Hallo Halloween!


Po poludniu wybralismy sie po halloweenowe kostiumy dla dziewczyn. Emi wymyslila sobie, ze bedzie czarodziejka. Cudem udalo sie kupic wlasnie takie przebranie. Wieszaki sklepowe byly doslownie ogolocone…
Po dyniach ani sladu!
Ninka w tym roku rowniez zostala czarodziejka (aczkolwiek usilnie twierdzi, ze jest ksiezniczka Bella):

Trwa nalot dzieci z sasiedztwa. Nasze dziewczyny juz wrocily z pelnym koszykiem slodyczy. Technika jedzenia jest nastepujaca: probujemy wszystkiego, po czym wypluwamy na podloge i siegamy po kolejne slodkosci.


Posted by Picasa

Znamy plec! :-)

Juz wiemy kto dolaczy do naszej rodziny! Wczoraj bylam na usg (tata w tym czasie pilnowal osypanej Emilki i goraczkujacej Niny) i wszystkiego sie dowiedzialam.

Narazie jestesmy po pierwszym szoku, bo jednak nie tego sie spodziewalismy. U nas sie przeciez same dziewczynki rodza, a lekarka twierdzi: it’s a boy!!!

Wirus, Peppa i dynia

Emi od kilku dni miala lekka goraczke i byla marudliwa. Dzis wstala calutenka w czerwonych kropkach. Troche bylo rano nerwow, ze to rozyczka lub inne swinstwo, ale lekarka rozwiala watpliwosci. To jakis wirus i nalezy… brac paracetamol. Tak wiec wszystkie atrakcje, ktore mialysmy zaplanowane na okres ferii szlag trafil. Odwolane wszystkie spotkania, a po drodze byly urodziny i Halloween. Moze sie Emi wykuruje do soboty, ale narazie nie wiadomo, czy Ninka nie zlapie tego samego, wiec nastawiamy sie na kilka dni „siedzenia” w domu.

Dyskusje w sprawie imion dla dzidzisia nabieraja rumiencow. Tata stwierdzil krotko: bedzie albo Peppa, albo George (niedzieciatym czytelnikom bloga polecam wpisanie w you tube hasla: swinka peppa)
Emi zgadza sie jedynie na siostrzyczke, a jak bedzie chlopczyk, to „trudno”. Jej imiona (na dzien dzisiejszy), to Daisy („Po polsku tez ladnie mamusiu: Strokrotka!”), albo Alina (ja tam juz z dwojga zlego wole Balladyne).
Nina typow narazie nie zdradza.
Mama tez 🙂

Dynie rzadza. Zrobilam dzis zupe krem z dyni z maslem orzechowym i cheddarem. Nie wiem dlaczego ale smakuje tylko mi…

Male podsumowanko dni poprzednich

Po krotkiej autorefleksji stwierdzam, ze typowo ciazowa przypadloscia w dniach obecnych jest niechec do internetu. I do komputera jako takiego rowniez. Zdjec tez nie robie z wielkim zapalem od miesiecy juz kilku…

Absencje on line rekompensuje sobie przenoszac czesc aktywnosci do swiata realnego: duzo czasu spedzamy poza domem, odwiedzamy znajomych, chodzimy na playgroups, na basen, a ostatnio bylysmy (ja+Ninka) na pierwszych zakupach typowo „ciazowych” – w szafie powitalam kilka par spodni w rozmiarze 14, lekko za duzych narazie, aczkolwiek bardzo perspektywicznych, kilka wielkich bluzek i swetrow oraz absolutnie hiciarskie w tym sezonie legginsy, ktore dla mnie (z powiekszajacym sie obwodem brzucha co chwila) sa niezbednikiem i wybawieniem ciuchowym.
Wracajac jednak do tematu: goscimy rowniez u siebie nowe kolezanki Nineczki. Byla Gosia i Judytka, a dzis Julka (na ktora Nina wola „Rurka”), trzylatka z fenomenalna zdolnoscia ukladania najtrudniejszych nawet puzzli. Swoja pasja zarazila Nine, ktora siedzi nad latwiejszymi ukladankami (z 12 sztuk) i z wielkim zapalem uklada.

Oprocz tego: jesien zawitala na dobre. Raz ladniejsza, innym razem brzydka jak dzis. Jak dla mnie jest to ulubiona pora roku – czlowiek dostaje od przyrody dokladnie to, czego oczekuje. „Rasowej” jesieni ma lac, byc zimno, wietrznie, wieczory powinny byc dluuugie. I tak jest.

Emilka konczy pierwszy semestr w szkole. Z jednej strony byl to dla niej czas trudny: 6 godzin spedzonych poza domem daje sie jej porzadnie we znaki. Wraca przemeczona, blada, slaba, placzliwa. Zal patrzec na dziecko… Gdyby to ode mnie zalezalo poszlaby do szkoly rok pozniej, bo – jak widac – nie dla niej takie wysilki calodniowe.
Z drugiej strony ilosc godzin jaka spedza na nauce (nawet jesli jest to nauka poprzez zabawe) bardzo wyraznie procentuje – Emilka nie dosc, ze umie napisac juz wszystkie litery (tzw pismem pisanym), to jeszcze nauczyla sie literowac wyrazy, a takze bezblednie rozpoznawac na jaka litere zaczyna sie slowo. Oprocz tego czyta pierwsze proste slowa po angielsku (cat, dog, zoo, ant, on itp dwu, trzy literowki) i pisze pod dyktando dluzsze wyrazy. Najfajniejsze w tym wszystkim jest jednak to, ze nauke traktuje jak wysmienita zabawe. Ulubionymi zabawkami sa obecnie karty z literami, a ukochana ksiazka zeszyt cwiczen.
Bardzo sie z jej postepow cieszymy!
Grzesia natomiast dopadl instynkt gniazda. W zeszly weekend docieplil dach i mamy teraz przyjemniutko i cieplutko (bez grzania nawet!). Oto on w przerwie w czasie pracy trenuje straszenie dzieci przed halloween:

Ja natomiast – jak w kazdej ciazy – czuje sie wysmienicie. Po traumatycznych pierwszych trzech miesiacach, gdy mdlosci towarzyszyly mi non stop, przyszedl czas na najprzyjemniejsze. I dochodze do wniosku, ze w ciazy owo najprzyjemniejsze to wlasnie oczekiwanie: gdy czlowiek wie, na 100% wie, ze juz za jakis czas przytrafi sie cos absolutnie niesamowitego, niepowtarzalnego i cudownego. Ze to szczescie (w postaci nowego maluskiego czlowieka) jest NIEUNIKNIONE. Na nasze szczescie przyjdzie nam poczekac jeszcze okolo 22 tygodni. Ale… juz w srode kolejne usg i spotkanie z Ahmedem/Nikolka ;-)))
Moze dowiemy sie, ktore z tych pieknych imion przypadnie naszemu dzidzisiowi???

A tu ja, gdyby ktos sie pytal jak wygladam i czym gruba juz.

Jesien

Wstajemy za 20 osma i takie oto, malownicze wschody slonca nas witaja. Dzis zrobila sie prawdziwie niemila jesien – lalo przez pol dnia. Zeby troche zaradzic aurze i humorom wybralysmy sie z Ninka na basen. I to byl strzal w dziesiatke. Ninka z radosci az spiewala, a rumiencem entuzjazmu pokryla sie juz w szatni:

Trudno ja bylo namowic na wyjscie. Dopiero obietnica spotkania z siostra podzialala.

Posted by Picasa

Wspomnienia

No i jestesmy „u siebie”. Mimo moich przypuszczen, nie trzeba mnie bylo do samolotu wolami zaciagac 😉 Pogoda, jak zwykle zreszta jesienia, ladniejsza i bardziej znosna niz przez reszte roku, wiec i nastroje calkiem mile, a powrot nie taki straszny, jak go maluja. Dom, to jednak dom – grunt, ze wlasny, z calym mnostwem gratow niezbednych do zycia oraz z prywatnoscia i intymnoscia nie do przecenienia. Od jutra machina rusza pelna para: szkola Emilki, moje i Niny playgroups oraz planowany basen. Oby tym razem doszedl do skutku, bo zapalenie ucha powraca jak bumerang i odwleka w czasie zajecia na Ponds Forge. Troche jeszcze zyjemy wakacjami w Polsce: w lodowce szyneczka od babci, dojadamy polskie lakocie, po domu walaja sie Polityki, Newsweeki, Charaktery i Przekroje – wszystko celowo nieczytane w Krakowie… Troche ksiazek kupilismy, ale znajac zycie za miesiac sladu po nich nie bedzie 🙂
Ogladamy tez zdjecia i trawimy krakowskie doswiadczenia, rozmowy z rodzina i przyjaciolmi oraz wlasne obserwacje. Na mnie pierwsze, najwieksze i najmocniejsze wrazenie pozostawila polska PRZESTRZEN: domy tak wielkie, o palacowej wrecz kubaturze (150 – 200 metrow kwadratowych to standard), a Krakow tak rozlegly. Kolejne mocne wrazenie, to pogoda: sucho, slonecznie i jasno. No i jedzenie: smaczne; bardzo niebezpiecznie smaczne…
Ludzie, no coz, nie raz o tym pisalam, niezmiennie smutni. Z rzadka slychac „przepraszam” – ktos traca w tramwaju i nawet nie raczy…
Trenowalam tez jazde po prawej stronie jezdni – nawet bez wiekszych wpadek, zmiana biegow prawa reka nie jest tak uciazliwa, jak sadzilam. Mialam natomiast mnostwo swoich „pierwszych razow” na drodze: po raz pierwszy ktos mnie nie wpuscil na pas obok, po raz pierwszy ktos wymusil na mnie pierwszenstwo, zajechal droge, wyprzedzil z prawej strony itp.
Zdziwienia tez nie krylam, gdy zobaczylam, ze wszystkie dzieci, niezaleznie od pogody chodza w czapkach… Przy 25 stopniach na plusie (co zdarzylo sie nam ostatniego dnia) obraz kilkulatkow w czapkach jest co najmniej zastanawiajacy. Babcie i nianie natomiast porozbierane do t – shirtow… No wlasnie, kolejne spostrzezenie – babcie i nianie wychowujace dzieci naleza do codziennosci. Tutaj jednak jest to ogromna rzadkoscia, na placach zabaw widac mamy lub tatow, starsze osoby raczej w niedzielne popoludnia, a i to bardzo, bardzo sporadycznie.
Z praktycznych informacji, ktore udalo sie nam zgromadzic przez tych kilka dni: jedzenie jest nadal duzo tansze niz tutaj (kg pomidorow za 2 zlote, kg burakow za 1,50 zeta… ), ubrania sa skandalicznie drogie, a te tansze (w supermarketach) niezbyt urokliwe… sprawdzalismy tez na necie ceny domow (z drugiej reki) i cenowo wypadly calkiem przystepnie: za 180 metrowy dom w Krakowie licza 400 tysiecy zlotych. W Sheffield za te cene kupi sie dom 70cio metrowy. A i to z wielkim trudem, bo zazwyczaj sa drozsze.
Podroze takie sa dla mnie zawsze bardziej podrozami w czasie niz przestrzeni. Ze wzgledu na krotki czas spedzany w drodze, to po pierwsze. Ale rowniez dlatego, ze ta cala Polska, ten caly Krakow pozostaje gdzies daleko za nami, w przeszlosci i wspomnieniach, nietkniety terazniejszoscia i gdy znow sie tam zjawiamy, to troche przenosimy sie w czasie. Odzywaja nie tylko wspomnienia, ale rowniez ta czesc osobowosci, ktorej tutaj nie ma, czlowiek przypomina sobie, ze lubil dawniej cos robic, ze mial przyjaciol szkolnych, swe rytualy, miejsca, smaki, zapachy i ze wszystkiego tego na codzien brakuje.
Dziewczyny zzyly sie bardzo z rodzina, mialy okazje poznac babcie i dziadkow oraz wojkow i ciocie. Nina bardzo sie rozgadala po polsku -silne emocje i „cale miasto mowiace po polsku” zrobily swoje. Babcia, jak to typowa babcia, zameczala je jedzeniem (z Niny zrobila w tydzien niejadka!), ale stwierdzilismy, ze nasza interwencja nie jest konieczna: ani Nina, ani Emi nie daly w siebie wpychac (skadinand przepysznych!) posilkow i jadly tyle, ile mogly. Babcia natomiast gotowala im po 2 obiady, po 2 kolacje i ze 3 zestawy sniadaniowe… Od swieta wzruszajace, na codzien byloby to dla nas pewnie mocno irytujace.
Powrot dla naszych dziewczyn byl bardzo mily – dom, ukochane zabawki, ksiazeczki, wlasne pokoiki i lozeczka, domowe rytualy (kapiel we wlasnej wannie!), harce w ogrodku, to wszystko widac, ze sprawia im podwojna radosc.
A na koniec ostatnia rzecz: reakcja rodziny na wiadomosc o naszym kolejnym dziecku – zaskakujaca! Nikt niczego nie zauwazyl! Myslalam, ze juz widac brzuszek (w koncu to przeciez 5 miesiac!). Przy okazji gratulacji dowiedzialam sie od mojej mamy, ze zawsze bardzo zalowala (i do tej pory zaluje), ze miala tylko dwojke dzieci… ze gdyby mogla wrocic czas, to mialabym dodatkowa siostre lub brata.

Randkujemy

Halo, halo, to my, melduje sie Krakow! Pogoda mamy przesliczna. Sloneczko, rzeski chlodek z rana i wieczorami, zlote liscie pachnace jesienia i zadnego deszczu, zadnej wilgoci…
Babcia Marysia i dziadek Jurek goszcza nas prawdziwie po krolewsku. Spimy do oporu, jemy wysmienicie, dziecmi ciagle sie ktos zajmuje. Wczoraj Krzys i babcia Danusia wzieli nas do muzeum przyrodniczego, a potem na kremowki i kawke, dzis babcia Marysia porwala dziewczyny do Rynku i do smoka wawelskiego, weekend juz zapowiada sie ekscytujaco…
Najatrakcyjniejsze sa chyba wieczorne bezdzieciowe wyjscia na miasto. Randkujemy do oporu! Spacerujemy noca po tych wszystkich ukochanych uliczkach, odwiedzamy nasze knajpki, nasze ksiegarnie i kina. Z ogromna ulga zauwazamy, ze tak niewiele sie zmienilo od czasu wyjazdu. Balismy sie, ze przez tych kilka lat Krakow zaleje tandeta z zachodu, ze fala turystyczna zrowna wszystko do poziomu zmakdonaldyzowanych pseudokafejek. Niespodzianka – odnaldujemy na Grodzkiej te same witryny przypominajace schylek lat 90tych (mowa o Dromaderze z przasnymi wyrobami ze skory lub o ciastkarni na rogu), z radoscia jezdzimy Stradomiem upstrzonym szyldami, z brudnymi kamienicami calymi w graffiti. Kawa ma ten sam, niepowtarzalny smak i nawet ludzie sa jacys tacy… znajomi. Empik, w srodku tygodnia, tuz przed 22 tloczny. Sala kinowa niemalze pelna. Wieczorami znikaja turysci, a wylegaja studenci, miasto zyje. Milo i bezpiecznie jest wtopic sie w tlum. Bez niewygodnego poczucia odstawania i niepasowania.
Dzieci tak trafnie i prosto wyrazaja uczucia. Powtorze za zdziwiona Emilka: „Mamo! Cale miasto mowi po polsku!!!”
Nie tylko o mowienie chodzi…