O tym jak poznalam Martoline i jej druzyne

Po 5 latach znajomosci w koncu sie poznalysmy…

Zdanie powyzsze, mimo absurdu w nim zawartego, jest jak najbardziej prawdziwe. A wszystko dzieki internetowi. Historia znajomosci na miare czasow wspolczesnych: my z Krakowa, Marta (forumowa Martolina) z Warszawy, a spotkalysmy sie po raz pierwszy w realu w Greater London. Dotrzec nie bylo latwo, korek przetrzymal nas w odleglosci 5 mil przed Cheam az poltorej godziny (!)…

Na miejscu okazalo sie, ze zostalismy przyjeci przez najbardziej goscinna rodzine jaka do tej pory poznalam. Michalek (nota bene dzien starszy od Emi) oraz Macius (tez prawie rowniesnik Ninki) absolutnie nas urzekli: dziewczyny od razu zaczely sie z nimi bawic jak ze starymi kuplami z piaskownicy. Rodzice bawili sie rownie dobrze co dzieci, szczegolnie wieczorem, gdy Artek po raz kolejny (po drodze byl jeszcze obiad) zaserwowal nam wysmienity posilek. Wspolne lepienie sushi zbliza 😉

Mistrz kuchni sie relaksuje.

Domowe sushi nie tylko smakowalo wysmienicie…

… ale bylo go tez mnostwo.


Nastepnego dnia wybralismy sie do Natural History Museum w Londynie. Wycieczka wysmienita, mnostwo atrakcji, z ktorych chyba najwspanialsze byly dinozaury. Dzieci byly zachwycone! Szkielety dinozaurow, skamieliny, ruszajace sie i ryczace wielkie t – rexy.

Do centrum dotarlismy autobusami. Emi i Michalek obowiazkowo na gorze, w pierwszym rzedzie siedzen!

Z zewnatrz.

Czesc druzyny.

W srodku.

Widzieliscie wniebowziete dziecko? Oto ono!

Ruszajace sie dinozaury nie robily tak rozkosznego wrazenia…

… co ich dopiero co wyklute maluchy.

Cala czworka pozuje przed gablotami.

Troche wiedzy o czlowieku…

…i domyslow na temat kosmitow.

I cos, co dzieci lubia najbardziej -lizaki (ktore nota bene Grzes kupil od polskiej sprzedawczyni).


Okazalo sie, ze nasze dzieci od razu odnalazly wspolny jezyk (i wbrew pozorom nie mam tu na mysli polskiego…) – Nina i Macius w ten sam sposob okreslaja „plac zabaw” slowem brzmiacym „bauaw” (cos w tym stylu), a Michalek i Emilka dziela sie spotrzezeniami na temat aut (Michalek: „moje ulubione auto to porsche!”A Emi na to: „A moje ulubione auto to nissan micra!”) Wielkim powodzeniem cieszyla sie zabawa w potwory: dzieciaki przebieraly sie w maski halloweenowe i straszyly nawzajem. Wieczorem natomiast bylo wspolne czytanie ksiazeczki przed snem. Grzes udowodnil, ze przeczytanie jednej ksiazki czworce dzieci jest mozliwe. Dobrze to rokuje na przyszlosc 😉 Oto on w akcji:

Wyjezdzalismy wziawszy wczesniej obietnice od Marty i Artka, ze odwiedza nas w sierpniowrzesniu na uczte pierogowa. Mamy nadzieje w ten sposob odwdzieczyc sie za przemila atmosfere i niespotykana w tych czasach goscinnosc! Martus, wieeelkie dzieki. Bardzo zaluje, ze nie mieszkamy blizej… ale kto wie, gdzie nas jeszcze wyniesie, moze w strone Londynu, ktory mnie po raz kolejny oczarowal…

6 myśli na temat “O tym jak poznalam Martoline i jej druzyne

  1. aż się łezka w oku zakręciła na samo wspomnienie. Przysłodziłaś Moja Droga, bardzo :-D. Ale co prawda, to prawda: Fajowo było.

    A co do przeprowadzek, to coś czuję, że nas wpólna Warszawa po prostu czeka…

    Do zobaczenia po wakacjach (i ćwiczcie już lepienie pierogów) 😀

  2. to prawda Marta, musicie sie obie przeprowadzic do Wawki
    zazdroszcze Wam bardzo spotkania 🙂 bo ja sie z Dorotka spotkac jakos nie moge. i czekam i czekam… u mnie tez dobre zarko! przybywaj!

  3. Ania, ale my powaznie z ta Warszawa! Grzesiek szuka pracy, bo tu sie straszna kicha porobila… Miedzy innymi dlatego do Polski na wakacje sie nie wybieramy – musielismy sie na jeden wyjazd zdecydowac.
    Ale by bylo gotowanie, gdybysmy sie w 3 rodziny spotkali!!!
    (i „breezera” tez by pewnie zeszlo mnostwo)
    🙂

  4. no i git, przybywajcie do WArszawy!!!

    bedzie uczta co tydzien w innym domku!

    ja w nocy powróciłam z Wyprawy i rzuciłam sie na owoce i warzywa, w Arktyce tylko ryby i ryby…

Możliwość komentowania jest wyłączona.