Kultowy placek

Byla kiedys taka piosenka, chyba wszystkim dzieciom znana z telerankow i innych sobotek, tik – takow i list przebojow. Zaczynala sie od slow: „najlatwiejsze ciasto w swiecie, tak, tak, tak…”

Zupelnie przypadkowo (dzieki Opienku!) odkrylam kilka lat temu przepis na to ciasto. Jest to placek, ktory w zasadzie sam sie robi, wychodzi kazdemu i zawsze. Nie ma po prostu takiej opcji, zeby nie wyszedl!

Podaje przepis:
1 szklanka cukru
2 szklanki maki
1/2 szklanki mleka
1/2 szklanki oleju
2 jajka
1 lyzka proszku do pieczenia
owoce (moga byc takie truskawy jak na pierwszym na zdjeciu)


Jak?
Skladniki mieszamy, na wierzch kladziemy owoce i do pieca. Na ile? Na oko!

Dzis zrobilam w wersji najniebezpieczniejszej: w miseczkach na babeczki. Wyszla ilosc hurtowa: 20 sztuk. Po raz pierwszy zastanawiam sie, czy sie do czegos takiego przyznawac na blogu, czy nie… No, dobra, do tej pory (4 godziny po upieczeniu) zostaly z tego 4 sztuki. Od razu nadmienie jednak, ze nie tylko Mama palaszowala! Dzieciaki oraz Tate trzeba bylo sila z kuchni wypedzac.

Placek ( wersji babeczkowej) przygotowywala razem ze mna Emilka. Nina rowniez ochoczo chciala wlaczyc sie do pracy – poczestowalam ja truskawami; testowala, czy sie nadaja do wypieku. Gdy juz stwierdzila zgodnosc z najwyzszymi normami piekarniczymi, sprawdzala ich zgniatalnosc (crash test?), rozsmarowujac je na podlodze, na bluzce i spodniach – dobrze, ze miala dzis na sobie tylko roze – plam nie widac 🙂

Technika pochlaniania wypieku jest prosta: najpierw owoce, potem reszta.

Smacznego!

Na koniec jedno, krotkie zastrzezenie: uprasza sie o niewchodzenie na wage. Rozmowy na temat zbednych kilogramow rowniez sa nie w tonie. Przynajmniej dopoki sezon na truskawki trwa.