Od swietego M. ferrari poprosze

Weekend minal szybciej niz sie zaczal. W sobote wybralismy sie cala rodzina na basen. Emilka ze szczescia az piszczala. W wodzie plywala, skakala, pluskala i zanurzala glowe cwiczac pierwsze nurki. Probowala rowniez sama plywac kopiac nogami na wszystkie strony. Nina byla juz kiedys na basenie, ale zdaje sie, ze nie pamieta z tamtego doswiadczenia wiele. Tym razem byla bardzo zdziwiona wszystkim dookola. Wiecej obserwowala niz sie bawila. No i – w przeciwienstwie do Emi – bylo jej zimno w wodzie, bo szczeka „latala” jej niemilosiernie. Po pierwszym szoku zaczela odwazniej pluskac sie w wodzie, a gdy przeszlismy do baseniku dla najmlodszych, to juz w ogole sama stanela na nogi i zaczela brnac na srodek. Postanowilam, ze zaraz po przeprowadzce zapisujemy sie na kursy „plywania” dla najmlodszych.

Jak juz wspominalam wczesniej, u nas jest juz boze narodzenie. Zapytalam wiec Emilke, czy ma jakies wymarzone prezenty pod choinke i (ku swojemu zdziwieniu) otrzymalam natychmiastowa odpowiedz. Emi jednym tchem wypowiedziala cala liste, na ktorej sa: „lornetka, teleskop, globus, kuchnia dla dzieci.” Wmurowalo nas. Wzielismy wiec dziewczyny do Toys R Us, zeby sobie same wybraly prezenty, a potem bedziemy pisac list do sw. Mikolaja. Nina od razu pomaszerowala do pulek z samochodami. Kazde auto jest cudowne: male, duze, grajace i zwykle plastikowe, nawet pociagi sa interesujece, bo maja przeciez kola. A zmeczone samochody wozi sie w wozku (dla lalek i zamiast lalek) i rownie fajnie rysuje sie je godzinami z mama (Nina mowi wtedy „mama, auto” i zanim postawie pierwsza kreske przypomina „kolo, kolo”). Tak wiec sw. Mikolaj ma w tym roku zadanie ulatwione.

Nr 100

Skonczyly sie zarty! Zaczela sie zima – wiekszosc drzew juz ogolocona, wiatr dmie co sil, a na noc zapowiadaja nawet lekkie przymrozki. Cale szczescie, ze deszcz odposcil na chwile i mozna (ubrawszy sie odpowiednio) spacerowac. Jest to ulubione zajecie Ninki: mala ma szalenie duzo energii, ktora trzeba w ciagu dnia „wybiegac”, najlepiej w parku, wsrod szeleszczacych lisci, na zielonej trawie.

Na poranne spacery zabieramy jeszcze ze soba wozek, ale Nina samodzielnie dochodzi do parku, potem bawi sie na placu zabaw i sama wraca do domu. Po poludniu, gdy Emi jest juz po przedszkolu czesto idziemy na drugi spacer:

Emilka uczy wtedy siostre roznych „sztuczek” – chodzenia po murkach, wrzucania kamieni do studzienek, deptania po grzybach (z charakterystycznym „bleee” wyrazajacym odraze), zbierania suchych lisci i zoledzi. Dziewczyny zabieraja za soba rowniez rozne rekwizyty spacerowe. Najchetniej auta.

Place zabaw rowniez nabraly innego znaczenia. Wszystkie hustawki, zjezdzalnie i inne cudaczne urzadzenia staly sie dla Niny w pelni dostepne. Czasem tylko potrzebna jest pomoc mamy lub siostry, by wspiac sie gdzies bardzo, bardzo wysoko:

Calkiem niedawno bylo jeszcze tak kolorowo i pieknie:

Moze nie jest to polska zlota jesien… ale rowniez jest zlota.

I na koniec mala uwaga: to juz setny post na naszym blogu!

G-O-K-A-M

Matka lezy dzis na sofie i caluje sie z namlodsza. Po kilku buziaczkach, powazna Nina patrzac Mamie w oczy wypowiada:
-Gokam.
Skolowana Matka dopiero po kilku sekundach lapie o co chodzi. „Gokam”, to „KOCHAM” w wymowie najmlodszej.

Ehhh, lezka sie kreci w oku. Dla takich chwil warto zyc.

Xmas time

Od kilku tygodni trwaja u nas swieta bozego narodzenia. Sklepowe boze narodzenie zaczelo sie tuz po halloween i trwac bedzie nieprzerwanie przez prawie 60 dni. Ktos madry zauwazyl kiedys, ze w Polsce rozpamietuje sie swieta, a w Anglii cieszy na zas. Bardzo to trafne spostrzezenie – choinka w anglosaskim kregu kulturowym pojawia sie w domach gdzies w okolicach pierwszego grudnia i ma symbolizowac radosc z nadchodzacych swiat. W Polsce choinka pojawia sie najczesciej w Wigilie i jest trzymana w domu az do stycznia, a w tym okresie zyje sie – minionymi juz – swietami, spogladajac w stecz, rozpamietujac. A jesli by przyjrzec sie dokladniej 60-cio dniowemu swietowaniu, to okaze sie, ze cala impreza skraca sie do jednej doby. Wigilia jest dniem pracujacym (wiec sie nie liczy), pierwszy dzien swiat swietujemy, ale juz w drugi kazdy „szanujacy sie” Anglik pedzi do sklepow na wyprzedaze. Najpierw pojawiaja sie w mediach instrukcje, co zrobic w drugim dniu bozego narodzenia (kupic skorzana sofe, telewizor, konsole, buty, lego…), ktore swoje apogeum osiagaja w przededniu wyprzedazy (czyli w pierwszym dniu swiat). Nastepnie cale korowody aut poruszaja sie slimaczym tempem w strone supermarketow. Mielismy juz okazje trafic w te zakorkowane ulice i obserwowac szal z bliska. Zanim jednak to nastapi przedstawiam jeden z najpiekniejszych, wspolczesnych symboli swiat bozego narodzenia:

Zawsze coca – cola?

Hurtowo, skrotowo i zdjeciowo

Najpierw szybkie uzupelnienie dni minionych. Z weekendu najbardziej zapadla nam w pamiec wizyta u znajomych. Emilka poglebiala przyjazn z Zosia, Nina wrecz przeciwnie, weszla na wojenna sciezke ze swym rowiesnikiem Piotrusiem. Odbyla pierwsza w zyciu walke wrecz. Przedmiotem sporu stal sie grajacy stolik, ktory ni stad ni zowad nagle wydal sie obu maluchom najatrakcyjniejsza zabawka, jaka walala sie po podlodze. Zeby oddac prawdziwy obraz: jedna z tysiaca zabawek.

Wzgledny spokoj zapanowal dopiero przy wspolnie ogladanej dobranocce:

Poza tym Matka dostala bezwzgledny zakaz pieczenia sernikow oraz spotykania sie z „rowniez – piekaca – seniki – Hania”. To tak na marginesie 😉
Wiecej zdjec z imprezy jest tutaj: http://picasaweb.google.co.uk/demendecka/ListopadowyWeekend#

Widok z naszych okien niezmiennie przedstawia taki oto smutny obraz:

No, moze poza kilkoma promykami slonca, ktore udalo sie nam nalapac dzisiaj. Emi w lisciach:

Liscie same sobie:

I inni:


„Rozbieraj sie, dziewczyno!”

Glodna Nina, to zla Nina.

Wieczorami Grzes wypelnia listopadowa nude wspolnym rysowniem:

Jak bylam mala…

Jesli sie Panstwu wydaje, ze czterolatka jest malutka dziewczynka, to sa Panstwo w glebokim bledzie. Czterolatka jest juz duza dziewczynka, co daje jej prawo zaczynania kazdego zdania formulka: „Jak bylam mala, to…”

Tak wiec: jak Emi byla mala, to bala sie fajerwerkow, ktore to rozbrzmiewaja nad Wyspami co roku 5 listopada z okazji Bonfire Night. Tegoroczne okazaly sie byc jednym wielkim (nomen omen) niewypalem. Niebo bylo tak zamglone, ze z trudem rozpoznawalismy miejsce na niebie, w ktorym poleciala nasza rakieta. Same ognie sztuczne tez nie byly rewelacyjne… Huku robily mnostwo, a efekty swietlne zadne. Podobnie bylo w sobote, gdy wybralismy sie na pokaz ogni sztucznych w parku. Najpierw zaplonelo wielkie ognisko – do tego momentu wytrwalismy dzielnie. Ale potem zrobilo sie bardzo zimno, wialo i padalo, wiec zwinelismy manatki i wrocilismy do domu.

Wyjasnieniem dla naglego „wydoroslenia” Emi jest (najprawdopodobniej) jej nowa przyjaciolka z przedszkola. Kilka dni temu miala miejsce scena zazdrosci rodem z brazylijskiej telenoweli – dwie dziewczynki w przedszkolu pobily sie o wzgledy Emi. Wygrala Leila, ktora (jak na moje oko) jest mlodsza od Emci. Nie musze chyba dodawac, ze jest zapatrzona w nasza pierworodna jak w obraz.


Emi jak byla mala uwielbiala rowniez myc z tata auto – zostalo jej to do dzis i zawsze przylacza sie, by pomoc.

Sam na sam

Brzydziej byc nie moze – ciemno, pochmurno, deszczowo. Zewszad otaczaja nas ni to mgly, ni to szare chmury, z ktorych siapi zimny, zlosliwy deszcz celujac prosto w oczy, atakujac prosto w nos. Zadne parasole, zadne plaszcze przeciwdeszczowe, czy peleryny nie ochronia przed wszedobylska wilgocia.

Po kolejnej przerwie poslalismy Emilke do przedszkola. Od czerwca, odliczajac wakacje, choroby, przerwy halloweenowe i wyjazd do Polski Emi byla w przedszkolu raptem 2 tygodnie (!)
Tak wiec do poludnia mamy z Ninka czas tylko dla siebie. Wykorzystujemy go najlepiej jak mozemy – chodzimy na poranne (deszczowe, jak najbardziej deszczowe) spacery, bawimy sie w ulubione zabawy najmlodszej, czytamy ksiazeczki, ukladamy klocki, rysujemy auta, przegrzebujemy moja kosmetyczke, testujemy kazda szminke, ogladamy albumy ze zdjeciami.

I razem zachwycamy sie jesiennymi liscmi w parku, chmara sroczek, malym, bialym kundelkiem, wielka, burczaca kopara przy drodze oraz wszystkim innym, co dla poltoraroczniaka jest ciekawe, wazne, absorbujace.

A gdy robi sie zimno i wietrznie Nina wskakuje do wozka. Tutaj: zafoliowana jak kanapka mruga w strone obiektywu.

To ostatnie chwile w tym domu. Zeszly tydzien przyniosl dobre wiadomosci – przyznano nam kredyt, pierwsze umowy zostaly podpisane, oferta zakupu zaakceptowana. Jeszcze raz odwiedzilismy nasze przyszle lokum, rozgladnelismy sie i przyjzelismy, a sam dom wydal sie nam jeszcze ladniejszy niz za pierwszym razem (a tutaj uklon w strone Cialdiniego, ktory z pewnoscia znalazlby doskonale trafna teorie na wytlumaczenie naszego zachwytu. Hmm… zasada „zaangazowania i konsekwencji”?). Wizyta wyszla troche niezrecznie, bo dziewczyny od razu poczuly sie jak u siebie w domu, zaczely biagac po parterze, wspinac na schody, chichrac i piszczec, tupac jak stado koni, a przeciez dom nadal jest zamieszkaly przez bylych wlascicieli. Zachowanie Emi i Niny budzi jednak nadzieje, ze stres zwiazany ze zmiana adresu nie bedzie az tak wielki i mlode szybko poczuja sie komfortowo w nowym domu. Sprzyjajacy jest tez czas przeprowadzki – jesli nie pojawia sie nieprzewidziane przeszkody, to Boze Narodzenie spedzimy juz u siebie. Bedzie mnostwo wolnego (drugi rodzic w domu non stop), wiele atrakcji (choinki, prezenty, urodziny Emi itp, itp), wiec wydaje sie, ze czeka nas bardzo, bardzo mily okres…