home, sweet home


Juz tydzien temu wrocilismy do domu, ale czasu ciagle brak, wpis do bloga odkladam z dnia na dzien i jesli dzis nie uzupelnie, to marne szanse, ze zrobie to kiedykolwiek. Tak wiec, bedzie skrotowo ( w koncu jest niedzielny wieczor…) i raczej zdjeciowo.
Pojechalismy na dobre wyprowadzic sie z Polski. Po prawie trzech latach „zawieszenia” miedzy UK a Pl zlikwidowalismy nasze krakowskie lokum stajac sie tym samym emigrantami pelna geba. Od tej pory przylot do Krakowa bedzie wizyta „u kogos”, a nie powrotem do wlasnego mieszkania – to bardzo duzo zmienia, zamyka pewien rozdzial w zyciu i unaocznia ogrom wydarzen jakie za nami. Spakowanie wszystkiego w pudla, rozkrecenie szaf, wywiezienie mebli zajelo nam prawie caly tydzien. Wracajac do Sheffield bylismy wszyscy bardzo zmeczeni nie tylko wrazeniami z wycieczki, ale tez zwykla fizyczna praca.
Dziewczyny czuly sie tam doskonale – bezblednie przypomnialy sobie czlonkow rodziny (glownie mowie tu o Ninie, ktora przy ostatniej wizycie miala przeciez niespelna rok). Babcia Marysia porwala nam Emilke na cale dwa dni. Najpierw wybraly sie (razem z ciotka Teresa i wojkiem Ryskiem) do zoo:

A nastepnie zwiedzaly zamek na Wawelu:

I poszukiwaly smoka:

Emi poplynela tez z babcia w swoj pierwszy krotki rejs katamaranem do Tynca i z powrotem! Wrocily poznym wieczorem, zmeczone, zadowolone i… niestety bez zdjec dokumentujacych ta babska przygode. Nina w tym czasie czarowala dziadka Jurka pozujac do zdjec w kapeluszu:

A tu juz z ciotka Beatka. Emi zajada sie najpyszniejszymi na swiecie winogronami z babcinych winorosli:

Dziewczyny zaliczyly rowniez wizyte w osiedlowej piaskownicy (w Anglii nie ma nigdzie piaskownic – kiedys mnie to dziwilo, dzis wydaje sie oczywistoscia przy tutejszej deszczowej pogodzie):

I ze dwa razy udalo sie nam wyrwac na Rynek. Tutaj Mama z dodatkowym wozkiem, w ktorym spi malutki Stas (syn Agi):

A poza przyjemnosciami – jak juz wyzej wspomnialam – bylo pakowanie, rozkrecanie, ukladanie, segregowanie, wyrzucanie, skladanie, podnoszenie, wywozenie…

Az nasz dom powoli zaczal wygladac tak:

Dziewczyny mialy radoche, bo nagle „przybylo” metrow, mozna bylo biegac do woli, a gdyby rower byl na skladzie, to i na tor wyscigowy znalazloby sie miejsce!

Tak wiec wrocilismy do domu. Nie zamykajac sobie jednak do konca furtki z napisem „Krakow”, ale o tym przy nastepnej wizycie…