Nowy dom przedswiatecznie

No i jestesmy. Spod paczek, kartonow, walizek, tobolkow, luzno rzuconych ksiazek i garnkow, butow oraz sukienek letnich wydostalam komputer, klawiature, myche i monitor, wiec pisze.
Zartuje oczywiscie! Chaos ogarniety juz kilka dni temu, dom ujarzmiony, przeprowadzka za nami. Ufff! Jeszcze jedno wielkie ufff!
Bez zbednych wstepow: jest zajebiscie! Dom jest po prostu odlotowy! Klimatem przypomina mi babciny Hrubieszow (w wersji Grzeskowej: babciny Debowiec), czyli stary przedwojenny wiejski (lub malomiasteczkowy) dom. Futryny, drzwi, cokoly – wszystko to jest oldskulowe i zupelnie niesamowite. Jakies fikusne haczyki, klameczki, patenty na otwieranie, zamykanie, przechowywanie – kto to wszystko wymyslil? No i te wielkie, wspaniale okna, z ktorych najbardziej cieszy poludniowa strona nasloneczniajaca od rana do wieczora salon, nasza sypialnie i lazienke. Wiekszosc wnetrz wymaga remontu, bo nikt z nas w blekitach nie gustuje (a poprzednia wlascicielka owszem, jak najbardziej tak), no i nie do pominiecia jest fakt, ze nie mamy prawie wcale mebli 🙂
Ale naj, naj, najbardziej w domu naszym cieszy… ogrod. Jest ogromny! Jak na warunki angielskie, o ktorych nie bez kozery mawia sie, ze „angielskie domy maja ogrodki wielkosci rozlozonego koca”, to jest to zupelna anomalia. Tak wiec jestesmy obyczworo przeszczesliwi z tego kawalka ziemi. Nacieszyc sie nie mozemy, planujemy co, gdzie i jak zrobimy, a do prawdy pracy jest mnostwo, bo obecnie mamy trawe, zywoplot i dwa drzewa na stanie.
Dziewczynki zadomowily sie szybko i w miare bezbolesnie. Nie obylo sie oczywiscie bez stresow – Ninula budzi sie w nocy, Emi zlosci sie latwiej niz zazwyczaj.
Przygotowania do swiat wlasnie sie rozpoczely – z kuchni dobiegaja pierwsze bozonarodzeniowe zapachy. Choinka („ekologiczna, jak zawsze! „- piszac te slowa Matka dumnie wypina piers) zostala juz przystrojona. Nie raz, nie dwa. Kilka razy. Nina, nie wiedziec czemu, upodobala sobie sciaganie ozdob, lampek i baniek z choinki, co juz nie raz skutkowalo „przywaleniem” dziecka drzewem. Cale szczescie bombek szklanych bylo niewiele. Teraz jest ich jeszcze mniej.

1/2 grudnia za nami

Na deszczowe, zimne dni odkrylysmy z dziewczynami fajne centrum zabawowe, ktore serdecznie polecam (http://www.themegacentre.com/). Rzut beretem od centrum znajduja sie dwie duze sale z atrakcjami dla maluchow: pilki, zamki do skakania, zjezdzalnie, hustawki itp, a dla mam kawiarenka, wielkie, wygodne sofy, swieza prasa. Emilce i Nince bardzo sie tam podoba; mlodsza moze nawiazac pierwsze kontakty towarzyskie z rowiesnikami oraz ze starszakami, za ktorymi probuje nadazyc goniac Emilke. Nie jest latwo, ale stara sie i jest bardzo dzielna: wspina sie wysoko, zjezdza z wysokich zjezdzalni, chce skakac na dmuchanym zamku razem z czterolatkami i w nosie ma, ze czasem ktores starsze dziecko stara sie ja ignorowac i nie dopuszcza do zabawek. Jak do tej pory jest raczej typem obserwatora w relacjach spolecznych, widac, ze uczy sie ich i stara rozszyfrowac. Pomaga jej w tym siostra, ktora dba o to, by i Nina mogla uczestniczyc w zabawach. Emilka jest zreszta chodzaca encyklopedia dla Ninki: uczy ja mnostwa rzeczy, wsrod ktorych jest wspolne spiewanie najprostszych piosenek (jakies „wlaz kotki”, sto lat i inne) oraz liczenie. Emilka zafascynowana jest ostatnio liczebnoscia wszystkiego, na czym swiat stoi. Wiec liczy i liczy i sprawdza, czy jest po rowno, czy czegos ubylo i czy czegos przybylo. Smieszne to. Nina uczy sie w tym samym czasie liczyc do pieciu i robi to bardzo zabawnie, bo zawsze pomija JEDEN. To tak, jakby pojedynczosc sie nie liczyla, jakby nie bylo warto zadawac sobie trudu na zwyczajne JEDEN. Oprocz liczenia mala wyszukuje w otaczajacym ja swiecie paskow i kropek. Najczesciej znajduje je na ubrankach i z tryumfalnym okrzykiem wola na caly glos „kropki, kropki”, albo „paski, paski” i wskazuje na te wzory. Uczymy ja tez pierwszych kolorow – narazie zna zolty. Dobry i zolty!


W ciagu ostatniego czasu Ninula bardzo sie zmienila, ale dzieje sie to wszystko tak szybko, a my glowy mamy czym innym zajete, ze nie sposob tego spamietac, ani spisac. Wyrywkowo notuje jedynie, by na pamiatke kiedys bylo tych kilka dat i faktow z dziecinstwa. O wlasnie! Przypomnialo mi sie, ze Nina powiedziala swoje pierwsze dluzsze zdanie, ktore brzmialo: „Nina nie ma kolczyki.” A potem wskazala na moje uszy mowiac „Mama ma kolczyki.”

Emilka natomiast zaczela uzywac coraz bardziej skomplikowanych konstrukcji zdaniowych, wyszukujemy w jej slowniku slowa zupelnie nowe, ktore z powodzeniem i bardzo trafnie stosuje w rozmaitych kontekstach. Zauwazylam rowniez, ze potrafi bardzo sprytnie odpowiadac na pytania i ze jest bardzo samodzielna w rozumowaniu. Uwielbia na przyklad grac z nami w kolko i krzyzyk!


Staramy sie, by przeprowadzka nie byla wydarzeniem bardzo stresujacym dla dziewczynek. Emi wie i rozumie, ze za kilka dni opusci swoj pokoik i bedzie musiala przyswoic sobie inne cztery sciany. Duzo z nia na ten temat rozmawiamy, tlumaczymy jej dlaczego tak jest i podkreslamy dobre strony zmiany domu. Wydaje sie, ze bedzie dobrze. Dostala od nas do nowego pokoiku na sciane kalendarz ze zdjeciami malych zwierzatek i juz nie moze sie doczekac, aby go przywiesic nad nowym lozeczkiem.

A tutaj juz zdjecia z dzisiejszego spaceru do Endcliffa. Emi – co widac powyzej – jest amatorka sportow zimowych!

Odnowili plac zabaw i jest po prostu super. Polecamy!

Goraczka przeprowadzki

Juz za kilka dni przeprowadzka. Atmosfera zmian wisi w powietrzu i… lezy rowniez na podlodze – spakowalismy juz ilosciowo najliczniejsza kategorie, czyli zabawki (zwane przez Grzeska kruszonka zabawkowa ) i teraz potykamy sie o porozstawiane wszedzie pudla. Duzo tego wszystkiego nie bedzie: ksiazki, ciuchy, kuchenne szpargoly. Mebli nie mamy – poza pianinem, ktore i tak meblem de facto nie jest – 3 materace, stol, 2 krzesla i tyle. Poczatki w nowym domu beda ciekawe, glownie ze wzgledu na organizacje Bozego Narodzenia w nieumeblowanym lokum.

Opuszczamy Park Grange Mount, miejsce w ktorym zamieszkalismy bedac jeszcze trzyosobowa rodzina. Przezylismy tutaj bardzo szczesliwy czas, spotkaly nas same dobre wydarzenia, narodzila sie Nineczka i tyle rzeczy zdarzylo sie tutaj „po raz pierwszy”. To wszystko zostanie tutaj, ale tez zabierzemy ze soba tyle ile sie da, w postaci wspomnien, zdjec, filmikow. Bardzo przyjemnie sie tutaj mieszkalo i – gdyby nie koniecznosc zmiany – nikt by sie stad nigdzie nie ruszal.
A czekajac na nowe nie proznujemy.
Chorujemy. 🙂
Emi nie chodzi do przedszkola, Grzes juz w pracy, Ninka chyba w najgorszym stanie, a mnie prawie zupelnie grypa ominela. W czasie choroby zajmujemy sie miedzy innymi nastepujacymi rzeczami:


Grzes lepi swinke Rege:

A Emi przy tej okazji poznala znaczenie slowa „dredy”:

Maminy cheesecake i inne przepisy

Do maminych (ewentualnie babcinych) smakow wraca sie przez cale zycie. Poszukuje sie ich w kuchniach swiata, odtwarza we wlasnej. Kulinarne gusty ksztaltuja sie ponoc do drugiego roku zycia… Hmm, niedobrze, bo jesli to prawda, to moje dzieci najbardziej na swiecie beda lubialy zelki i oranzade w proszku 😉 Co zreszta i tak nie jest najwiekszym dziwactwem, bo w rodzinie zdarzaja sie inne, calkie ciekawe anomalie smakowe, takie jak na przyklad ulubiona przekaska babci Danusi, jaka jest kromka chleba ze smietana (!), albo zupa na sniadanie, ktora z luboscia zajada sie dziadek Jurek, co zreszta jest niczym w porownaniu z jajecznicza polana ketchupem (wojek Krzysiek) albo drozdzami jedzonymi jako przekaska (wojek Piotrek). Nie o takie smaki mi jednak chodzilo. Sentymentalne powroty kulinarne, to raczej babcina cielecinka w sosie, albo te niezapomniane pierogi z serem, czy jarzynowka, tak gesta, ze lyzka stawala niemalze deba. No i mnostwo swiezego koperku…
Ale, ale, wracajac na ziemie i pamietajac wlasne pierwociny w kuchni, gdy kazda nieprzypalona woda na herbate cieszyla, postanowilam spisac kilka prostych, dobrych rad, ktore w przyszlosci beda mogly wykorzstac moje corki (o ile sie doszczetnie nie zmakdonaldyzuja na tym paskudnym, konsumpcyjnym „zachodzie” 😉
Tak wiec, droga Emi, droga Nino! Jesli kiedykolwiek bedziecie chcialy wlasnorecznie zrobic pierogi domowe o smaku maminych podaje przepis:
maka najlepsza jaka jest + bardzo goraca przegotowana woda + szczypta soli + lyzeczka maselka.
WSIO.
Gnieciemy, gnieciemy, gnieciemy.
Na farsz: ziemniaki z serem, albo gotowane miesko z wloszczyzna +przyprawy.
WSIO.
Proste jak drut, prawda? I tylko nie wiem jakim cudem, mimo tak banalnego przepisu pierogi kazdemu wychodza inaczej… Do tej pory trwa spor rodzinny o wyzszosc pierogow babci z Hrubieszowa nad pierogami babci Zosi (albo odwrotnie). Kazdy swoje wie i nie do przekonania jest strona druga, tym bardziej, ze smakow odtworzyc sie juz nie da. Zeby wiec tego bledu nie ciagnac pokoleniami, spisuje kolejny domowy przepis, tym razem na sernik, dumnie zwanym z angielska cheesecake’iem. Zwanym tak z jednej przyczyny: sernik robi sie z polskiego bialego sera, cheesecake z dostepnego tutaj twarozku (takiego na przyklad President).

SKLADNIKI:
Masa serowa:
4 serki President (po 200g kazdy)
4 zoltka
3 jajka cale
1 lyzeczka maki ziemniaczanej
150g cukru
3 lyzki cukru waniliowego
225 ml smietany kremowki
Spod:
225g ciasteczek digestive
75g masla
Kokosowa pierzynka:
3 bialka
100g wiorek kokosowych
1/2 szklanki cukru

Jak robimy? Ciastkowy spod kruszymy i mieszamy z maslem. Wykladamy na tortownicy. Skladniki na serowa mase mieszamy mikserem. Wylewamy na ciastkowy spod. Wkladamy do nagrzanego piekarnika (180 stopni) na 45 minut. Po tym czasie polewamy kokosowa pierzynka, ktora robi sie nastepujaco: ubijamy bialka z cukrem, a gdy juz sa ubite dodajemy kokos. Bardzo delikatnie nakladamy to wszystko na podpieczony cheesecake i pieczemy kolejnych 15 minut. Przed podaniem studzimy – i tu jest najtrudniejsza czesc przepisu – CALA NOC w lodowce. No, a potem, to juz tylko hedonizm, hedonizm, hedonizm.

Ps. Kochani, znamy sie na tyle, ze nie musze chyba pisac dlaczego zdjec wypiekow nie ma?

Sanie swietego Mikolaja

Rodzice chcieli wczoraj podgrzac nieco atmosfere oczekiwania na swietego Mikolaja. W koncu przyjemnosc z czekania bywa czasem (czesto?) wieksza niz wydarzenie samo w sobie. Tak wiec droczylismy sie troche z Emi pytajac, czy sie cieszy i czy sie domysla, co dostanie w prezencie. Emi napisala (i czesciowo narysowala) list, ktory znalazl sie na parapecie oczekujac odbioru przez przelatujacego nad naszym domem Mikolaja. W nocy Emi przyszla do nas do lozka i traf chcial, ze wlasnie w tej chwili przelatywal nad naszym domem (bardzo nisko) helikopter blyskajac bialymi i czerwonymi swiatlami. Emisia z zachwytu az piszczala „Mamo, tato, widze sanie Mikolaja!” Nie moglibysmy tego lepiej zaaranzowac! Emi z wypiekami na twarzy przez caly dzien powtarza, ze widziala sanie swietego Mikolaja. I wierzymy jej – rzeczywiscie je WIDZIALA.

Pierozanki

„Dzien pieroga” to calkiem dobra wymowka do zabawy z dziewczynami. Emilka od samego rana prosi: „maaamooo, a zrobimy dzis pierogi?” I nie ma wymowek, lepic trzeba, bo robienie ciasta, walkowanie, wycinanie kolek i klejenie pierogow to jedna z ulubionych zabaw naszych corek.

Coz sie dziwic, skoro maka to idealny budulec:

Tylko czasem…

…rece sie bardzo kleja:

I pierwsza tura pierogowa juz za nami. Emi wcina az sie jej uszy trzesa:

A Nina nawet o gryzieniu zapomniala: