Dla braciszka

Dziewczynki wraz z tata pomalowaly w weekend lozeczko dla Romka. Nina z duma oglasza, ze jest duza i ze „jak byla mala to lubiala male lozeczko”, ale teraz jest ono dla Romka. Powoli oswaja sie z nowa rola – starszej siostry. Emilka rowniez nie moze sie doczekac spotkania z bratem, wypytuje o kazdy szczegol, o kolor oczu i wlosow, o ilosc zebow („nie ma?”), o to jaki bedzie i co bedzie potrafil i chce mi pomagac we wszystkim dotyczacym pielegnacji malego. Chce asystowac przy kapieli, ubierac, zmieniac pieluszki i bardzo prosi o mozliwosc noszenia Romeczka na rekach (!). Nina cwiczy prowadzenie wozka, a Emi obejmuje moj duzy brzuch wyznajac „kocham Cie Romeczku”. Nina oburzona krzyczy do brzucha (a raczej do brata), by przestal kopac i dopiero tlumaczenie, ze to nie boli przynosi spokoj stroskanej corce. Atmosfera oczekiwania udziela sie wszystkim. Dziewczynki sa przygotowane na przyjecie nowego czlonka rodziny, wiedza o nim od pierwszych chwil jego istnienia, a teraz, gdy coraz wiecej naszych dzialan jest nakierowanych na przyjecie kolejnego malucha, a rosnacy ekspresowo brzuch staje sie faktem, zaczynaja sie -podobnie jak my – niecierpliwic.

A Roman? Nadal nie przewrocil sie do pozycji wyjsciowej (glowa w dol) i troche zaczyna mnie to martwic, bo na cesarke nie mam najmniejszej ochoty. Poza tym: kopie i fika, ale bez jakiejs wyraznej werwy. Gdy porownuje jego aktywnosc do zachowan poprzednich lokatorow mojego brzucha, to wypada raczej slabo 🙂 Najwiecej po nerkach oberwalam od Emisi 🙂
Romek – podobnie jak Ninka – uwielbia, gdy zuje gumy mietowe (herbatki mietowe rowniez sa na topie) i kocha zapach benzyny… Moim ulubionym ciazowym zajeciem jest tankowanie auta 🙂
Wiecej ciazowych zachcianek i dziwactw nie pamietam.

Pierwsze sanki

Jest taka zima, ze moglismy wybrac sie na pierwsze w zyciu naszych corek sanki. Sanek co prawda nie udalo sie nam nigdzie dostac, wiec jezdzilismy na plastikowej pokrywie od piaskownicy. Okazuje sie, ze nie pierwsi wpadlismy na ten pomysl – obok nas tez jezdzono wykorzystujac dokladnie ten sam sprzet do zjazdow 🙂

Emilka byla zachwycona i trzeba ja bylo sila wyciagac do domu.

Oto gora zjazdowa, tuz obok naszego placu zabaw. Z pieknymi widokami i mnostwem sniegu.

Nina wykazywala – co widac na zdjeciu powyzej – mniejszy entuzjazm.

Emi pedzi w dol!

Posted by Picasa

Wozek dla Romka juz jest!

Wczoraj tata odebral wozek ze sklepu. Caly wieczor mielismy zabawe – najpierw skladanie, w roznych wersjach pogodowych i wiekowych (dla noworodka i starszaka, na slonce i deszcz), a potem dziewczyny sprawdzaly, czy rodzice dziadostwa bratu nie kupili.

Jak widac test wytrzymalosciowy wozek zniosl doskonale – najpierw 13 kg Niny, potem 18 Emilki. Siostry chorem orzekly o wysokiej jakosci wozu, co rodzice rowniez potwierdzaja (aczkolwiek nie testowali wytrzymalosci konstrukcji…)

Posted by Picasa

2010

Tyle sie zaleglosci nazbieralo, ze trudno to wszystko ogarnac i sensownie spisac. Ostatnie dni grudnia obfitowaly w mnostwo wydarzen i wrazen. Czasu na pisanie niby tez bylo troche, ale ze dziadek nalezy do pokolenia telewizyjnego i za kazdym razem, gdy wlaczalam komputer siadal za mna i bezceremonialnie patrzyl mi w ekran, wiec pisac bloga nie mialam jak.

Jednak zanim o tym co bylo, slow kilka o tym co jest. A jest niesamowicie! Mamy piekna, sniezna, zimna zime. Taka prawdziwa i dlatego wlasnie nieprawdopodobna. Dzieci sie ciesza, my zachodzimy w glowe jak dojechac do decathlona, by kupic sanki, Grzes dzis siedzi z nami w domu (dojechac do pracy nie ma jak – opony letnie, drogi nie sypane, angielscy kierowcy piekielnie gazuja i slizgaja sie wjezdzajac na sheffieldzkie pagorki…).

A tu dwa widoczki z naszych okien.

My z Nineczka siedzimy w domu, Emi poszla do szkoly. Od tego roku przenieslismy ja do nowej podstawowki – lepszej, duzo lepszej. Przenosiny zajely nam sporo czasu, ale – jak widac – upor w pewnych kwestiach oplaca sie 🙂
Na Romka wszystko juz czeka. Na poswiatecznych wyprzedazach zaszalelismy troche i sprawilismy mu cala wyprawke (na zdjeciu u gory Ninka przeglada garderobe brata, cwiczac przy okazji najnowsza umiejetnosc: zapinanie guzikow). Mama napatrzec sie na te malusie spioszki i bodziaczki nie moze i codziennie wzdycha z utesknieniem za malym… Jeszcze tylko siedemdziesiatkilka dni…
A co do koncowki roku poprzedniego: jak wiadomo odwiedzili nas dziadkowie. Dziewczynki bardzo ucieszyly sie z gosci, codziennie rano zbiegiwaly do babci i dziadka, by wskoczyc im do lozek, pobawic sie, pospiewac, pochichrac. Spedzili razem mnostwo czasu (rodzice w tym czasie delektowali sie stanem bezdzieciowym), poznali sie troche lepiej i nadrobili zaleglosci spowodowane zyciem na emigracji. Nie bylabym jednak soba, gdybym przemilczala fakt, ze po kilku dniach dziewczynki wykazywaly wyrazne oznaki znudzenia, a moze troche zniecierpliwienia spowodowanego zmiana domowej rutyny i nowymi osobami w domu. Zloscily sie, ze babcia lub dziadek zwracaja im uwage (o pantofle np, ktorych sie u nas w domu nie nosi, a ktore dla dziadkow sa kwestia zycia i smierci) i ogolnie ze wszystko jest powywracane do gory nogami.
Po drodze byly piate urodziny Emilki, na ktore zaprosilam wszystkich polskich znajomych

z Sheffield. Uzbierala sie z tego grupa 40 osob! Impreza byla huczna i wydaje sie, ze bardzo, bardzo udana. Dzieciaki fantastycznie sie ze soba bawily i o dziwo wszyscy sie pomiescili (rozlozeni na dwoch pietrach co prawda…)
No i Sylwester, rowniez niesamowity, bo spedzony na imprezie. Po raz pierwszy od 5 lat udalo sie nam wyjsc na zabawe i moze z tego wlasnie powodu bawilismy sie wysmienicie. Wytanczylam sie do woli, co zwazajac na fakt, ze jestem w siodmym miesiacy ciazy i ze mialam na sobie buty z taaakimi obcasami stanowi pewien wyczyn 🙂
A potem bylo lezenie do gory kolami przez 2 dni. I kolejna impreza urodznowa u kolezanki Emilki i Ninki.
I to, w telegraficznym skrocie, byloby na tyle. Zdjecia sa pod tym linkiem: