSZY przeprosic sie z photoshopem!
To nic, ze – jak na moj gust – za bardzo kontrastowe i to przyciemnienie w rogach zupelnie nie w moim stylu, ale ogolny efekt jest powalajacy…

3 urodziny Niny

Sporo przed wlasciwa data zorganizowalismy Nineczce przyjecie z okazji trzecich urodzin. Chcielismy by impreza miala realne szanse sie odbyc i by nie byla zaklocona ewentualna akcja porodowa, by nie byla odwolywana i by Ninka mogla czuc sie jej najwazniejsza bohaterka.
W niedziele odwiedzili Ninke jej goscie (z rodzicami bedacymi naszymi znajomymi), bylo szalenie milo i radosnie. Nasza trzylatka poczula sie kims bardzo wyjatkowym, tyle osob spiewalo SPECJALNIE dla niej „sto lat”, miala swoj wymarzony tort z Miki Mausem (cytuje jej wlasne slowa), a prezenty byly w 100 procentach trafione. Ninka z wrazenia budzila sie kilka razy w nocy mowiac cos do siebie i spogladajac w strone kacika z zabawkami, gdzie czekaly na nia swinki peppy, ksiezniczki, puzzle, gry i inne najnowsze zabawki.

Wiecej zdjec z imprezy jest pod tym linkiem:

Obiecalam cos dzieciom rano

Duzo dzis zdjec, bo wyszlo slonce i az zal bylo takiej okazji na piekne kolory marnowac. Poranki mamy bardzo przyjemne – Ninka wygrzewa sie w pidzamce w lozku rodzicow do dziewiatej. Ma okazje pobyc troche malutka dzidzia i wypic mleczko z butelki, co – jak widac na zdjeciu ponizej – wprawia ja w radosny nastroj na caly dzien.

Ciesza ja rowniez place zabaw. Z racji zimna odwiedzane ostanimi czasy sporadycznie.

Jeden z mamy ulubionych znajduje sie w Endcliff Parku:


To, co dzis dzieciom (a konkretniej Emilce) obiecalam znajduje sie na tym zdjeciu:

Spotkac w UK jamnika to rzadkosc, spotkac jamnika dlugowlosego jest rzecza prawie niemozliwa, a natknac sie na jamnika miniaturowego, dlugowlosego to prawdziwy cud. Byly tak piekne, ze napatrzyc sie nie moglam. UWIELBIAM!

A potem poszlysmy na kawke (mama) i frytki (corka). Przy okazji bylo czytanie ksiazeczek.

Dla kaczek tez cos mialysmy przygotowanego. Nina karmila, mama patrzyla, czy Nina do stawu nie wpada. Nie wpadla.


Byla tez wiosna:

I tata, ktorego wyciagnelysmy na przerwie lunchowej (sorki za to slownictwo) do ogrodu botanicznego na zabawe w berka:

Ja nie biegalam.


A Emi w tym czasie byla w szkole. Pewnie tez fajnie miala, ale chyba nie tak jak my.