Zarznelismy dynie

Przepis na dynie jest prosty. Bierzemy jedna dynie, jednego tate z nozem, stary stolik plastyczny, latarke. Nastepnie tata rysuje dyni oczy, nos, buzie. Robi dziure tam, gdzie ma byc beret. Starsza corka lyzeczka wyciaga z dyni srodek.

Mlodsza ze zdziwienia robi taaakie oczy:

Sprawna reka taty wycina dalej.


Emilka probuje, czy swieze pestki dyni nadaja sie do jedzenia.

Do srodka wkladamy latarke i mamy juz lampionik halloweenowy:

Dziewczyny troche sie przestraszyly nowego wcielenia taty:


A tu jeszcze jedno archiwalne zdjecie sprzed 2 lat, Emcia i jej pierwsza dynia:

Jestem halloweenem!

Taaak! Zdecydowanie tak! Jest to jedno z naszych ulubionych swiat. Za kilka dni Halloween – dzieciaki sie ciesza, my rowniez. Juz w ten weekend odbyla sie impreza w miescie, wszyscy sie poprzebierali i tlumnie wylegli do centrum, by przejsc sie w tloku, dopchac do karuzeli, zjesc jakies slodkosci, ale chyba glownie po to, by SIE pokazac. Dzieciaki mialy mnostwo radosci, co chwila pojawial sie jakis kosciotrup, potwor, czy wrozka, wszystko swiecilo, migalo, bylo glosno, pachnialo francuskimi nalesnikami z czekolada.

Ale zanim trafilismy na impreze trzeba bylo wykombinowac przebranie. Zaczelismy juz w domu przegladajac zeszloroczne gadzety, ale niestety nic nie nadawalo sie do uzycia.

W ten to sposob trafilismy do sklepu, gdzie kazdy mogl wybrac cos dla siebie. A wybierac bylo w czym, Grzesiek na przyklad rozwazal takie opcje na halloweenowy wieczor:

Oraz:
Emilka natomiast przez chwile zastanawiala sie nad byciem wrozka, po czym zdecydowanie odrzucila ten zamiar…
…by przeksztalcic sie w dynie:
A Mama zostala spider-woman:
Gdy zrobilo sie ciemno ulice zapelnily sie przebierancami. Tylko niektorym udalo mi sie zrobic zdjecie, w miare ostre:

A bylo naprawde zimno (czego po przebraniach nie widac…)
Nina obserwowala zabawe z wozka i z wysokosci Taty. Byla wszystkim oszolomiona, tym bardziej, ze po raz pierwszy jechala na karuzeli:
Bardzo jej sie to spodobalo, bo zaraz po zakonczeniu wolala :”jecie jaz, jecie jaz!” (jeszcze raz)
Emilka trzymala siostre, by ta nie wypadla w trakcie jazdy:
I jeszcze jeden rzut oka na ulice:

Byli tez tacy, ktorym impreza nie przypadla do gustu i postanowili dobitnie to wyrazic:

A w piatek wybieramy sie z wielka siata na slodyczowe lowy.

Grubi bedziemy

Jesien czasem piekna, sloneczna, zloto – zielona, czasem deszczowa i wietrzna, z calym arsenalem atrakcji, w tym rowniez corocznymi chorobami. Jesienne katary i pokaslywania staja sie juz chyba tradycja pazdziernikowo – listopadowa. Wiec nadal chorujemy i zarazamy sie nawzajem. Emi dostala drugi antybiotyk na ucho i po kilku dniach w przedszkolu wrocila na zwolnienie. Nina byla juz zdrowa, ale dzis znow kaszle i dopadl ja katar, prezent od mamusi, ktora to zieje zarazkami na prawo i lewo od dwoch tygodni. Jak wyzej: bylo juz dobrze, ale w niedziele znow sie pochorwalam i tak trwam. Syropy wszystkie juz wychlane do ostatniej kropli, masci rozgrzewajace wykonczone i nic. Z tej to okazji oraz z wielkiej nudy panujacej w naszym szpitalu postanowilam… piec. Majac doswiadczenie zerowe niemalze, zabralam sie za make, drozdze i tym podobne. Winna jest (zawsze ktos sie pod reka znajdzie) moja tesciowa, ktora przyslala mi piekna ksiazke o pieczeniu, z masa zdjec i lopatologicznych opisow co i jak nalezy laczyc, mieszac i zagniatac, zeby wyszly takie cudnosci jak chalka, drozdzowki z serem, rolada, czy domowy CHLEB!

Inspirujacy okazal sie rowniez blog pewnej Doroty. Jest tak piekny i apetyczny, ze nalezy do moich ulubionych miejsc w sieci. Istna uczta dla oka, a jak sie kto postara, to dla brzucha rowniez.


Podaje wiec linka kolezankom blogerkom:

Jak dla mnie, kobieta jest guru. No i te fotki… Do tej pory zastanawiam sie, czy nie jest to przypadkiem blog jakiejs redakcji, nad ktorym pracuje sztab dziennikarzy 😉

Dziewczyny, poza chorowaniem, zajmuja sie ostatnio, bardzo intensywnie zreszta, demolowaniem domu. Ninka ma napady balaganiarskie nie do opanowania. Rozrzuca wszystko po podlodze: kredki, spinacze, chrupki, rodzynki, klocki, puzzle… Im wiecej tym lepiej. Raz posprzatam, ona znow swoje, zawsze uda jej sie cos malego, wieloelementowego dorwac, przechytrzyc matke i rozsypac po podlodze. Final jest czesto taki, ze dopiero po uspieniu gada, mozna doprowadzic dom do jako takiego ladu. Emilka natomiast dostala szalu tasmowego. Dorwala tasme samoprzylepna i wszystko nia lepi. Wszystko! Wczoraj zalepila sobie oczy i buzie i chciala w ten sposob zjesc zupe. Mamy polaczone ze soba krzesla, rozne zabawki, kartki, klocki nawet. Istne szalenstwo.

Ciagle cieplo!

Weekend byl bardzo cieply i sloneczny. Spacerowalismy troche po miescie, troche po wielkim parku, ktory (wstyd sie przyznac) odkrylismy dopiero teraz. Bylo pieknie, jesiennie, slonecznie. Przy okazji wyjasnilo sie skad Nina ma problemy zoladkowe – to mleko ja uczula. Po odstawieniu wszystkiego co od krowy pochodzi poczula sie znow wysmienicie. Tak wiec do szpitala na badania nie wybieramy sie, a mloda zaczyna przygode z soja pod wszelka postacia.

Emilka i jej pierwsza wielka milosc – Tata.

Oraz druga wielka milosc – slodycze.



A w parku, o doprawdy imponujacych rozmiarach, jest wielka farma.

Dom

Widzielismy ten dom. To jest TEN dom! Jesli przejdzie nam kolo nosa, to dlugo bede go odchorowywac. Jest dokladnie taki, jaki ma byc, spelnia nasze wymagania w 100% procentach, zaspokaja nasze potrzeby idealnie. A precyzyjniej: dom jest z lat 50tych, w cegle, z cudacznym wygladem i ogrodkiem 3, a moze nawet 4 razy wiekszym od naszego obecnego! Z przodu domu spory podjazd, z tylu ogrod zasiany jedynie trawa, wiec pole do popisu ogrodniczego jest nieograniczone! Wnetrza sa stylowe: wysokie stropy, pokoje wieksze od tych, jakie mamy obecnie, lazienka glowna ma ponad 7m2, co na Anglie stanowi kubature istnie krolewska! Mnostwo schowkow, pralnia i wielki, zupelnie niezagospodarowany strych, ktory bylby nasza pracownia malarsko – fotograficzna. Ehhhh…
Zeby sie to tylko udalo! Dom ogladali rowniez inni chetni, co jest pewnym fenomenem, bo na rynku nieruchomosci panuje zastoj i spory kryzys, ludzie ponoc nic nie kupuja, banki wstrzymaly przyznawanie kredytow. Skladamy oferte i czekamy na tok wydarzen. Jutro rozpedzamy cala machine i… miejmy nadzieje uda sie nam przezwyciezyc pewne trudnosci i kupic TEN DOM.

O wszystkim


Babcia przyslala odnalezione zdjecia z pobytu w Krakowie, wiec dzis archiwalnie:

Ptaszyska karmilismy oczywiscie:

Emi rozanielona w grodzie smoka:

Dziadek Jurek gra Emilce:

No i my, 8 lat pozniej, a na obrazie 8 lat wczesniej:

Poza tym:

wyniki badan Niny nic nie wykazaly. Mialam nadzieje, ze jej problemy brzuszkowe okaza sie byc spowodowane jakas bakteria, ktora sie po prostu zwalczy antybiotykiem. Pani doktor wysyla nas na badania do szpitala, a tymczasem mamy przejsc na diete bezmleczna, bo jest bardzo duze prawdopodobienstwo, ze to wlasnie mleko (laktoza w nim zawarta) tak dokucza Nince.

Emilka juz prawie calkiem zdrowa. Dzis byla pierwszy dzien w przedszkolu, po blisko 2 tygodniowej przerwie.

My natomiast spedzamy ostatnio czas na szukaniu domu. Musimy sie z obecnego lokum wyprowadzic w trybie dosc pilnym – nasz landlord bankrutuje i (biedaczysko…) musi sprzedac jeden ze swych 27 domow, by podniesc sie z zapasci finansowej. Tak wiec szukamy czegos nowego, liczymy, sprawdzamy, ogladamy, spotykamy sie z agentami i calkiem na powaznie myslimy o kupnie wlasnego domu. Nie wiadomo, czy w obliczu credit crunch’u jakikolwiek bank da nam mortgage i czy sie nam warunki banku spodobaja, wiec narazie wszystko to palcem na wodzie pisane, niemniej jednak wyprowadzka i wielkie zmiany juz niebawem. Obydwoje chcielibysmy raczej znalezc cos wlasnego, ale wiele zalezy tez od banku, ktory ma te nasze cztery katy sponsorowac 😉

Znalezc cokolwiek jest bardzo trudno. I nie tylko dlatego, ze mamy wygorowane wymagania, ale raczej dlatego, ze sytuacja na rynku nieruchomosci w Anglii przedstawia sie – eufemistycznie ujmujac – raczej zle. Wiec poszukujemy: domu trzysypialniowego, o rozmiarach pokoi raczej wiekszych niz przecietne tutaj, ze slonecznym ogrodem, dosyc duzym, w bezpiecznej dzielnicy, dobrze skomunikowanej z centrum. Niby niewiele tych puntkow obowiazkowych naliczylam, ale to i tak czesto za duzo na raz i ogladane przez nas domy jak narazie nie kwalifikuja sie. Mamy na oku jeden taki, w sobote wizyta i ogladanie na zywo.

Rodzice zwariowali

Mam je, jest moje, jest piekne, gra czysto i gleboko, pachnie oblednie:

Sama do konca w to jeszcze uwierzyc nie moge. Po 15 latach tesknoty wrocilam do gry na pianinie. Myslalam, ze bedzie zle, ze bedzie gorzej niz jest. O dziwo, sama zaskoczylam siebie – palce wcale nie zrobil sie zgrabiale, nuty czytam z plynnoscia nawet wieksza, niz gdy mialam lat kilka, rytm sam sie utworom nadaje. Decydujac sie na zakup instrumentu, w duchu zadawalam sobie pytanie, czy jeszcze grac potrafie? (Alez tak!) Czy bedzie sprawialo mi to przyjemnosc? (Boze, jaka wielka!) Czy znajde czas? (Ba, mam go wiecej niz w czasach szkolnych!)

Jakos tak sie dziwnie stalo, ze w tym samym czasie Grzes zaczal realizowac swoje marzenie o malowaniu. Na pierwszy ogien poszlam ja i stalam sie muza 😉 Mistrza !

Dostalam obiecany przed 11 laty (na pierwszej randce – przyp. autora) obraz: